Gość Bielsko-Żywiecki 49/2020 Archiwum

Nawet dla jednego człowieka

Zaczęli od poszukiwań w ziemi. Potem ekshumacja, pogrzeb, modlitwa. Ta historia woła ich nieustannie.

Odkryli ją jakby na nowo. Przede wszystkim w sobie. Doskonale wiedzą, czym była zbrodnia wołyńska. Znają tragiczne losy Polaków. Ale dopiero gdy na miejscu zobaczyli wielką pustkę, usłyszeli nieugiętą ciszę, weszli w tragedię, która tam miała miejsce pod koniec sierpnia 1943 roku, jakby głębiej, mocniej. Zaczęło się przypadkiem, w maju 2015 roku. Potem wyjazd w lipcu, a w nocy z 30 na 31 sierpnia członkowie stowarzyszenia „Odra-Niemen” wrócili z uroczystości pogrzebowych na Wołyniu. Szczątków, które sami znaleźli. Ludzi, którym zwrócili godność.

A tam… pustka

W prace ekshumacyjne zaangażował ich doktor Leon Popek z IPN-u, który od lat 90. ub. wieku jeździ na Wołyń i tam szuka pomordowanych Polaków. Dokładnie w Woli Ostrowieckiej i Ostrówkach – dwóch nieistniejących już wioskach, które zostały wymordowane przez oddziały UPA i okoliczną ludność ukraińską w sierpniu 1943 roku. Szacuje się, że zamordowano tam ponad 1000 osób, w tym kilkaset dzieci. Ich ciała zakopano w dołach, a wioski ograbiono i zburzono. – Trafiliśmy w niezwykłe miejsca. To nie są Kresy Wschodnie, na które dotychczas jeździliśmy. Wileńszczyzna czy Grodzieńszczyzna, gdzie mieszka dużo Polaków. Z mocnymi śladami polskości i trwającą historią. A na Wołyniu… pustka. Nie ma już nic oprócz ziemi pełnej ofiar ludobójstwa – mówi Ilona Gosiewska, prezes „Odry-Niemen”. Gdy byli pierwszy raz, wydobyli szkielet kobiety, którego ułożenie świadczyło o godnym pochówku. – Kilkanaście dni temu zadzwoniła do nas wnuczka tej ofiary. Okazało się, że mieszka we Wrocławiu. Dwie ulice dalej od naszego domu – dodaje Gosiewska. Potem archeolodzy nakreślili teren, gdzie można znaleźć szczątki kolejnych Polaków. I tak się zaczęło.

Niewygodna historia

Raz na jakiś czas udawało się znaleźć kolejne osoby. Zawsze ich zwłoki są ekshumowane i przechowywane w trumienkach w godnym miejscu. – W maju pracowaliśmy 2 tygodnie, na zmiany. Tyle, ile kto mógł. Sprawdzaliśmy ziemię, przekopywaliśmy ją metr po metrze. Na koniec pierwszego tygodnia trafiliśmy na mogiłę 33 osób i dziecka w wieku 5–7 lat. Pochówek w ostatni weekend sierpnia dotyczył tej grupy – wspomina Ilona Gosiewska. W zbiorowej mogile spodziewano się szczątków 70–80 osób. W lipcu pojechali kolejny raz, ale oprócz drobnych kości nie udało się dotrzeć do czegoś więcej. Zaczęły się za to problemy z ukraińskimi urzędnikami, którzy cofali wydane wcześniej przez nich zgody na prace ekshumacyjne. Tamtejszy IPN nie okazał się przyjaźnie nastawiony do całej akcji. Polacy nie doświadczyli tej słynnej współpracy polsko-ukraińskiej. Ewidentnie lokalne władze stwarzają kłopoty, jakby bojąc się tego dociekania prawdy. Wciąż ekipa z Leonem Popkiem na czele szuka mogiły z ciałami 200 zamordowanych w tamtej okolicy.

Sam na sam

Samo miejsce na pierwszy rzut oka może przerażać, ale potem zaczyna przyciągać. Do najbliższej wioski jest kilka kilometrów. Okolica składa się z otwartych terenów. – Stoją archeolodzy w szczerym polu i pokazują: „Tu była szkoła. Tam stał dom kultury” itd. Przed wojną te polskie wioski tętniły życiem – stwierdza Ilona Gosiewska. A dzisiaj... Zostały bardzo wymowne ślady: bzy, drzewa owocowe, zawiasy po stodole. – Na miejscu starej stodoły, obok której zamordowano kilkuset Polaków rośnie bujna stara grusza. Piękna, dostojna, wijąca się. Nietrudno się domyślić, na czym ona tak wyrosła. Tyle osób pod nią leżało – mówi Dominik Rozpędowski. Niezwykłe doświadczenie dotknęło jego samego i rówieśników. Pustka wywołuje refleksje, wprawia w zamyślenie. – Wszystko to, co przeczytaliśmy o mordach na Wołyniu, jakoś nagle blednie. Mimo że nie widzimy tych wszystkich zbrodni, ale ta świadomość, że to miało miejsce tutaj, działa na wyobraźnię. Efekt potęguje odcięcie od cywilizacji i przebywanie z tą historią sam na sam – opowiada młody wrocławianin. Najmocniej uderzyło go odkrywanie rzeczy osobistych. – Udało się znaleźć książeczkę do nabożeństwa. Okazało się, że kilka osób ma na szyi medalik ze swoim świętym patronem. Nagle patrzę, a tam medalik św. Dominika. I mój imiennik wrzucony na stos, do dołu – zamyśla się D. Rozpędowski. On i jego towarzysze chcą tam wracać. Dalej szukać i przywracać godność nieludzko pomordowanym rodakom. Tam, gdzie nikt się o nich nie upomni, a nawet chętnie o nich zapomni. Na razie wrócili z uroczystości pogrzebowych: Eucharystii, modlitwy i pochówku. Na koniec rozmowy Dominik dodaje od siebie: – Nawet jeśli jedna osoba gdzieś leży w ziemi i czeka, żeby ją odkryć, pochować należycie i pomodlić się za nią – warto przejechać te 650 km w tę i z powrotem.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama