Nowy numer 24/2018 Archiwum

Matka Boża mnie uzdrowiła

Marian Kasprzyk, mistrz olimpijski w boksie z 1964 r., dzień zaczyna o 5.00. Najpierw jest Różaniec, a później Msza św.

Po wizycie na grobie żony wraca do domu na śniadanie. Spacer i spotkania ze znajomymi wypełniają czas do obiadu. Choć sporo lat upłynęło od zakończenia kariery, pan Marian nie traci kontaktu ze sportem. Pomagając w treningach początkujących pięściarzy, cierpliwie wprowadza ich w arkany umiłowanej przez siebie dyscypliny sportu. Lubiany i szanowany, zaskakuje skromnością i zwyczajnością w rozmowie. Pytany o stosunek do otrzymywanych raz po raz wyróżnień, jak choćby tego ostatniego w Ziębicach, gdzie odsłonił odlew swojej pięści, który będzie pierwszym eksponatem w powstającej tam alei sław boksu, odpowiada krótko: – Nie zasłużyłem na to.

Dziecko w walizce

Marian Krzysztof przyszedł na świat 22 września 1939 r. jako siódme dziecko w rodzinie Franciszki i Władysława Kasprzyków, w Kołomani na Kielecczyźnie. Kilkanaście dni wcześniej na tamte tereny wkroczyli Niemcy. Jeszcze w pierwszym roku wojny Władysław Kasprzyk trafił do Rzeszy, do miejscowości Wschowa leżącej na terenie obecnego województwa lubuskiego. Jego ojciec postarał się o zgodę na przyjazd żony i dzieci do gospodarza, u którego przymusowo pracował. Przeszkodę stanowiły przepisy, które zabraniały wwożenia na teren Rzeszy polskiego dziecka w wieku poniżej dwóch lat. Co zatem zrobić, aby umożliwić całej rodzinie wspólne zamieszkanie? Rozwiązanie, które wydawać się mogło niedorzeczne, okazało się skuteczne. Najmłodszy z rodziny Kasprzyków do Wschowy przyjechał w... walizce.

Przyszły mistrz ani razu nawet nie zapłakał, dzięki czemu cały i zdrowy wraz z matką i rodzeństwem dojechał do celu podróży. Kolejny raz pan Marian i jego rodzina uniknęli śmierci w 1945 r., kiedy to Rosjanie ostrzelali zabudowania, w których mieszkała rodzina Kasprzyków. Czerwonoarmiści mieli mylne informacje o niemieckich żołnierzach obozujących w gospodarstwie. Na szczęście ojcu rodziny udało się przedrzeć przez linię frontu i sprowadzić radzieckiego oficera, który nakazał wstrzymanie ognia. Po powrocie do rodzinnej Kołomani rodzina Kasprzyków zdecydowała o wyjeździe na Dolny Śląsk w poszukiwaniu lepszych warunków życia, niż te, które po wojnie zastali na Kielecczyźnie. Pan Władysław dostał pracę w zakładach ceramicznych w Ziębicach i tam trafiła cała rodzina.

Zamiast rękawic ręczniki

Jako młody chłopak przyszły pięściarz zainteresował się sportem, ale wcale nie boksem, lecz piłką nożną. Wszystko zmieniło się, gdy Mirosław – starszy brat – w 1954 r. przywiózł do rodzinnego domu parę rękawic bokserskich. – Każdy z nas zakładał jedną rękawicę, a drugą rękę owijaliśmy ręcznikiem – wspomina bokser. Ziębicki szkoleniowiec Józef Sołdryk szybko poznał się na wyjątkowym talencie Mariana. 10 lat później pięściarz zdobywał olimpijskie złoto w Tokio. I po dziś dzień nie tylko fanom boksu znana jest jak najprawdziwsza historia o heroicznym boju o najwyższe trofeum, kiedy to wola walki mistrza z Polski okazała się silniejsza niż ból złamanej ręki. Po zakończeniu kariery w 1974 r. M. Kasprzyk nie rozstał się z boksem, lecz podjął się zadania szkolenia młodych zawodników. Niestety z czasem skutki stoczonych walk i odniesionych kontuzji coraz bardziej dawały o sobie znać. Od czasu przejścia na rentę w 1991 r. pięściarz mógł nareszcie więcej czasu spędzać ze swoją ukochaną żoną Krystyną. Ona, która zawsze wiernie mu kibicowała, niedługo potem była świadkiem największego zwycięstwa męża. Któregoś dnia przy obiedzie u pana Mariana wystąpiły problemy z przełykaniem. I jakże wielkie było zaskoczenie, gdy okazało się, że w jego przełyku lekarze zidentyfikowali 6-centymetrowego guza nowotworowego. – Szykowałem się wtedy na śmierć – wspomina olimpijczyk. Wtedy również po trzydziestoletniej przerwie przystąpił do spowiedzi. Dlaczego tak długo nie korzystał z sakramentów, choć był wychowany w katolickiej wierze i nigdy się z tym nie krył? – Nie mieliśmy z żoną ślubu kościelnego – wyjaśnia. Cztery lata później pan Marian, spoglądając na kalendarz, zorientował się, że w dzień jego operacji – 8 grudnia – Kościół obchodził uroczystość Niepokalanego Poczęcia NMP. – To Matka Boża mnie uratowała! – powiedział z przekonaniem do żony. Niedługo potem Krystyna Kasprzyk bardzo ciężko zachorowała. Choć od jej śmierci minęło już sporo czasu, to wspomnienie o pożegnaniu z ukochaną towarzyszką życia wywołuje wyraźnie poruszenie na twarzy olimpijczyka. – Zobaczyłem w niej cierpiącego Jezusa – mówi. Pan Marian nie nosi w sercu żalu, ale stara się cieszyć każdą chwilą, jak również każdym zdarzeniem z przeszłości. Do dziś wspomina np. dzień, kiedy wraz z żoną i proboszczem swojej parafii w Bielsku-Białej pojechali na Jasną Górę, by tam – tak po prostu – ofiarować Matce Bożej złoty medal zdobyty w Tokio jako wotum za odzyskane zdrowie. Przygotowując się do spotkania z mistrzem, korzystałem z książki autorstwa Janusza Stabny pt. „Każdy ma swoją drogę do gwiazd, czyli... rzecz o Marianie Kasprzyku”, zaprezentowanej w Ziębicach podczas listopadowych obchodów 50. rocznicy zdobycia mistrzostwa olimpijskiego w Tokio.

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zapisane na później

Pobieranie listy

Rekalma