GN 48/2020 Archiwum

Idź na Komorowskiego, dostaniesz karę

​Bronisław Komorowski kolejny raz odwiedził Wrocław w kampanii wyborczej. Choć bliżej prawdy można by napisać: odwiedził swoich zwolenników we Wrocławiu. Spotkanie znowu było zamknięte dla społeczeństwa, a ochroniarze wpuszczali tylko ludzi z listy.

Dokładny termin wizyty prezydenta RP był ujawniony  niewielu osobom. Tym, którzy otrzymali zaproszenie na spotkanie. Wśród nich byli działacze Platformy Obywatelskiej, kilku wrocławskich radnych oraz społeczni działacze.

Mieszkańcy dowiedzieli się o godzinie przyjazdu pocztą pantoflową. Ci, którym obowiązki zawodowe nie przeszkodziły, przyszli pod Ossolineum z nadzieją, że może uda im się chwilę z prezydentem porozmawiać. Zadać choć jedno pytanie. Nic z tego.

- Dowiedzieliśmy się tzw. pocztą pantoflową. Kolega poinformował kolegę i kto akurat mógł w środku dnia przyjść, pojawił się pod Ossolineum - mówi Adam Brawata, dolnośląski koordynator Fundacji Pro-prawo do Życia. Kilkuosobowa grupa wolontariuszy fundacji nie tylko nie została wpuszczona na spotkanie, ale również oskarżona o tworzenie nielegalnego zgromadzenia.

- Podczas pikiety odebrałem telefon z Urzędu Miasta z pytaniem, czy znajduję się pod Ossolineum. Gdy potwierdziłem, oznajmiono mi, że na wniosek policji zostanę ukarany za formowanie nielegalnego zgromadzenia - mówi A. Brawata. Na drugi dzień już nikt się z koordynatorem nie kontaktował.

- To skandal, że nie można wyrazić swojego zdania. Chcieliśmy się dowiedzieć, dlaczego kompromis aborcyjny, który wybrał Komorowski, jest jego zdaniem dobrym rozwiązaniem. Zamyka się obywatelom usta i drzwi przed nosem - dodaje.

O co wolontariusze, którzy stoją w obronie życia, zapytaliby Bronisława Komorowskiego, gdyby pozwolił im dotrzeć do siebie?

- Dlaczego ludzi, którzy nie zgadzają się z kompromisem aborcyjnym, nazywa szkodnikami? Czy zgoda na bezkarne zabijanie dzieci w szpitalach za nasze pieniądze jest właściwym podejściem? - pyta Adam Brawata.

Obok członków Fundacji Pro- prawo do Życia zgromadzili się inni obywatele, także zawiedzeni postawą Komorowskiego. Protestowali oni, domagając się choć krótkiego spotkania. Tym razem udało im się stanąć oko w oko z prezydentem. Po wyjściu z samochodu zrobił sobie zdjęcie ze szkolną wycieczką, następnie pokazał w stronę demonstrantów literę V, złożoną z dwóch palców i zniknął za drzwiami Ossolineum.

- Rzeczywiście wyszedł, ale co z tego, jak stał za funkcjonariuszami BOR-u. W dodatku urządzono prowokację, wpychając zwolenników Komorowskiego w nas, tłum protestujących - mówi Jarosław Bogusławski, dodając, że mieszkańcy Wrocławia dowiedzieli się o wizycie prezydenta godzinę przed jego przyjazdem. Za pomocą telefonów informowali się nawzajem i tak, jak w przypadku proliferów, spontanicznie udali się pod Ossolineum.

- Na miejscu nie brakowało prowokacji. Jedna pani zerwała polską flagę i rzuciła na ziemię. Atmosfera była rzeczywiście nerwowa, a prezydent znów zignorował obywateli. Pokazanie przez niego litery „V” oceniam jako jego kolejny marionetkowy wybryk, tak samo jak wejście na stołek w parlamencie japońskim - stwierdza J. Bogusławski z "Solidarności Walczącej”.

Jak w takim razie powinna się zachować głowa państwa?

- Zatrzymać się i powiedzieć: „Chodźcie, porozmawiajmy. O co wam chodzi?”. Wybiera sobie grupy społeczne, z którymi się spotyka. Dlaczego nie chce pogadać jak równy z równym. A dlaczego media nie mówią o jego związkach z WSI i Fundacją „Pro Civili”? Ci dziennikarze, którzy chcą się tego dowiedzieć, są regularnie odsuwani od prezydenta - kwituje Jarosław Bogusławski.

Bronisław Komorowski odwiedził Wrocław już wcześniej. O tym pisaliśmy TUTAJ.


Polub nas, a nie przegapisz żadnej naszej informacji:

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama