Nowy numer 48/2020 Archiwum

Błogosławiony dynamit w sutannie

Droga do świętości. Po rodzinie się rozeszło, że Henio palił papierosy, pił dużo kawy i lubił „pykać” w brydża. Rzekomo ewangelizował Żydów za pomocą gry w karty przy koniaku. Tak. Był niebanalnym człowiekiem.

Jak to jest mieć w rodzinie błogosławionego? Alicja Giedroyć po chwili milczenia odpowiada jakby niebezpośrednio: – Nie należę do osób głęboko wierzących i praktykujących, ale uważam, że to bardzo ważne w moim życiu. Jestem dumna, że mam taką osobę w drzewie genealogicznym. Czasem zastanawiam się, czy może mi coś załatwić tam „na górze” – uśmiecha się. Przyznaje, gdzieś w sercu tli się iskra wiary, że bł. Henryk Hlebowicz wstawia się za swoimi bliskimi u Boga. Im lepiej poznaje historię brata swojej babci (od strony ojca), tym iskra staje się jaśniejsza. Podczas tegorocznego długiego weekendu majowego odwiedziła kilkutysięczne litewskie miasteczko Troki. W tej malowniczej miejscowości obwodu wileńskiego w okresie 1935–1938 pracował ks. Hlebowicz. Niestety parafia jakby zapomniała o proboszczu-męczenniku, który wiele dla niej zrobił.

Bez żadnego śladu

Alicja Giedroyć pierwszy raz wybrała się w podróż śladami swoich dziadków, którzy mieszkali w Wilnie. Odwiedziła także oddalone o 28 km Troki. To piękna miejscowość położona na półwyspie pośród czterech jezior. 19 proc. mieszkańców stanowią Polacy. Podążając śladem błogosławionego krewnego, trafiła również do kościoła Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny. Niestety spotkała ją tam przykra niespodzianka. – Postanowiłam porozmawiać z obecnym księdzem proboszczem. Ktoś usłyszał, że przyjechali Polacy, i nie chciano nas wpuścić do zakrystii. Gdy w końcu się do niego dostałam, zupełnie mnie zignorował. Myślałam, że zainteresuje się przekazaniem przez naszą rodzinę do świątyni jakichś pamiątek po zasłużonym księdzu. Okazało się, że wręcz przeciwnie – wspomina wrocławianka, która przebyła prawie 800 km z chęcią współpracy z litewską parafią. Zabolało ją, że Litwini nie utożsamiają się z historią tego miejsca, nieważne, iż była ona związana z istniejącą wówczas w tym miejscu Polską. – Nie ma żadnej, nawet najmniejszej pamiątkowej tablicy, żadnego śladu po bł. ks. Henryku Hlebowiczu – mówi zawiedziona. Incydent, który powinien ją zniechęcić, zmobilizował jeszcze bardziej do zgłębienia historii błogosławionego dziadka-wujka. W rodzinnych dyskusjach przez całe życie przewijała się postać bardzo inteligentnego, tragicznie zmarłego księdza, jednak dopiero jako dojrzała kobieta poczuła pragnienie poznania niezwykłego krewnego.

Boża inwestycja

Planował zostać inżynierem w dziedzinie górnictwa. Złożył więc dokumenty na Politechnikę Warszawską. Po dwóch tygodniach zabrał je i umieścił je w seminarium duchownym w Wilnie. Do dzisiaj nie wiadomo dlaczego. – Stwierdził: „Gdyby na dwa tygodnie przedtem ktoś mi powiedział, że zostanę klechą, miałby za swoje!” – wspomina Janina Zagałowa z jego ówczesnego otoczenia. Nietuzinkowy, trochę zawadiacki, odważny i niesamowicie inteligentny – tak przedstawiają go nieliczne zachowane źródła historyczne. – Ksiądz, który wyprzedzał swoje czasy. Tak mówiło się u nas w rodzinie, darząc go przy tym wielkim szacunkiem oraz podziwem – oświadcza A. Giedroyć. U Hlebowiczów się nie przelewało. Pracował tylko ojciec Franciszek, więc nie stać ich było na wykształcenie czwórki dzieci: Henryka, Reginy, Brunona i Mieczysławy. – Uczył się niejako kosztem swojego rodzeństwa, ale trzeba przyznać, był wybitnie zdolny. Dlatego rodzice inwestowali w niego, a on swoją mądrością pokazywał, że pieniądze nie szły na marne – wspomina siostrzenica Danuta Kuźmicka, ochrzczona przez bł. Henryka Hlebowicza. Można powiedzieć, iż wkład zwrócił się z wielką, nieocenioną nawiązką. Młody Henryk skończył seminarium w wieku 20 lat z oceną celującą, a ponieważ był za młody na święcenia prezbiteratu, rozpoczął studia doktoranckie na KUL-u. W 1927 r. został księdzem i zapisał wówczas słowa, które za kilkanaście lat okazały się tragicznym proroctwem: „Chcę żyć i pracować tylko dla Ciebie. A nawet nie chcę koniecznie żyć i pracować […], bo może każesz mi jutro zakończyć to życie […], może zechcesz, bym to życie na łożu boleści przepędził […] Nie pragnę owoców mych trudów i życia. Jestem i chcę być tylko Twoją ofiarą. Racz ją tylko przyjąć, Panie.”

Po co włożyłem tę sukienkę?

Zanim jednak dosięgła go męczeńska śmierć, zdążył uczynić wiele dobra. W ciągu dwóch lat obronił dwukrotnie tytuł doktora, jeden na KUL-u, drugi w Rzymie. Gdy po powrocie do kraju gratulowano mu naukowego sukcesu, odpowiadał z charakterystycznym dla siebie dowcipem: „Duplex doctor, triplex dureń”. W wieku 26 lat został najmłodszym profesorem na Uniwersytecie Stefana Batorego w Wilnie, obejmując katedrę apologetyki. Wykładał równocześnie w tamtejszym Wyższym Seminarium Duchownym. – Zawsze wyprzedzał swój wiek, ale w swojej mądrości zachowywał pokorę i skromność – mówi na podstawie rodzinnych opowieści Danuta Kuźmicka. Jako młody kapłan rozpoczął współpracę z młodzieżą, która go uwielbiała. Był duszpasterzem organizacji i stowarzyszeń akademickich, które pod jego okiem się rozwijały. – Młodzi ludzie garnęli się do niego. Być może przez swój spontaniczny język wydawał się im bliższy. Kiedyś powiedział do nas: „Pan Bóg mi tyle daje, że gwiżdżę na wszystko inne!”. Działał z fantazją, ale był także ognisty oraz impulsywny. Gdy nawalaliśmy w czymś, zdawało się, że z oburzenia wszystko w perzynę obróci – wspominała Janina Zagałowa. Lubił od siebie wymagać. Nie ograniczał się w swojej działalności duszpasterskiej, wykazując się ofiarnością i uczynnością. Swój niesforny charakter pokazywał nawet, gdy ludzie mu dziękowali za jego poświęcenie. Rzucał wtedy: „A po co włożyłem tę sukienkę? Czy dla przyjemności chodzenia w sukni damskiej?”.

Mleko, chleb i ewangelizacja!

Znający ks. Hlebowicza zgodnie powtarzali, że nie chciał uchodzić za wzór i autorytet, ale za w pełni oddanego sługę Bożego. Tak też zachował się, gdy nagle przeniesiono go poza Wilno, do malutkich Trok, co powszechnie uznano za degradację i formę poniżenia ze strony hierarchów. W rozmowie z arcybiskupem powiedział: „Mnie jest zupełnie wszystko jedno, czy mam głosić Ewangelię z katedry uniwersyteckiej, czy w najbiedniejszej nawet parafii. Przetrwam, mając dwa litry mleka i kęs chleba. A to wszędzie znajdę”. – Na ambonie przedstawił się jako proboszcz oddany wszystkim, bez względu na rasę czy pochodzenie: katolikom, prawosławnym Żydom, Tatarom, Turkom – opowiada Danuta Kuźmicka. Jej krewna Alicja Giedroyć zwraca jeszcze uwagę na inny aspekt. – Moja o 12 lat młodsza od niego babcia przyjeżdżała razem z mężem do niego na wakacje. Troki są do dziś pięknym miejscem na urlop. Wtedy zabawiała się tam cała elita wileńska, a mój wujek ganił ich z ambony w ostrych słowach za huczne imprezy i naginanie moralności – stwierdza wrocławianka. Temperament zapalonego księdza, tak wiernie zapatrzonego w swojego mistrza, Jezusa Chrystusa, przekładał się nie tylko na aktywność religijną, ale także społeczną. Przezwyciężał narodowościowe różnice. Angażował się w życie kulturalne miasteczka. A po rodzinie się rozeszło, że Henio palił papierosy, pił dużo kawy i lubił „pykać” w brydża. Rzekomo ewangelizował Żydów za pomocą gry w karty przy koniaku. Tak, był niebanalny. Z drugiej strony wyprzedzał swoje czasy. – Po kolędzie odwiedzał samotne matki z dziećmi. Nikomu nie odmawiał wizyty, a to nie było mile widziane wśród hierarchów, którym donosiło społeczeństwo – mówi Alicja Giedroyć.

Dumna karta przeszłości

Zaraz po wybuchu wojny nie zwlekał, tylko zaangażował się w działalność konspiracyjną. Został kapelanem podziemia niepodległościowego w Wilnie i przywódcą ideowym lewicowo-katolickiej Akcji Ludowej. Wybrany przez arcybiskupa, pojechał ewangelizować ziemie Związku Radzieckiego zajęte przez armię hitlerowską. Wyróżniał się jako sprawny organizator i charyzmatyczny ksiądz, tym samym zwracając na siebie uwagę niemieckiego okupanta. 9 listopada 1941 roku został zawleczony przez policję białoruską oraz niemieckie gestapo do lasu pod Borysowem i tam rozstrzelany. Jego ciała do dziś nie odnaleziono, a symboliczny grób znajduje się w Laskach pod Warszawą. W 1999 roku świat przypomniał sobie o nim podczas beatyfikacji dokonanej przez papieża Jana Pawła II. Ks. Henryk Hlebowicz został błogosławiony razem ze 107 innymi męczennikami II wojny światowej. W 2015 roku coraz intensywniej przypomina się Alicji Giedroyć z Wrocławia, która chce wierzyć, że wujek jej pomaga. – Cieszę się dzisiaj, że pojechałam na Wileńszczyznę. Babcia, jak o niej opowiadała, zawsze miała zaszklone oczy. Przez całe życie niewiele wiedziałam o tej części swojej rodziny, bo moi bliscy szybko umierali. Teraz z przyjemnością odkrywam kolejne karty. Z wielką dumą te, które dotyczą bł. ks. Henryka Hlebowicza – mówi.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama