Nowy numer 44/2020 Archiwum

O bitwie z ukosa

Panorama Racławicka. By zwycięstwo z 1794 r. mogło cieszyć serca Polaków, bohaterską walkę stoczyć musieli nie tylko żołnierze Kościuszki. Batalii było wiele, a ostatnią poprowadziła mało znana armia: konserwatorzy.

Przedtem dla tej sprawy pot wylewali genialni artyści, lwowiacy, kolejne społeczne komitety we Wrocławiu... Potężne dzieło malarskie, stworzone pod kierunkiem Jana Styki i Wojciecha Kossaka, powstało z okazji 100. rocznicy bitwy pod Racławicami rozegranej 4 kwietnia 1794 r. podczas insurekcji kościuszkowskiej. Panoramę Racławicką – stworzoną „ku pokrzepieniu serc” – udostępniono widzom podczas otwarcia Powszechnej Wystawy Krajowej we Lwowie, w parku Stryjskim, w czerwcu 1894 r. Częściowo uszkodzoną, w 1944 r. ratowano pośpiesznie, chroniąc ją w klasztorze bernardynów. Już w 1946 r. trafiła do Wrocławia, ale dopiero 14 czerwca 1985 r. mieszkańcy mogli ją ponownie zobaczyć. W tym roku mija 30 lat, odkąd tłumy ludzi płyną w stronę charakterystycznej rotundy.

Wytęskniona

Mniej znaną stronę zmagań o prezentację arcydzieła przedstawiła w swojej książce „Panorama z ukosa. Wspomnienia z czasów konserwacji Panoramy Racławickiej w latach 1981–1985” Jadwiga Janowska-Kondratowicz. Autorka należy do grona konserwatorów, którzy w tamtych latach pracowali przy gigantycznym malowidle. – Dla mnie udział w tym przedsięwzięciu to było rodzinne zadanie, powierzone przez tatę – podkreśla. – Moja rodzina pochodzi ze Lwowa. Ojciec wspominał, że zwyczajowo każdej niedzieli wszyscy szli oglądać Panoramę. W czasach, gdy nie było telewizji, to była wielka atrakcja. Doświadczenie iluzji było tak silne, że zastanawiali się ponoć, czy w środku będzie panować taka pogoda jak na zewnątrz. Lwowskie batiary wpuszczały do środka wróble, obserwując, czy usiądą na namalowanych drzewach… Kiedy mój ojciec przyjechał obejrzeć Panoramę we Wrocławiu, on, stary belfer, facet, który niejedno przeżył, popłakał się jak dziecko… Kiedy w 1946 r. Panorama trafiła do Wrocławia, liczono, że szybko znów zostanie udostępniona. Niestety, malowidło ukazujące zwycięstwo Polaków nad Rosjanami w tamtych czasach nie miało łatwego życia – choć rzecz dotyczyła wojsk carskich. Przenoszona z miejsca na miejsce, poddawana doraźnym konserwacjom, w 1980 r. Panorama została potajemnie przetransportowana do Warszawy. Wobec potężnego nacisku społecznego wróciła. Bacznie pilnowana, spędziła noc w pomieszczeniach PKS-u przy ul. Piwnej, by – jak opisuje autorka – trafić do samochodu ozdobionego flagami i napisem „Wrocław wita Panoramę Racławicką”. Przewieziona do pomieszczeń Muzeum Architektury w dawnym klasztorze bernardynów (jak we Lwowie!), czekała na początek konserwacji. Prace ruszyły 1 grudnia 1981 r. Stan wojenny, mimo obaw, na szczęście nie przerwał ich. Pani Jadwiga wspomina, że niemal wszyscy w zespole należeli do zdelegalizowanej „Solidarności”. Krążyły ulotki, nasłuchiwano wieści…

Marmośmiet, pancernik Potiomkin i misja

Konkurs na projekt rotundy dla Panoramy rozstrzygnięto już w 1958 r. Wygrał projekt Ewy i Marka Dziekońskich. – Nie jestem pewna, czy wybrano rzeczywiście najlepszy. Zrezygnowano w nim z tzw. latarni, typowej dla panoram, czyli zewnętrznego, naturalnego doświetlenia. Dla nas oznaczało to pewne problemy – wyjaśnia konserwatorka. Zanim specjaliści mogli pochylić się nad samym płótnem, trzeba było wykonać sporo prac właśnie w rotundzie – która przecież stała już od kilkunastu lat, skompletować zespół. To ostatnie zadanie powierzono Stanisławowi Filipiakowi, który doświadczenie konserwatorskie zdobywał m.in. w ówczesnym Muzeum Śląskim. Wspominany jest jako zdolny i sympatyczny człowiek, który nie znosił mediów. W pamięć podwładnych zapadło między innymi jego charakterystyczne poruszanie brwiami oraz… powiedzonko: „głupi jesteś – przepraszam”. Pani Jadwiga, zwana Jagodą, z humorem opowiada o barwnych osobowościach tworzących konserwatorski zespół – liczący w pewnym momencie nawet 40 osób (jak mówi: 40 męczenników). Byli to absolwenci studiów konserwatorskich z Torunia, osoby po wrocławskiej Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych, młodzi, ale często już z pewnym doświadczeniem. Ważną rolę pełniła m.in. dokumentalistka – Halina Dąbrowska. Niektórzy na dłużej złapali bakcyla panoram – Ryszard Wójtowicz z przyszłą żoną zajmowali się później konserwacjami kolejnych, m.in. na Węgrzech czy w USA. Łączyła ich nie tylko praca, ale i towarzyskie spotkania. Po latach można wspominać niezapomniany klimat wspólnych posiłków w barach mlecznych (gdzie np. serwowano naleśniki z „marmośmietem”, czyli marmoladą i śmietaną), pomysły kolegi Bohdana, wielkiego mężczyzny, który potrafił złożyć się jak scyzoryk i zapakować do kartonu, a zwłaszcza rozmaite eksperymenty technologiczne stosowane przy Panoramie. Wśród nich był np. „pancernik Potiomkin”. Tak nazwano żartobliwie specjalny pomost na rolkach, który miał ułatwić pracę w pozycji leżącej, ale okazał się niewypałem. Śmiech, czasem spory i robienie sobie psikusów, nie przeszkadzały w traktowaniu samej Panoramy z największą pieczołowitością. – Dla większości z nas to nie była praca jak każda inna, mieliśmy świadomość pewnej misji – mówi pani Jadwiga.

Na froncie

Poprzednie działania konserwatorskie prowadzone były w dużej mierze metodą prób i błędów. W latach 80. skorzystano już m.in. z porad prof. Gustawa Bergera, który miał doświadczenie z konserwacji „Cykloramy Atlanty”. Dyskutowano nad programem konserwatorskim wypracowywanym przez zespoły w Toruniu, Warszawie, Krakowie. Wyzwanie było poważne. Chodziło przecież o powierzchnię wielkości 1800 mkw. Do Wrocławia Panorama przyjechała nawinięta na wielki wał. Tu po pewnym czasie podzielono ją wzdłuż szwów na 14 brytów. Pracowano po kolei nad każdym z nich. Jeszcze wcześniej w ówczesnym Muzeum Śląskim prezentowano publiczności fragment arcydzieła z Tadeuszem Kościuszką – który co prawda uległ przez to deformacjom, ale przypomniał ludziom o sprawie Panoramy. Po zakończeniu prac budowlanych rotundę zamieniono w ogromną pracownię – wyposażoną w roboczy pomost, foremniki oraz elementy do zawieszania brytów, a nad platformą widokową w tzw. parasol, sprawiający zresztą sporo kłopotów w ekspozycji. W początkowej fazie prac spore emocje wzbudziła operacja podnoszenia pierwszego brytu wraz z walcem na poziom pomostu roboczego. – Sam bryt, nie licząc metalowego walca, ważył 500 kg. Nie było jasne, czy mały dźwig da sobie radę z tą operacją. Walec unosił się, wszystko skrzypiało, a my staliśmy w milczeniu… Udało się! – wspomina Jadwiga Janowska-Kondratowicz. Dodaje, że praca wymagała chwilami niezłej kondycji i odwagi. Przykładowo, żeby przemieścić się z galeryjki na chyboczący się „wózek”, trzeba było zrobić duży krok nad sporą przepaścią. Osobną kwestię stanowi narażanie się na wdychanie szkodliwych substancji. Całą książkę można by napisać o zdobywaniu niezbędnych materiałów i rozmaitych koncepcjach konserwatorskich. Wyzwaniem były liczne ubytki w malowidle. Płótno, które miało być w takich miejscach wszywane, a potem także specjalne nici zostały pozyskane dzięki pani Eli Paradowskiej – inżynierowi włókiennictwa. To ona wpadła między innymi na pomysł zastosowania do dublażu specjalnej tkaniny szklanej. Kto inny znów pomyślał o zastosowaniu narzędzi i igieł chirurgicznych. I tak praca posuwała się dalej. Z którym fragmentem Panoramy było najwięcej problemów? – Trudno precyzyjnie określić, ale na pewno wśród bardzo trudnych partii była ta, w której brakowało sporego fragmentu oryginalnego płótna – zaginionego jeszcze w czasie wcześniejszej konserwacji – wyjaśnia pani Jadwiga (chodzi o fragment sceny walki kawalerii polskiej z oddziałem kozackim). W takich sytuacjach potrzebna była rekonstrukcja wymagająca najpierw „rozgryzienia” sposobu malowania twórców dzieła.

Malowane trawy

Efekt iluzji potęguje tzw. sztafaż – przedpole Panoramy. We Lwowie wykonany był w całości z elementów naturalnych, tu jednak nie chciano całkowicie na nich się opierać, choćby z obawy przed bakteriami czy „innymi żyjątkami”. – Nasz kolega z Politechniki Wrocławskiej, inż. Juliusz Czaja, wpadł na pomysł zastosowania przy sztafażu pianobetonu – masy, którą można było łatwo formować – mówi J. Janowska-Kondratowicz. Wspomina także o problemach z wysokością platformy widokowej, do której należało dopasować wysokość sztafażu. Na tak ukształtowanym terenie, stanowiącym przedłużenie form namalowanych na obrazie, umiejscowiono naturalne elementy: sosenki, krzaki, maliniaki, łopuchy – znaleziono sposób, by wytruć z nich drobnoustroje. – Roślinność pochodziła z okolic Wrocławia; w tej kwestii współpracowaliśmy z Zielenią Miejską – tłumaczy pani Jadwiga. – Takie elementy jak wóz sprowadzono z Racławic. Natomiast problem był z trawą. W końcu ktoś wpadł na pomysł, by wykonać ją z wiórów stolarskich. Niesamowicie wyglądało, gdy dziewczyny wiązały taką „trawę” w pęczki. Potem, uprzednio zafarbowana, była „sadzona” w mokrej jeszcze zaprawie. Tworzenie sztafażu to była syzyfowa praca. Pamiętam, jak malowaliśmy cienie przedmiotów i tak zwane „kałabanie” – (kałuże). Co chwilę człowiek przerywał robotę, biegł popatrzeć z pewnej odległości, jaki jest efekt działań, i… szlag go trafiał. Bywało, że dany kolor zupełnie inaczej się prezentował z bliska niż z daleka… Czemu tytuł książki pani Jadwigi brzmi „Panorama z ukosa”? – Często, przyglądając się wiszącym już brytom, spoglądaliśmy na płótno panoramy właśnie z ukosa. Ponadto w tym słowie mieści się „kosa”. Kosa, kosynierzy – to charakterystyczne elementy Panoramy Racławickiej – wyjaśnia. I dodaje: – Środki, jakimi dysponowało „40 męczenników”, były bardzo ubogie, a jednak dokonali dzieła niezwykle trwałego. Przeżyliśmy przy pracy fantastyczne chwile, wielką przygodę.

Książka Jadwigi Janowskiej-Kondratowicz dostępna jest m.in. w Panoramie Racławickiej.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama