Nowy numer 3/2021 Archiwum

Wrocław upomina się o wyklętych

Historia. Prześladowani, mordowani i zhańbieni. Po kilkudziesięciu latach zapomnienia, Polacy wreszcie mogą poznać o nich całą prawdę.

W stolicy Dolnego Śląska, zaraz po słynnej warszawskiej „Łączce”, mamy drugą najważniejszą nekropolię poległych żołnierzy podziemia niepodległościowego. Na cmentarzu osobowickim znajdują się bowiem dwie nienaruszone kwatery: pola 81A oraz 120. W latach 1948–1956 złożono tam ciała 354 osób, w tym 89 skazanych na karę śmierci i straconych.

– Pochodzili oni z wielu formacji, m.in. Armii Krajowej, Narodowych Sił Zbrojnych, Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość oraz Batalionów Chłopskich. Spoczęli obok siebie wybitni, doświadczeni oficerowie oraz nastolatki. Powstańcy wielkopolscy, śląscy i warszawscy, mieszkańcy Mazowsza, Podkarpacia i Podlasia, choć najwięcej spoczywa tutaj Kresowiaków. Nie udało się w czasach PRL-u zniszczyć tego miejsca ani pochować tam innych osób – opowiada Eugeniusz Gosiewski, wiceprezes patriotycznego Stowarzyszenia „Odra–Niemen”, które organizuje obchody Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych.

Wilczym tropem w mieście

Gdy w środku pięknego polskiego lata, 18 lipca 1946 roku, w więzieniu przy ul. Kleczkowskiej 35 we Wrocławiu prokurator odczytywał wyrok, śpiewali „Pod Twoją obronę”. W ostatniej chwili przed śmiercią, tuż po pocałowaniu krzyża, razem krzyknęli: „Niech żyje Polska!”. Wśród nich była 22-letnia Helena Motykówna, aresztowana i skazana na karę śmierci wraz z innymi żołnierzami z oddziału. Do samego końca nie straciła hartu ducha i nie dała satysfakcji stalinowskim oprawcom.

 

– To jedyna zidentyfikowana kobieta pól 81A oraz 120. Kwatery Ofiar Terroru Komunistycznego. Co więcej, „Dziuńka” została stracona, gdy była w zaawansowanej ciąży (8.–9. miesiąc) – mówi E. Gosiewski. Naoczny świadek wydarzenia, Idzi Gatner, napisał potem: „Na tę egzekucję KBW przyszło podpite. (…) Wyprowadzili, oczy zawiązane i karabinami jak tylko mogli, tak siekli. W trakcie brutalnej egzekucji ranna Helena Motyka miała głośno krzyczeć: »Mamo, mamo, dobij!«”.

Eugeniusz Werens ps. „Pik” po wojnie dotarł do Wrocławia, gdzie nawiązał kontakty z byłymi członkami Armii Krajowej i Narodowej Organizacji Wojskowej. 26 stycznia 1946 roku, w mundurze kapitana Wojska Polskiego, w towarzystwie dwóch kompanów udał się do kawiarni „Odrodzenie”, mieszczącej się przy ul. Szczytnickiej. Pech chciał, że zastali w niej kocioł Urzędu Bezpieczeństwa. Doszło wówczas do strzelaniny, w wyniku której zginęło trzech funkcjonariuszy UB i MO, a Eugeniusz Werens został ranny w nogę. Podczas udanej ucieczki ucierpiał jeszcze bardziej w wypadku samochodowym.

– Niestety, nie miał potem szczęścia. Kilka miesięcy później, w drugiej połowie maja, bezpieka trafiła na trop grupy „Pika”. Został aresztowany jako ostatni w Kielcach wraz z żoną i jej rodziną. Na początku przewieziono go do aresztu WUBP we Wrocławiu, a następnie trafił do więzienia przy ul. Kleczkowskiej – mówi wiceprezes Stowarzyszenia „Odra–Niemen”. Po jednodniowym procesie Werens z resztą swej grupy usłyszeli wyroki śmierci. Wykonano je 16 kwietnia 1947 roku w więzieniu przy ul. Kleczkowskiej.

– Wcześniej żonę Werensa, Krystynę Matuszczak, skazano na 7 lat. W więzieniu na świat przyszła ich córka Lucyna, którą pozwolono ojcu zobaczyć tylko raz – dodaje Gosiewski. Ciało Eugeniusza Werensa pochowano na cmentarzu osobowickim. Szczątki zostały zidentyfikowane w wyniku prac zespołu prof. Krzysztofa Szwagrzyka z IPN.

Głos spod ziemi

W stolicy Dolnego Śląska do dzisiaj mieszka sporo rodzin żołnierzy wyklętych, którzy tu żyli, walczyli, a potem byli sądzeni i mordowani. Należy do nich mjr Zbigniew Lazarowicz ps. „Bratek”, członek AK oraz Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość”. Żołnierz niezłomny oraz syn jednego z wielkich niezłomnych – ppłk. Adama „Klamry” Lazarowicza – członka kierownictwa Zrzeszenia WiN, więźnia politycznego, zabitego 1 marca 1951 w więzieniu mokotowskim w Warszawie. To właśnie w kolejne rocznice mordu członków IV Zarządu WiN obchodzimy Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych.

– Wszyscy przeszli okrutne trzyletnie śledztwo, z nieustannym biciem, głodzeniem i torturami. Każdemu z nich proponowano kolaborację. Bez wahania odmawiali, świadomie wybrali śmierć. Jestem dumny z działań ojca i swoich. Cieszę się, że po latach zakłamywania historii żołnierzy drugiej konspiracji, Polska pozna prawdę o tych bohaterach – mówi 90-letni Lazarowicz. W październiku 2011 r. na nekropolii osobowickiej IPN rozpoczął prace ekshumacyjne i badania, jedne z największych tego typu w kraju. Na ich czele stanął prof. Krzysztof Szwagrzyk. – Kwatery, w których chowano żołnierzy niezłomnych zostały odkryte dopiero w 1987 roku. To chyba jedyny cmentarz w Polsce, gdzie takie pola zachowały się w prawie niezmienionym kształcie – mówi znany historyk.

Ewolucja, nie rewolucja

Historia niepodległościowego podziemia antykomunistycznego odżywa w stolicy Dolnego Śląska. Choć nieubłaganie ubywa naocznych świadków tamtych wydarzeń, coraz więcej jest młodych osób, które chcą poznać prawdziwe losy zapomnianych bohaterów. Wielu współcześnie żyjącym imponują zasady, którym hołdowali żołnierze niezłomni. Od 2011 roku obchody święta żołnierzy niezłomnych nabierają we Wrocławiu rozmachu. Środowiska patriotyczne oraz lokalna społeczność łączą siły, aby oddać cześć i honor oraz uczcić pamięć bohaterów partyzantki niepodległościowej.

– Myślę, że doświadczamy raczej ewolucji niż rewolucji. O żołnierzach niezłomnych mówimy od ponad 25 lat, ale dopiero uchwalenie święta państwowego 1 marca wzbudziło społeczne zainteresowanie. Ważne, że obchody są różnorodne i swoją atrakcyjną formą przyciągają młodzież. To dobry znak – przyznaje Ilona Gosiewska, prezes Stowarzyszenia „Odra–Niemen”. 

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama