Nowy numer 49/2020 Archiwum

Nieunikniony syndrom

Życie. Ile w Polsce dokonuje się aborcji, nie wiadomo. Policzalne są tylko te, które są legalne wedle polskiego prawa. Tzw. aborcyjne podziemie działa jednak w najlepsze. Łatwo jest też skorzystać z „usługi” za granicą.

Magdalena jest wrocławianką. Aborcji dokonała dwa lata temu. Dlaczego zdecydowała się o niej opowiedzieć? Twierdzi, że gdyby przeczytała taką historię, jakiej doświadczyła, w momencie gdy nie była jeszcze zdecydowana na zabicie własnego dziecka, zapewne by do tego nie doszło. Podkreśla również, że wbrew obiegowej opinii o syndromie poaborcyjnym narażeni są na niego wszyscy, nie tylko wierzący. – Jestem tego przykładem – zaznacza.

Normalna rzecz

– To wszystko spadło na nas jak grom z jasnego nieba. Razem z moim mężem mieliśmy roczne dziecko, gdy dowiedziałam się, że jestem w kolejnej ciąży – rozpoczyna swoją opowieść. Zaznacza, iż był to bardzo nieodpowiedni moment. Magda skończyła urlop macierzyński i podjęła naukę. – Chciałam wrócić do obiegu, a tu taka niemiła wiadomość – mówi. Do tego doszły nie najlepsza sytuacja materialna i niezbyt dobre relacje między małżonkami.

– Nigdy do tej pory nie brałam pod uwagę aborcji. Uważałam się za osobę dobrą i wrażliwą, której nie może przyjść taki pomysł do głowy – dodaje. W tym konkretnym momencie jednak się zrodził. Dodatkowym argumentem było ewentualne zaangażowanie w wychowanie dzieci całej rodziny, czego kobieta chciała uniknąć. Najgorsza była jednak bierność małżonka. – Powiedział, że to moja sprawa i on zaakceptuje moją decyzję. Do tego doszedł strach – tłumaczy.

Koleżanki ze środowiska, w którym Magdalena się obracała, bardzo zagrzewały ją do „usunięcia problemu”. Przekonywały, że aborcja to tylko zabieg i że wiele kobiet go wykonuje. – Po nim miałam poczuć ulgę, a życie miało wrócić do normy. Tak się nie stało.

Trzy godziny i po sprawie

Intensywna walka z myślami trwała ok. trzech tygodni. – To było niesamowite napięcie i stres. Wahałam się. W jednym momencie byłam na „tak”, a za kilka godzin już na „nie”. Ostatecznie zdecydowałam się na zabieg – mówi o swoich rozterkach. Ze względu na obowiązujące w Polsce prawo Magda zdecydowała się wyjechać na Słowację, gdzie aborcja jest legalna. – Przekonałam się w klinice, że turystyka aborcyjna kwitnie. Tam głównie wyjeżdżają Polki „pozbyć się swojego problemu”. To bardzo dobry biznes – tłumaczy.

Jak to wszystko wyglądało? Magdalena była w 9. tygodniu ciąży. Przyjechała do prywatnej kliniki na godzinę 7. Zapłaciła 380 euro i przebrała się we własną piżamę. – Kazano mi wtedy podpisać oświadczenie, że będąc na Słowacji, zaczęłam krwawić i zgadzam się na przeprowadzenie zabiegu – dodaje. W zasadzie od razu znalazła się na sali, w której był już przygotowany zespół – anestezjolog, dwóch ginekologów i pielęgniarki. – Dostałam znieczulenie ogólne i zrobiono mi łyżeczkowanie. Obudziłam się po kilkudziesięciu minutach. Zza parawanu usłyszałam wtedy przebieg aborcji kolejnej Polki – opowiada.

Na trzyosobowej sali pozabiegowej były już dwie inne dziewczyny z naszego kraju. – Po dwóch godzinach przyszła pielęgniarka z pytaniem, jak się czujemy, potem lekarz, który podotykał brzuch i powiedział, że możemy iść do domu. Dostałam wypis z opisem zabiegu, który został przeprowadzony po rzekomym krwawieniu – dodaje. Wszystko trwało... trzy godziny.

Tęsknota i rozpacz

Przyszła upragniona ulga psychiczna, bo fizycznie organizm wracał do siebie jeszcze kilka tygodni. – Szybko nadszedł jednak moment wyrzutów sumienia. Pewnie osobom wierzącym jest wtedy łatwiej, ale ja byłam daleko od Boga. Starałam się odsuwać wszystkie złe myśli od siebie, ale one wracały – wspomina Magdalena. Wakacje sprzyjały podejmowaniu nowych ciekawych inicjatyw, które miały skutecznie odwrócić uwagę od „problemu”. Brakowało tylko pełnej radości. – Powoli dochodziło do mnie, że nie jestem tą samą osobą. Zaczęłam dopuszczać do siebie myśl, że zabiłam własne dziecko, a nie że usunęłam zarodek, zlepek komórek czy jakiś wrzód – opowiada.

W związku z przeżyciami pojawiły się objawy somatyczne – bóle brzucha, kołatanie serca, nerwowość, ścisk w gardle. Magda zdecydowała się na wizytę u internisty. Nie przyznała się do aborcji. Stwierdzono u niej nerwicę depresyjną i zalecono farmakologię. – Nie podjęłam tego leczenia, bo uznałam, że sama sobie poradzę – dodaje. Żal, smutek i wyrzuty sumienia nasilały się. Do tego doszło poczucie pustki i tęsknota za zabitym dzieckiem. Gdy zbliżała się data terminowego porodu, Magda była na granicy rozpaczy i obłędu. – Nie mogłam spać, miałam okropne koszmary, czułam nieludzkie cierpienie. To było nie do zniesienia – wyjaśnia.

Pojawiły się również myśli i próby samobójcze. – W końcu poszłam do psychologa i zdecydowałam się podjąć terapię, by w jakikolwiek sposób wrócić do stanu normalności. Wtedy też poczułam po raz pierwszy w życiu potrzebę modlitwy. Skłamałabym, mówiąc, że moje odkrywanie Boga, a jest ono jeszcze bardzo świeże, mi nie pomaga – wyznaje. W tej chwili terapia Magdaleny zbliża się do końca. Przed nią kolejne wyzwanie – walka o posklejanie relacji rodzinnych. Prawdziwe dane Magdaleny przekazane są tylko do wiadomości redakcji.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama