GN 47/2020 Archiwum

20 lat jak jeden dzień

Jubileusz „Gościa Wrocławskiego”. Ponad 1000 numerów – od pierwszego do ostatniego, który trzymają Państwo w rękach. Wiele się zmieniło, ale najważniejsze jest stałe.

Cofnijmy się do roku 1995. Od momentu zapadnięcia decyzji o powołaniu redakcji mijają niecałe dwa miesiące. To bardzo niewiele czasu na taki proces – znalezienie ludzi, zaplanowanie pracy, formalności. 24 września wychodzi pierwsze wydanie „Gościa Wrocławskiego”, lokalnego dodatku do ogólnopolskiego tygodnika „Gość Niedzielny”. W formacie A3 na papierze czarno-białym. Na niebiesko drukowano tylko winietę na pierwszej stronie. Treść natomiast była bardzo barwna.

Nasz kolega ma dwa mega

– Na początku nie mieliśmy redakcji i takiego sprzętu jak dzisiaj. Warunki nie były tak profesjonalne. Pierwszy zespół uczył się nowej rzeczywistości. Działaliśmy jednak z ogromnym zapałem – wspomina ks. Janusz Gorczyca, pierwszy dyrektor „Gościa Wrocławskiego” (1995–2006). Dziennikarze mierzyli się z wyzwaniami, jakie stały przed nową redakcją. Niektóre z nich brzmią dziś jak dobry dowcip. – Błyskawicznie musieliśmy się nauczyć pisać na… komputerze. Ja nie żartuję. Wychodziliśmy z ery maszyn do pisania, dlatego na tamtym etapie to było dość trudne. Panowały zupełnie inne realia. Jeden z kolegów redakcyjnych w ogóle nie miał takich doświadczeń i na początku przynosił rękopisy, które sekretarka wprowadzała do komputera – uśmiecha się ks. Gorczyca. Jolanta Sąsiadek pracowała w „Gościu” prawie 15 lat (1996–2010). Na własnej skórze przeżyła metamorfozę cyfryzacji.

– Do dziś mam jeszcze trzy szafy pełne notatek, z którymi nie mogę się rozstać. Oprócz zapisków nagrywaliśmy materiał na kasety w dyktafonach, które były kilka razy większe niż te współczesne. Nie znaliśmy pojęć USB czy karta SD… – tłumaczy emerytowana dziennikarka. Przyznaje, że najgorsze, bo najbardziej czasochłonne, było odsłuchiwanie w czasie rzeczywistym nagrań. – Rozmówca się rozgadał, kaseta się skończyła i zostawał notes. Najprostsze rozwiązania są najlepsze. Ale jak szłam do kogoś ważnego, brałam 15 kaset. Mam ich w domu jeszcze setki – opowiada. Patrząc na komunikację z centralą w Katowicach przez pryzmat tych 20 lat, można powiedzieć, że minęła epoka, o ile nie dwie. Każdego tygodnia przez pierwszych kilka miesięcy naczelny musiał przebywać trasę Wrocław–Katowice z kompletem tekstów i zdjęć (na dyskietce oraz w wersji drukowanej). Później korzystano z możliwości przekazania przesyłek, które dostarczano konduktorowi pociągu pospiesznego. Potem weszły przesyłki kurierskie przez pocztę i na końcu etap wysyłania drogą internetową. – Z wielkimi problemami, bo łącze internetowe nie miało wiele wspólnego z dzisiejszą technologią – tłumaczy ks. Gorczyca. Wtóruje mu Jolanta Sąsiadek, pracująca wtedy w jego zespole. – Najdłużej pracowałam 78 godzin z rzędu. Bez wychodzenia z redakcji. Internet szalał, łączność co chwilę się zrywała. Nic nie przechodziło przez nasz główny komputer-matkę, który nazywaliśmy „nasz kolega ma dwa mega”. Największy problem był ze zdjęciami, które się wywoływało i skanowało do komputera, aby je przesłać. W centrali się wściekali, bo czas ich gonił. Nam znikały nagle teksty w komputerach, wywalało prąd itd. – dodaje. A dzisiaj? Kilka kliknięć, przeciągnięcie pliku do programu i wszystko gra.

Ciągle wszystko na wczoraj

„Gość” w archidiecezji wrocławskiej pojawił się dzięki inicjatywie kard. Henryka Gulbinowicza i otwartego na współpracę redaktora naczelnego czasopisma ks. Stanisława Tkocza. – Zależało mu zawsze na tym, żeby pismo było żywe i dynamiczne. Na początku uznano nas za pewną atrakcję, coś nowego, świeży powiew w środowisku dziennikarskim – stwierdza pierwszy szef. Jego zdaniem marka tygodnika była rozpoznawalna, lecz pierwszy zespół musiał się sporo natrudzić, aby przełamać także pewną nieufność i przyzwyczaić otoczenie do rzetelności i prawdomówności. Promowano gazetę z wielkim wysiłkiem. – Zaczęliśmy od parafialnych wydarzeń. Z czasem zaczęło się coraz częstsze zaglądanie w inne obszary życia. Pokazywanie ludzi, ich historii, inicjatyw poza murami świątyń. Interesowało nas od początku życie Kościoła lokalnego, ale także życie społeczne, czyli obecność katolików na różnych obszarach – charakteryzuje ks. Gorczyca. – Pamiętam, gdy zaczynałam pracę z takim najprostszym aparatem. O lustrzance w latach 90. mogliśmy tylko pomarzyć. Kiedyś kleryk powiedział do mnie: „Ale proszę pani, tutaj nie można prywatnie robić zdjęć!”. Odpowiadam pewnie, że jestem z „Gościa Niedzielnego”. Zdumiało go to, roześmiał się i mówi: „Z tej gazety i z takim aparatem?”. Wygonił mnie. Nie uwierzył! – śmieje się J. Sąsiadek. Przez lata fotografie robiła bardzo uważnie, rozsądnie planując każde ujęcie. Związane to było z ograniczoną liczbą klatek na kliszy. Potem zanosiła film do wywołania. Dzisiejsza technika daje nieporównywalnie większe możliwości. Bez presji, z możliwością późniejszej selekcji, edycją komputerową. – I nie trzeba biegać i popędzać pracowników zakładu fotograficznego. Tłumaczyć im, że w dziennikarstwie wszystko jest na wczoraj – dodaje Jolanta. Opisując swoją pracę, zgadza się ze swoim ówczesnym kierownikiem. – Przedstawialiśmy życie Kościoła takie, jakie jest. Kościół to ludzie, my wszyscy, dlatego poruszaliśmy na łamach również sprawy społeczne – wspomina dziennikarka, której pierwszy tekst traktował o poradni rehabilitacyjnej dla dzieci z porażeniem mózgowym.

Dziennikarze jak lekarze

Praca w tygodniku katolickim to w pewnym sensie także formacja. Możliwość zobaczenia Kościoła z wielu różnych stron. – Pamiętam doskonale swoją pierwszą Mszę św., którą miałam opisać w „Gościu”. Ja, dziennikarka z prawie 20-letnim doświadczeniem, dostałam niestrawności żołądkowej z nerwów! Całe życie chodziłam do kościoła i go po prostu przeżywałam. A tu nagle muszę nastawić uszu i wiedzieć, dlaczego taki obrzęd, co oznaczają słowa i gesty, jak odczytywać symbole. A wcześniej pół nocy spędziłam z całym stosem książek, żeby się dobrze do tego przygotować – opowiada żywiołowo J. Sąsiadek. – Koledzy po fachu z innych gazet dyskredytowali mnie, kiedy zaczęłam pracę w „Gościu”. Mówili: „Jesteś niepoważna! Z takim doświadczeniem, tak ustawiona dziennikarka i poszłaś do jakiejś gazetki parafialnej”. Odpowiadałam jasno i stanowczo: „Mnie tu nikt do żadnego świństwa nie namawia, nikt nie wpływa na moje sumienie i nie próbuje mnie zmieniać. Nikt tu na mnie nie wymusza, żebym pisała o czymś, o czym nie chcę pisać. A ja sobie to wszystko cenię” – przywołuje swoje słowa sprzed lat. Kiedyś ktoś jej powiedział, że dziennikarze są jak lekarze. Nie wolno im szkodzić, a etyka zawodowa odgrywa u nich kluczową rolę.

Czasy się zmieniają, wartości pozostają

Choć technologia, a przez to system pracy i jej charakter zmieniły się, pewne aspekty dziennikarstwa w „Gościu Wrocławskim” przetrwały próbę czasu. Chodzi o wartości i misję głoszenia Ewangelii już nie tylko w prasie, ale również w internecie. Od 2012 r. funkcjonuje strona internetowa www.wroclaw.gosc.pl. To rozszerzenie, a czasem pokazanie też zupełnie innej rzeczywistości, czegoś nowego ze względu na nieograniczony obszar dla słów i zdjęć. – Dzisiaj świat medialny przenosi się do internetu, który jest szybszym narzędziem komunikacji. Zdajemy sobie z tego sprawę. W archidiecezji wciąż powstają nowe inicjatywy, wydarzenia i mimo upływu 20 lat, mamy do pokazania jeszcze naprawdę bardzo wiele – wyjaśnia Karol Białkowski, obecny kierownik dodatku lokalnego GN. Dokąd zmierza „Gość Wrocławski”? Zawsze w kierunku zbawienia. Zmieniły się narzędzia, ludzie, którzy go tworzą, ale wciąż na jego łamach znajdziecie życie Kościoła wrocławskiego. – Pamiętajmy, że Kościół, jako grupa ludzi, nie funkcjonuje tylko w murach świątyń czy salkach wspólnotowych. Żyjemy w określonej czasoprzestrzeni politycznej, gospodarczej, kulturalnej i społecznej. Jako tygodnik katolicki jesteśmy powołani, aby naukę Kościoła przekazywać również na tych płaszczyznach – dodaje szef „Gościa Wrocławskiego”.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama