GN 42/2020 Archiwum

Wigilia za "żelazną kurtyną"

Polska tradycja świętowania Bożego Narodzenia jest bogata w symbole, gesty i zwyczaje, których nie ma gdzie indziej. Jest piękna i pełna głębokich znaczeń. Ale historia, którą opowiem, wzrusza nawet po latach. Powtarzają ją bracia z Taizé, gdy wspominają polskie zwyczaje wigilijne. Właśnie im się to przydarzyło.

Jest dzień 24 grudnia 1989 roku. Od kilku miesięcy we Wrocławiu przebywają bracia z Taizé, przygotowując Europejskie Spotkanie Młodych, pierwsze w Europie Wschodniej. To dzięki odważnej jak na owe czasy postawie kardynała Henryka Gulbinowicza spotkanie to odbywa się w stolicy Dolnego Śląska. Abp Jerzy Stroba - ordynariusz poznański nie wyraził  zgody, aby zorganizować je w Poznaniu, bo taka była pierwsza propozycja.

Postępująca pauperyzacja społeczeństwa osiągnęła wtedy swoje apogeum. Ceny po uwolnieniu w sierpniu poszybowały w górę, ludziom z dnia na dzień w portfelach ubywało pieniędzy, które w galopującym tempie traciły na wartości, bo „zjadała” je hiperinflacja. Wszystkie dolegliwości związane z brakiem towarów na rynku nie ustępowały, bo wokół kwitła spekulacja. Reguły rynkowe nie zaczęły jeszcze funkcjonować. Wszędzie widać było biedę i PRL-owską siermiężność.

Bracia z Taizé odkrywali inny świat, do tej pory odgrodzony żelazną kurtyną, która uchyliła się nieco po czerwcowych wyborach. Dziwili się, jak ludzie mogą mieszkać w tak małych mieszkaniach, problemem były puszki konserw z grubej blachy, które wymagały specjalnych otwieraczy, a to stanowiło problem przy dystrybucji posiłków dla młodych z całej Europy, którzy mieli przyjechać zaraz po świętach Bożego Narodzenia.

Zaskoczeniem było też to, że wszyscy zgłoszeni uczestnicy spotkania znaleźli miejsce noclegowe w domach, przy rodzinach. To zdarzyło się po raz pierwszy. Zdziwienie było tym większe, że chętnych do przyjęcia gości w domach było więcej, niż trzeba było przyjąć. Ale prawdziwym zaskoczeniem miała dopiero okazać się wigilia.

Bracia, którzy przygotowywali spotkanie, dostali zaproszenie na wigilijny wieczór do polskich rodzin. Mieli udać się pod wskazane adresy. Dwaj bracia, którzy w Polsce byli najdłużej i już nieźle po polsku mówili, zjawili się o omówionej godzinie i zadzwonili do mieszkania, w którym - jak mniemali - oczekiwała ich uprzedzona o ich wizycie rodzina. Pomylili jednak piętra i trafili do mieszkania ludzi, którzy nie byli ani uprzedzeni o ich wizycie, ani też nikogo się nie spodziewali. Gdy się przedstawili, zostali powitani tak serdecznie, że nie zorientowali się, iż pomylili adresy. Zaproszono ich do stołu, dostawiono jedno nakrycie (to dodatkowe, jak nakazuje tradycja, już wcześniej stało) i zaczęli wigilijną wieczerzę. Było serdecznie, rodzinnie - taka prawdziwa polska wigilia.

Gdy główne potrawy, które pojawiły się na stole, już zostały skonsumowane, zjawili się sąsiedzi mieszkający piętro niżej. Oni coraz bardziej niecierpliwe czekali na braci z Taizé, których mieli ugościć. Zaczęli poszukiwania, dzwonili do osób, które pośredniczyły w zaproszeniu. Wreszcie pomyłka wyszła na jaw, okazało się, że braciom podano zły numer mieszkania. Musieli tego wieczoru zjeść jeszcze jedną kolację, bo nie chcieli zrobić zawodu tym, którzy na nich czekali. Ale dopiero wówczas uświadomili sobie otwartość rodziny, do której najpierw trafili. Byli pod ogromnym wrażeniem polskiej gościnności.

To zdarzenie jest wciąż, nie tylko dla nich, ale dla wszystkich braci z Taizé, jej wymownym symbolem. Minęły lata, już ponad ćwierć wieku, a oni pamiętają o tym lepiej i wspominają częściej niż ówczesną polską, socjalistyczną szarzyznę.

(www.twittertwins.pl)

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama