Nowy numer 43/2020 Archiwum

Z dołu do krypty. Z zapomnienia do serca

Trwający weekend mija nie tylko pod hasłem "Solidarność". Swoją uwagę kierujemy również na ukraiński Wołyń i to, co stało się tam równo 72 lata temu. Dlaczego? Bo ta ziemia woła każdego Polaka o wspomnienie. Ona pragnie odżyć.

Ta historia ma swój coraz silniejszy wrocławski akcent. Mimo, że oddalona od stolicy Dolnego Śląska o ponad 650 km. Członkowie stowarzyszenia „Odra-Niemen” wezmą w ten weekend udział w uroczystościach pogrzebowych odnalezionych szczątków i kolejnych obchodach rocznicy mordów na Wołyniu, a dokładnie zbrodni w Woli Ostrowieckiej i w Ostrówkach. Polskich przedwojennych wioskach (współcześnie teren Ukrainy), które już dziś nie istnieją. Zostały zrównane z ziemią, a mieszkańcy wycięci w pień przez oddziały UPA i okoliczną ludność ukraińską.

Ciągłe poszukiwanie

Szacuje się, że podczas eksterminacji Polaków w tych dwóch miejscowościach zabito ponad 1000 osób, w tym kilkaset dzieci. Ciała wrzucono do dołów i zakopano bez jakiegokolwiek pochówku. Historia jednak upomniała się o to ludobójstwo. Szczątki ofiar ujrzały ponownie światło dzienne dzięki tytanicznej pracy swoich rodaków,  m.in. członków  wrocławskiego stowarzyszenia „Odra-Niemen”.

 - Pewnego razu umówiono nas z doktorem Leonem Popkiem z IPN-u, synem ocalałej z rzezi Ostrówek Heleny Popek. Okazało się, że poszukuje ludzi do ekshumacji na Wołyniu. Już od lat 90. jeździ do dwóch miejscowości: Woli Ostrowieckiej i Ostrówki. Przez lata szuka pomordowanych osób z ambicją, żeby te ciała wydobyć i pochować je w obrządku katolickim, z godnością - mówi Ilona Gosiewska, prezes „Odry-Niemen”.

Ekipa ze stowarzyszenia wkroczyła więc na wołyński szlak przypadkiem. Po raz pierwszy pojechali tam w maju 2015 roku. Podczas prac ekshumacyjnych trafili na szkielet kobiety. Był w ułożeniu świadczącym o świadomym pochówku. Dzięki temu odkryciu archeolodzy nakreślili teren, na którym można znaleźć kolejne ofiary.

- Weszliśmy w tę historię bardzo mocno. Trafiliśmy w niezwykłe miejsca. Żeby to zrozumieć, trzeba tam po prostu pojechać. To nie są Kresy, na które my jeździmy, czyli na Wileńszczyznę czy Grodzieńszczyznę, gdzie mieszka dużo Polaków, są trwałe ślady polskości, całe polskie miejscowości z żywą historią - wyjaśnia I. Gosiewska.

Jak jest na Wołyniu? Pustka. Nic się nie dzieje. Nie ma życia. Z dala od cywilizacji. Tylko ziemia pełna ciał niewinnych Polaków. Nasączona ich krwią. Powietrze przesiąknięte tragicznymi losami. Najbliższa wioska ukraińska leży kilka kilometrów dalej. Przed wojną te polskie miejscowości tętniły życiem społecznym i kulturalnym. Teraz w szczerym polu stoją archeolodzy i pokazują: tu była szkoła, tam stał dom kultury… Zostały jedynie drobne, ale bardzo wymowne ślady: bzy, drzewa owocowe, czy zawiasy i metalowe części po stodole.

 I raz na jakiś czas udaje się znaleźć kolejne osoby. Są ekshumowane i przechowywane w trumienkach w godnym miejscu. Po każdych letnich ekshumacjach pod koniec sierpnia następują uroczystości związane z tragedią 30 sierpnia. Msza św., wspólna modlitwa na grobami i kolejne pogrzeby. Tym razem z godnością, pamięcią, czcią i szacunkiem. Do krypty na cmentarzu. Przyjeżdżają rodziny pomordowanych i ci, co pracowali przy ekshumacjach. W tym roku po raz pierwszy pojechała ekipa z „Odry-Niemen”.

- W maju pracowaliśmy 2 tygodnie. Wymienialiśmy się, bo nie wszyscy mogli sobie pozwolić na dwutygodniowy wyjazd. Na koniec pierwszego tygodnia trafiliśmy na mogiłę 33 osób i dziecka w wieku 5-7 lat. Ten pochówek w ostatni weekend sierpnia będzie dotyczył tej grupy - mówi Ilona Gosiewska. W zbiorowej mogile spodziewano się szczątek po 70-80 osobach.

W lipcu pojechali kolejny raz. Oprócz drobnych kości nie udało się nic znaleźć, ale za to zaczęły się problemy z urzędnikami, którzy kwestionowali wcześniej wydane przez siebie zgody. Ukraiński IPN nie pała chęcią pomocy, a wręcz przeciwnie. Polskie prace ekshumacyjne na swoim terenie traktuje nieprzychylnie. Młodzi wrocławianie nie widzieli tam tej słynnej jedności polsko-ukraińskiej. A gdzie ona jest najbardziej potrzebna, jeśli właśnie nie w takich miejscach?

Grusza, co na polskiej krwi wyrosła

Wzrok przyciąga stara grusza. Drzewo dostojne, piękne, wijące się. - Nietrudno się domyślić na czym wyrosło. Tyle osób tam pod nim leżało. Postawiono obok krzyż, jako symbol miejsca, w którym dokonano ekshumacji - opowiada Dominik Rozpędowski. Grusza rośnie w miejscu nieistniejącej już stodoły. Mordowano tam mężczyzn. Zostały po niej tylko metalowe części. Po wielu latach wydobyto stamtąd szczątki 243 osób.

Dalej, na wielkim pustkowiu uwagę przyciąga ogrodzony krzyż z małą figurką Matki Bożej i malutkim drzewkiem bzu. A wcześniej stał tutaj kościół. To było centrum życia społecznego miejscowości. 30 sierpnia 1943 rozpoczęła się rzeź. Do świątyni zgoniono dzieci i starców. W tym czasie napastnicy rozpoczęli kopanie trzech dołów na zwłoki. Uwięzieni Polacy domyślając się, co ich czeka, zaczęli modlić się, śpiewać pieśni religijne, wzajemnie wybaczać winy i żegnać. Po wypędzeniu z kościoła i przejściu kilku kilometrów mordowano ich strzałami w tył głowy. Rannych dobijano bagnetami i kolbami karabinów. Masakra odbywała się na oczach oczekujących na śmierć.

Ziemia, co przyciąga jak magnes

- Pustka  tamtej okolicy dzisiaj wywołuje wiele refleksji. Trudno się oderwać myślami od tego miejsca. Traktujemy je już jak nasze. Bardzo nam zapadło w serce. Będziemy tam jeszcze wracać i dbać o nie. To dla nas zupełnie nowe doświadczenie Kresów - mówi spokojnym tonem w zamyśleniu Ilona Gosiewska.

Podobnie o misji na Wołyniu wypowiada się 25-letni Dominik Rozpędowski, który pracował przy ekshumacjach.

- Wszystko to, co przeczytaliśmy o mordach na Wołyniu jakoś blednie przy tych miejscach: Woli Ostrowieckiej i Ostrówkach. Mimo, że nie widzimy na oczy tych wszystkich zbrodni, to świadomość, że to działo się na tej ziemi, na której stoimy, działa na wyobraźnię bardzo mocno. Ta cisza, która tam panuje, tak mocno dotyka i porusza. Wszystko potęguję odcięcie od świata. Brak zasięgu, prądu, bieżącej wody - opisuje wrocławianin.

Samo odkrywanie masowej mogiły niosło za sobą wiele emocji, ale młodzież z „Odry-Niemen” dotknęło szczególnie znajdowanie rzeczy osobistych zamordowanych rodaków.

- Udało się znaleźć książeczkę do nabożeństwa. Okazało się, że kilka osób na szyi nosiło medalik ze swoim świętym patronem. I nagle wiem, że trafiam na swojego imiennika, bo trzymam w ręce medalik ze św. Dominikiem. Takich rzeczy się nie zapomina. One zostają wewnątrz - opisuje psychiczne oczyszczenie D. Rozpędowski.

Wydaje się, że te wspomnienia wypalają, męczą, przygnębiają. A mimo to młodzi chcą tam wracać. Szukać. Zwracać godność rodakom. Przywracać o nich pamięć.

- Pewnego razu pomyślałem sobie, że jeśli jedna osoba gdzieś w tym szczerym polu leży i czeka, żeby ją odkryć, pochować należycie i pomodlić się na nią - to warto dla niej przejechać te 650 kilometrów w jedną stronę i kopać w ziemi po kilka godzin dziennie w pełnym słońcu - stwierdza pewnym głosem.

To praca o dużym obciążeniu fizycznym, ogromnym znaczeniu historycznym i wadze moralnej nie do ocenienia. Człowiek zatapia się w niej w całości, chce znaleźć cokolwiek, najmniejszy ślad. I żyje nadzieją. A ta nasiąknięta krwią ziemia woła go, odrywa od codziennej życiowej gonitwy i upomina się o pamięć.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama