Nowy numer 43/2020 Archiwum

Deklaracja miłosierdzia

Transplantologia. W tym roku mija 50 lat od przeprowadzenia w Polsce pierwszych przeszczepów. Od tamtej pory uratowano tysiące ludzi. Wrocławscy lekarze mają w tym niemały udział.

Rok Miłosierdzia w Kościele zbiegł się w Polsce z Rokiem Transplantologii ogłoszonym 50 lat po pierwszych przeszczepach. W Wielkim Poście warto sobie uświadomić, że są takie dary, którymi możemy w dość prosty i dosłowny sposób uratować komuś życie. Podzielenie się nerką lub fragmentem wątroby wcale nie wpływa negatywnie na nasze zdrowie, ale dla biorcy jest „być, albo nie być”.

Historia, która dała nadzieję

Pierwsza próba przeszczepienia nerki od zmarłego dawcy miała miejsce 7 września 1965 r. Zabieg przeprowadzono w klinice ówczesnej Akademii Medycznej we Wrocławiu przy ul. Marii Curie-Skłodowskiej. – Docent Władysław Wrężlewicz pod telefonicznym kierunkiem profesorów Wiktora Brossa i Waldemara Kozuschka (obaj lecieli na konferencję naukową do USA) dokonał przeszczepu u 9-letniej dziewczynki. Dziecko zmarło nie ze względu na odrzucenie organu, a przez powikłania pooperacyjne – tłumaczy dr Dorota Kamińska z Kliniki Nefrologii i Medycyny Transplantacyjnej Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego we Wrocławiu.

Na początku 1966 r. przeprowadzono pierwszą udaną próbę. Dokonał tego zespół pod kierunkiem profesorów Jana Nielubowicza oraz Tadeusza Orłowskiego z I Kliniki Chirurgicznej Akademii Medycznej w Warszawie. Dla upamiętnienia tego osiągnięcia 26 stycznia obchodzony jest w Polsce Dzień Transplantacji.

Jest jeszcze jeden wątek, który miał ogromne znaczenie dla polskiej transplantologii. Zaledwie kilka tygodni po zabiegu w Warszawie, 31 marca we Wrocławiu prof. Wiktor Bross przeprowadził pierwszy udany przeszczep nerki od żywego dawcy. Od tych dwóch wydarzeń zaczęła się historia transplantologii w Polsce.

W ciągu 50 lat przeszczepiono w Polsce ponad 21 tys. nerek, w tym ponad 700 od żywego dawcy (inf. za PAP). W tym czasie dokonano też 7 tys. transplantacji innych narządów, m.in. serca, wątroby, trzustki czy płuc. Dolny Śląsk słynie z transplantacji kończyn górnych. Specjalizuje się w tym szpital im. św. Jadwigi Śląskiej w Trzebnicy.

Szybka zmiana życia

Z panami Ryszardem i Józefem spotkaliśmy się w tydzień po przeszczepie. Leżą w jednej sali i dużo rozmawiają. Właśnie zostali... bliźniakami. Ich nowe nerki pochodzą bowiem od jednego dawcy. – Wiemy tylko tyle, że była to bardzo młoda osoba – mówią. Dostali szansę na nową jakość swojego życia. Do tej pory 3–4 raz w tygodniu musieli spędzać po ok. 4 godziny w stacji dializ, teraz nie będą musieli o tym myśleć. – Najgorsze co nas teraz czeka, to podróż do domu, potem będzie już tylko łatwiej – mówi pan Józef. Był to dla niego już drugi przeszczep, dlatego służy wskazówkami swojemu szpitalnemu koledze i tłumaczy, jak będzie wyglądać jego życie i na co musi uważać.

Pan Ryszard ma 68 lat, a jego problemy ze zdrowiem zaczęły się od operacji powiększonej aorty brzusznej. Aby założyć stenty, lekarze musieli odłączyć sprawną nerkę. – Po czterech latach zaczęła nawalać druga i pojawiły się kłopoty, które spowodowały, iż przez ostatnie trzy lata musiałem być dializowany – mówi. Był sobotni poranek, gdy dostał informację, że ma zgłosić się do stacji dializ. Po trzech godzinach samochód transportu medycznego przewiózł go z Kędzierzyna-Koźla koło którego mieszka, do Wrocławia. Zabieg rozpoczął się ok. 19.30.

Pan Józef ma 51 lat. Zachorował w 1997 r., a 10 lat później wystąpiła potrzeba dializowania. Tuż przed Bożym Narodzeniem 2011 r. przeszedł pierwszą transplantację. – Przez półtora roku było wszystko dobrze, ale potem zaczęły się komplikacje i musiałem wrócić do dializowania – wspomina. Nie poddał się. W ciągu następnych miesięcy poznał wiele osób, które przeszły więcej niż jeden przeszczep. To dało dodatkową motywację.

– Telefon zadzwonił w sobotę o godz. 9. Pojechałem na dializę i czekałem na ostateczne potwierdzenie, że mam się udać do Wrocławia – dodaje. Sytuacja była skomplikowana o tyle, że pan Józef mieszka w Bartoszycach w województwie warmińsko-mazurskim, 700 km od stolicy Dolnego Śląska. – Byłem trzeci w kolejce do tej nerki, ale pierwsze dwie osoby były przeziębione i nie mogły mieć w tym stanie zabiegu – wyjaśnia. Karetka zawiozła biorcę na lotnisko w Szymanach, a stamtąd przetransportowany został samolotem Pogotowia Lotniczego. Zabieg zaczął się o północy. Po trzech dniach od operacji obaj pacjenci podnieśli się ze swoich szpitalnych łóżek i zaczęli samodzielnie funkcjonować.

Radość w dramacie

– Gdy dochodzi do przewlekłej niewydolności narządu, mamy trzy możliwości leczenia – hemodializę, dializę otrzewnową i najlepszą metodę – przeszczep – wyjaśnia dr D. Kamińska. Tylko ostatnie z rozwiązań pozwala pacjentowi wrócić do normalnego życia. Jedynym dodatkowym obciążeniem jest konieczność przyjmowania leków zapobiegających odrzuceniu przeszczepionego organu. Pacjenci po zabiegu pracują, uprawiają sporty, a kobiety rodzą dzieci. – Ostatnio przyjęliśmy na badania pana, który nową nerkę ma od 2008 r. i od tego momentu przebiegł kilka maratonów. Wcześniej też był aktywny sportowo, więc w jego życiu po transplantacji nic się nie zmieniło – wyjaśnia.

Pozostałe dwie metody gwarantują jedynie nikły procent prawidłowej funkcji nerki, pozwalają na przeżycie i na niewiele więcej. Są stosowane u ludzi, u których transplantacja jest wykluczona i u oczekujących na dawcę. – Przeszczepienie nerki nie tylko poprawia jakość życia pacjenta, ale też znacznie je wydłuża. W stosunku do dializ statystycznie trzykrotnie – dodaje.

Doktor Kamińska zwraca uwagę, że w Polsce transplantacji dokonuje się co najmniej dwa razy za mało. To oznacza, że część pacjentów umrze, zanim się jej doczeka. Czy da się to zmienić? – Narządy dla naszych pacjentów możemy pozyskiwać na dwa sposoby. Po pierwsze, od osób zmarłych – wyjaśnia. Zaznacza, że wedle obowiązujących przepisów każdy z nas jest „właścicielem” swojego ciała. Nikt, łącznie z rodziną, nie może o nim decydować, nawet po naszej śmierci. – W związku z tym, na podstawie ustawy transplantacyjnej, każdy, kto nie zgłosi za życia swojego sprzeciwu, jest potencjalnym dawcą narządów po śmierci – tłumaczy.

Brak zgody można wyrazić poprzez oficjalne pismo do Centralnego Rejestru Sprzeciwów, ale wystarczy także dwóch świadków, którzy potwierdzą, że za życia dana osoba nie godziła się na dawstwo swoich narządów. – My nigdy nie pytamy rodziny o to, czy się zgadza, tylko o to, jaka była wola zmarłego. Niestety, mamy pełną świadomość, że bliscy mogą nadużywać tej formy wyrażenia sprzeciwu, nie mówiąc nam prawdy. Szacujemy, że dochodzi do takich sytuacji w ok. 20 proc. przypadków. Nic z tym nie możemy zrobić, a czas bezpowrotnie ucieka – wyjaśnia. Oczywiście, rozmowa z rodziną odbywa się w dramatycznym momencie. U bliskiej im osoby stwierdzono śmierć mózgu. Serce jednak wciąż bije, podtrzymywane przez aparaturę. – Jeśli po śmierci ciało ma się jeszcze przydać innym potrzebującym, musimy działać szybko. Dlatego z taką rozmową nie możemy czekać – opowiada. Rozwiązaniem jest sporządzenie pisemnego oświadczenia i noszenie go np. z dokumentami. Ono nie ma mocy prawnej, ale dla lekarzy bywa przeważającym argumentem w rozmowie z mającą wątpliwości rodziną. – Kluczowe jest budowanie świadomości, że nawet po śmierci możemy kogoś uratować.

Bezinteresowny prezent

Narządy mogą pochodzić również od dawcy żywego. Sytuacja dotyczy jednej nerki i fragmentu wątroby. W wielu krajach takie przeszczepy stanowią nawet do 50 proc. wszystkich transplantacji. W naszym kraju współczynnik wynosi ok. 3 proc. – To niezwykle mało. Przecież nie jesteśmy bardziej chorzy niż reszta świata. Jedynym wytłumaczalnym argumentem jest brak zaufania do służby zdrowia – zauważa D. Kamińska.

Jak wygląda proces dawstwa? W naszym kraju jest on możliwy tylko w parze dawca-biorca, którzy dobrze się znają. – To nie musi być rodzina, czyli osoby genetycznie spokrewnione, ale emocjonalnie bliskie. Nie ma możliwości, by ktoś przyszedł do szpitala i powiedział: „mam zdrową nerkę i chciałbym ją oddać komukolwiek” – zaznacza. Podkreśla przy tym, że dar jest całkowicie bezinteresowny, bo dawca nie dostaje żadnej gratyfikacji, robi to z potrzeby serca.

Zanim dojdzie do zakwalifikowania danej osoby, by mogła zostać dawcą, trzeba przeprowadzić kompleksowe badania, by rzeczywiście potwierdzić jej bardzo dobry stan zdrowia. Trzeba też potwierdzić, że funkcje obu nerek są na tyle dobre, że usunięcie tej jednej, nie spowoduje żadnej trwałej szkody w organizmie. – To bardzo istotne. My nie okaleczamy jednej osoby, by ratować drugą. Nasze badania są na tyle dokładne, że mamy pewność, iż nie obniżymy jakości życia dawcy i go nie skrócimy – wyjaśnia. Takie badania trwają zwykle pięć dni, a potem może odbyć się zabieg. Lekarze czekają jednak do momentu, kiedy przeszczep jest konieczny, czyli do momentu, gdy organizm biorcy trzeba wspomagać dializami.

Pobranie narządu w Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym od dawcy odbywa się przeważnie laparoskopowo, czyli mało inwazyjnie dla organizmu. Na trzeci dzień po zabiegu pacjent, jeśli chce, może wyjść ze szpitala. Biorca musi zostać pod obserwacją lekarską w szpitalu do dwóch tygodni. – Trzeba pamiętać, że przeszczepiona nerka nie funkcjonuje do końca życia pacjenta. Średnia „żywotność” organu to ok. 15 lat, choć oczywiście bywają przypadki, że wynosi ona znacznie dłużej, ale też krócej. Potem można dokonać kolejnej transplantacji.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama