Nowy numer 44/2020 Archiwum

Z Chrystusem w jaskini lwa

Życie studenta można opowiedzieć w anegdotach i dowcipach. Rodzą się one także w czasie, dla wielu wciąż nietypowej, wizyty duszpasterskiej w akademikach.

Biały obrus, dwie świeczki, krzyżyk na środku, czasem jeszcze Pismo Święte – wtedy wiadomo, że ksiądz chodzi po kolędzie. Ale nie we wrocławskich domach studenckich. Tutaj, często bez śnieżnobiałego nakrycia stołu, stawia się na rozmowę, poznanie i zaproszenie. – Zostaliśmy pozytywnie zaskoczeni w przypadku akademika „Kredki”, bo w tym roku przyjęła nas rekordowa liczba ludzi – mówi ks. Stanisław Orzechowski, popularny „Orzech”. – W mojej ocenie wpuszcza się nas do ok. 60 proc. wszystkich pokojów studenckich. Z roku na rok minimalnie mniej – ocenia o. Mariusz Simonicz, redemptorysta pracujący na Wittigowie przy akademikach zwanych „Tekami”. Wrażenia kapłanów chodzących po kolędzie u studentów bywają różne. – Trafiamy do osób raczej zdecydowanych i świadomych. Wiedzą, czego oczekują od naszej wizyty – opowiada „Orzech”. – Wielu na co dzień nie ma styczności z Kościołem, nie praktykują wiary, a kolęda pełni rolę jedynie tradycji – dodaje o. Mariusz. Społeczność akademicka tworzy specyficzną mieszankę różnych kultur, światopoglądów, obyczajów i różnych wartości wyniesionych z domu. – Kolędę określiłbym jako spotkanie świadków i ich świadectw, a nie jakieś uporczywe nawracanie czy moralizowanie – stwierdza o. Piotr Benza z DA „Wawrzyny”.

Ziarno ciekawości

Studenci wykorzystują wizytę księdza i śmiało zadają pytania dotyczące nurtujących ich kwestii, np. moralności, filozofii, trudnych życiowych wyborów. Wykorzystują okazję, żeby rozwiać wątpliwości, ale także podjąć szczerą dyskusję na argumenty. – Niestety, zauważam przykrą tendencję do spychania wiary w sferę prywatną, staje się ona po prostu tematem tabu. Co gorsza, młodzi niewiele wiedzą o katolicyzmie, o prawdach, które leżą u jego podstaw. Ale szanuję ich za otwartość i szczerość w dyskusji, jakie prezentują – mówi o. Mariusz. Kapłani, chodząc po kolędzie w studenckich domach, opowiadają o działaniach duszpasterstw akademickich, które prowadzą. Do wielu doświadczonych żaków taka informacja dociera po raz pierwszy, choć mieszkają w pobliżu. Jaki jest powód? – Nasze komunikaty nie przebijają się w gąszczu innych propozycji na życie, a my czasem tkwimy w takim samozadowoleniu i nie do końca wykorzystujemy wszystkie możliwości dotarcia – mówi ks. Orzechowski, wychowawca kilku pokoleń studentów. – Zdarza się, że ci zaangażowani w Kościół przyprowadzają do duszpasterstwa swoich nie tak pobożnych współlokatorów. Jestem przekonany, że osobiste zaproszenie, przez spotkanie twarzą w twarz, to najskuteczniejszy sposób – przekonuje o. Piotr.

Grunt to dobry humor

Wrocław należy do dużych miast akademickich. W domach studenckich mieszka tu ok. 10 tys. młodych ludzi. W czasie wizyty duszpasterskiej, jak to bywa u studentów, nie brakuje sytuacji śmiesznych, a nawet sprawiających wrażenie groteskowych. – Miałem taki przypadek, że mieszkało ze sobą dwóch chłopaków. Obaj działali w dwóch różnych duszpasterstwach, ale tego o sobie nie wiedzieli. Zdarzało się, że wychodzili o tych samych porach do duszpasterstwa, ale żaden się nie przyznawał. Dopiero gdy byłem u nich po kolędzie, prawda wyszła na jaw i zapanowało ogromne zdziwienie – wspomina z uśmiechem o. Mariusz. – Wtedy jeszcze nie było takiego dostępu do filmów pornograficznych. Trafiłem do męskiego pokoju z czterema chłopakami. A na ścianach wisiało trochę gołych kobiet… Na początku nie reagowałem, ale w modlitwie nie miałem już gdzie wznieść oczu, więc zwróciłem im z humorem uwagę: „Zróbcie w przyszłym roku trochę miejsca na krzyż, chociaż podczas kolędy, bo tak patrzeć na babski tyłek to wstyd”. Wzięli to do siebie. W następnym roku znowu na nich trafiłem, rozglądam się po pokoju, ściany czyste. Tym razem mówię: „Tak żeście się nawrócili, że do seminarium chyba traficie”. W pewnym momencie podniosłem wzrok, a wszystkie baby poszły na sufit! – śmieje się „Orzech”. Kapłani spotykają się z zupełnie różnymi sytuacjami i świadectwami. Zawsze przypadki rozpatrują indywidualnie, bo nie ma gotowej recepty na troski czy problemy człowieka. – W tym roku postanowiłem wprost pytać studentów, czy trudno jest we współczesnym świecie wierzyć w Pana Boga i praktykować Jego naukę. Padały rozmaite odpowiedzi. Od takich, że to żaden problem, po wątpiące, że bywa trudno i człowiek się wstydzi, a wtedy praktykuje jakby w ukryciu – mówi o. Piotr. Dodaje jeszcze, że kolęda ma także dla gospodarzy pozytywne skutki uboczne: – Nasza wizyta stwarza okazję, żeby studenci w końcu posprzątali w swoich pokojach – stwierdza na koniec żartobliwie.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama