Nowy numer 43/2020 Archiwum

Samo życie

W tym gronie o zapierające dech scenariusze nietrudno. Bezdomni na planie filmowym nie grają, są sobą. Ich historie potrafią wbić w fotel.

Taką opowieść przywołuje film „Skopani” – jeden z obrazów realizowanych przez zespół filmowy działający od 10 lat przy wrocławskim schronisku przy ul. bp. Bogedaina. – To dzieje dwóch mężczyzn, którzy mieszkali u nas w schronisku. Potem się wyprowadzili do altanki – mówi Leszek Herliczka. – Za jednym z nich wysiadło kiedyś z tramwaju dwóch małolatów na bani. Tak skopali mieszkańców altanki, że jeden z nich nie przeżył, drugi do dziś jest inwalidą. Sprawcy mówili potem, że kopali, bo brzydzili się bić rękoma.

W stronę słońca

Leszek grał tego, który nie przeżył. – W następnym filmie też umarłem – uśmiecha się. – Trema? Nie mam. Kiedy na planie zaczynam mówić, zapominam o istnieniu kamery. Czasem tylko ze wzruszenia klucha staje mi w gardle i trudno mi mówić – dodaje. – Myślę, że te filmy mogą być dla kogoś ostrzeżeniem. Zwykle u początku bezdomności jest alkohol. Ja byłem dobrze zapowiadającym się sportowcem, miałem rodzinę. Przepiłem wszystko. Waldemar, filmowy Waluś – kiedyś zwany też „Kakadu”, z powodu pewnej papugi – nie pije już od 13 lat. – Ani kropli. Kieliszek to dla mnie za dużo, bo potem cysterna to byłoby za mało. Dziękuję Temu na górze, że dziś jestem trzeźwy, bo nie mogę być pewien, co będzie dalej. Alhoholizm to choroba, może wrócić – wyjaśnia. Grał jednego z trzech głównych bohaterów w pierwszym „schroniskowym” filmie, pt. „Sie masz Wiktor”. Obraz opowiada o Wigilii przeżywanej w jakimś pustostanie przez trzech bezdomnych. – Oprócz mnie główne role grali „Bocian” i Wiesiu (ten drugi od bardzo dawna nie pije, stanął na nogi, pracował jako kucharz, teraz ma rentę). Rozmawiamy, wspominamy. Na końcu postanawiamy: „Nie pijemy”. Jeden z nas mówi: „To idziemy w kierunku słońca!” I idziemy, w światło – opowiada Waluś. Film jest w sumie bardzo optymistyczny. I w tym też ukazuje prawdę o bezdomnych, bo zmiana jest możliwa. – 10 lat „bujałem się” po pustostanach, nastawniach, altankach i pamiętam takie Wigilie, gdy myślało się tylko o tym, żeby się napić. Spadłem na samo dno… Ale powstałem! – mówi Waluś. – Odbudowałem więź z dziećmi, mam kontakt z wnukami… Przez cztery lata żyłem w takim mieszkaniu chronionym, ale zrezygnowałem, wróciłem do schroniska. Czułem, że inaczej mógłbym znów zacząć pić…

Czekając na dom

Sławę zyskał między innymi film „Mój Manhatan” – ukazujący realia przepełnionego zimą schroniska w Szczodrem. By pomieścić wszystkich, trzeba tu było budować czteropoziomowe konstrukcje z łóżek. Na tych „wieżowcach” nocami toczyły się czasem rozmowy o najważniejszych w życiu sprawach. Film kończy się sceną na cmentarzu, gdzie jeden z bohaterów „rozmawia” z nieznanym mężczyzną, pochowanym w grobie jako NN. – Chlałeś pewnie, ja też chleję (…)Tym się różnimy (…), że ja jeszcze szansę jakąś mam! – stwierdza w końcu. Smutna jest natomiast „Historia Kazia” – oparta, jak i inne – na faktach. Kazik, po latach bezdomności, otrzymuje mieszkanie socjalne. Zanim się doń wprowadzi, trzeba przeprowadzić remont – który jednak opóźnia się w nieskończoność. Chory Kazik umiera, nie doczekawszy spełnienia swojego marzenia. – Też dostałem mieszkanie, czekam na klucze. Niestety, również jestem chory. Mam nadzieję jednak, że moja historia skończy się happy endem – mówi Henryk, który kilkukrotnie grał w epizodach. Wykonywał różne prace na planie, m.in. został zaangażowany jako operator kamery. Marzy, by Cinema Albert pozyskało własny sprzęt.

Krzysztofowi i innym

Jak zrodził się w albertyńskim środowisku filmowy pomysł? – Bardzo często, zwłaszcza w okresie jesienno-zimowym, telewizja przygotowywała w schronisku reportaże, powstawały filmy dokumentalne i… było w nich wiele przekłamań. To nie był autentyczny obraz bezdomności – mówi kierownik schroniska przy ul. Bogedaina, Darek Dobrowolski. – Stwierdziliśmy, że przecież możemy takie filmy robić sami. W ciągu 10 lat nazbierało się ich już 7. Budżet ich wszystkich razem wziętych wyniósł ok… 3 tysięcy złotych. Niektóre były prezentowane na festiwalach filmowych w Gdyni. – To dla nas ogromny sukces – podkreśla Henryk. Przyzna to każdy, kto śledzi kreatywność filmowców z ul. Bogedaina oraz warunki, w jakich działają. Kto uwierzyłby, że można wiarygodnie pokazać gwałtowną burzę z piorunami, dysponując… szlauchem i błyskającą spawarką? Dla nich to nie problem. Obecnie wznowili – przerwane z powodu chorób aktorów – zdjęcia do filmu „Zamknięci”. Zainspirowały ich losy bezdomnego Krzysztofa. Jego ciało, dzięki determinacji streetworkerów, odnaleziono w pustostanie zabitym ciężkimi płytami. Ktoś najwyraźniej nie sprawdził wnętrza przed zabezpieczeniem budynku… Filmowcy ze schroniska nie chcą, by historia Krzysztofa odeszła w zapomnienie.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama