Nowy numer 44/2020 Archiwum

Znajdź swój złoty środek

Bóg, rodzina, praca i do tego działalność charytatywna. Jak to wszystko pogodzić? Na czym oprzeć swoje, nie zawsze łatwe, życie? Z Anią Wyszkoni, jedną z najlepszych polskich piosenkarek, rozmawia Maciej Rajfur.

Czym dla artysty jest takie miejsce jak ośrodek opiekuńczo-leczniczy w Jaszkotlu, a kim są chore dzieci, które tam przebywają?

Dla mnie dzieci z Jaszkotla są przede wszystkim przyjaciółmi. Mogę je nazwać także inspiracją i ogromną pozytywną energią. Za każdym razem, kiedy tam jestem, przeżywam coś, czego się nie da opisać. Przy każdej okazji namawiam ludzi, żeby przyszli tam i poznali te dzieciaki. W każdej chwili można je odwiedzić i doświadczyć magicznych, wyjątkowych chwil, które wiele uczą.

Czego najbardziej?

Pokory wobec życia. Podopiecznych z Jaszkotla spotkał okrutny los. Niektórzy urodzili się już z ciężkimi chorobami, inni przez przykre wydarzenia stracili sprawność fizyczną i psychiczną. Mimo to mają w sobie tyle radości, że my moglibyśmy się od nich wiele nauczyć, dlatego szczerze polecam.

Pomoc charytatywna jest wpisana w życie sławnych ludzi?

Wydaje mi się, że artyści zawsze pomagali, ale teraz więcej się o tym mówi. Dzięki takiej działalności ludzie, którzy biegną całe życie w pośpiechu, mogą zatrzymać się i pomyśleć: „Jeśli ona pomaga, to może ja też pomogę?”. Chodzi o krótką refleksję nad sobą. Wydaje mi się, że osoby popularne powinni być przykładem, autorytetem w kwestii wsparcia słabszych i biedniejszych.

W jaki sposób Pani macierzyństwo zmienia spojrzenie na chorych podopiecznych ZOL-u w Jaszkotlu?

Ono sprawia, że człowiek szybko dojrzewa i patrzy bardziej odpowiedzialnym okiem na świat. Kiedy ma się potomstwo, mocno docenia się właśnie jego zdrowie, a to zjawisko się potęguje, kiedy na swojej drodze spotykamy chorych, szczególnie tych najmłodszych. Gdy przyjeżdżam z Jaszkotla, wchodzę do domu i widzę moją córkę, która biegnie do mnie z uśmiechem na ustach, czuję ogromną wdzięczność, że mam zdrowe dzieci. Trzeba pielęgnować w sobie tę wrażliwość, nie zapominać o dobrych rzeczach, których doświadczamy.

Jaką rolę w tym wszystkim odgrywa Bóg?

Na pewno bardzo dużą. Wydaje mi się, że wychowanie w wierze katolickiej, szczególnie ze strony babci, która przekazywała mi wiele życiowych wartości, sprawiło, że  ustalam sobie w życiu właściwe priorytety. Absolutnie na pierwszym miejscu stawiam rodzinę. Ona uwrażliwia mnie na potrzeby innych ludzi. Cieszę się, że poprzez popularność i spełnianie swoich marzeń z dzieciństwa, mogę jeszcze w dodatku komuś pomoc. I nie chodzi mi tylko o chore dzieci, które odwiedzam w domach dziecka czy szpitalach. Mówię o słuchaczach, którzy znajdują energię w moich piosenkach. . Otrzymuje całe mnóstwo maili i listów z podziękowaniami za dany utwór, który im jakoś pomógł. Okazuje się, że ludzie odnajdują w mojej twórczości swoje historie. Z jednej strony to niesamowite, z drugiej nakłada na muzyka pewną odpowiedzialność.

Jak bardzo popularność utrudnia bycie sobą? Często brutalna rzeczywistość show-biznesu może okradać nas sukcesywnie z cennych wartości, narzucając swoje ideały.

Jeśli ktoś wykazuje silną osobność, ma świadomość swoich celów i jest ukształtowanym człowiekiem, nie powinien mieć z tym problemów. Nie ukrywam, że ten świat niesie jakieś zagrożenia, chociaż przecież te zagrożenia mogą nas spotkać dzisiaj choćby w szkole podstawowej. Narkotyki, alkohol czy inne używki są już tak łatwo dostępne, że wielki show-biznes nie posiada wyłączności. Jeśli ktoś ma zamiar zostać naprawdę dobrym artystą, nie sięgnie po używki, które niszczą głowę itd. Jako nastolatka doświadczałam wielu pokus, ale nie próbowałam niczego niebezpiecznego, bo zawsze chciałam być w formie. Sama od siebie dużo wymagałam. Zamiast chodzić na imprezy po koncertach, kładłam się wcześniej spać, ponieważ na drugi dzień znowu pragnęłam dać z siebie 100% na kolejnej scenie. Kwestia priorytetów.

Gdzie w tym wszystkim znaleźć czas na rodzinę?

Trzeb opracować złoty środek. Do tego nieregularnego czasu pracy da się przyzwyczaić. Koncertuję średnio trzy razy w tygodniu. Pozostałe dni poświęcam moim dzieciom. Nie podróżuję wiecznie. W jakimś stopniu wszyscy jesteśmy trochę zabiegani. Kiedyś miałam ciekawą sytuację. Rozmawiałam z ekspedientką w sklepie z zabawkami, która zadała mi to samo pytanie co pan. Okazało się, że ona pracuje od godz. 7 do 19, a więc wychodzi z domu, zanim dzieci wstaną i wraca, gdy już śpią. Ciężko to znieść. Myślę więc, że z moim trybem życia nie mam najgorzej.

Czy w świecie show-biznesu, wielkiego muzycznego rynku, trudno jest być katolikiem?

Nigdy nie miałam problemu, żeby mówić o mojej wierze, o tym, że jej potrzebuję, że wierzę w mojego Anioła Stróża, który nade mną codziennie czuwa. I to są dla mnie oczywiste sytuacje. Uważam, że moja praca z podejściem do Boga, z moją religijnością, nie mają prawa ze sobą kolidować. Trzeba włożyć odrobinę wysiłku i odpowiednio wszystko poukładać.

 


Polub nas, a nie przegapisz żadnej naszej informacji:

 

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama