GN 2/2021 Archiwum

Z otwartymi drzwiami

Gdzie gość w dom, tam Bóg w dom. A w domu kluczowym miejscem jest… stół.

Zdecydowali się otworzyć mieszkania dla zupełnie nieznanych sobie osób. Jak wyglądały międzynarodowe spotkania twarzą w twarz?

Ciasteczka z misją

Jedno z nich miało miejsce na Karłowicach w domach wspólnoty „Arka” – na co dzień zresztą niezwykle gościnnych. – Przyjmujemy 10 osób z Kolumbii – mówi Ania, asystentka mieszkańców „Arki”. – Nie wiedzieli wcześniej, że będą przyjęci w szczególnym miejscu, gdzie domownikami są osoby niepełnosprawne, a bardzo dobrze się u nas odnaleźli. Razem jemy śniadania, śmiejemy się. Bawiliśmy się w gry integracyjne, związane z poznawaniem imion czy ulubionych potraw. W ramach piątkowych „dzieł miłosierdzia” wspólnie gotujemy obiad. W planie mamy leczo – potrawę, przy której każdy może znaleźć zajęcie, krojąc jakieś warzywa. Organizujemy także warsztaty plastyczne oraz pieczenie ciasteczek. Zaniesiemy je potem do schroniska dla bezdomnych św. Brata Alberta, z dołączonym do nich przesłaniem – tekstami Pisma Świętego i słowami Jana Vaniera.

Wi-de-lec

Pani Władysława Świętek przyjęła pod swój dach trójkę Kolumbijczyków – rodzeństwo: dwie dziewczyny i chłopaka. Pol- ka kompletnie nie znała języków – ani hiszpańskiego, ani angielskiego – ale dogadanie się ze swoimi gośćmi nie sprawiało jej problemu. – Na pierwszą kolację przyrządziłam botwinkę z jajkiem. Przed jedzeniem wszyscy przeżegnaliśmy się, oni po swojemu się modlili i ja po swojemu. Potem wzięłam sztućce i mówię im po polsku: „To jest wi-de-lec!” i oni powtarzają: wi-de-lec. I potem łyżka, nóż tak samo. Na koniec mówię: „nauczcie się polskiego, bo się nie dogadamy!”. Wszyscy parsknęli śmiechem. Oni nic nie rozumieli, ale uśmiechy od ucha do ucha – wspomina parafianka z Opatrzności Bożej na Nowym Dworze. – Dalej patrzą w talerze. Nie wiedzieli, co to za danie, więc ja szybko wyciągnęłam wielkiego buraka z lodówki i pokazuję im, że z tego robiłam zupę, żeby się nie bali. Parsknęliśmy wszyscy śmiechem i zaczęliśmy jeść – kwituje pani Władysława, którą młodzi pielgrzymi szybko zaczęli nazywać „polską mamą”.

Teraz my

– Będzie im smakować. Próbowałem i jest wyśmienite – przekonywał w momencie oczekiwania na przyjazd pielgrzymów Andrzej Bułatewicz. Jego żona na powitanie przygotowała dwa wielkie gary leczo. Małżeństwo pod swój dach przyjęło 10 Niemców. – Wszystko wygląda inaczej niż sobie zaplanowaliśmy. Tyle osób w domu zupełnie zmienia organizację – mówi pan Andrzej. Podkreśla przy tym, że otwartość nie wzięła się znikąd. – Moje córki i syn wielokrotnie wyjeżdżali za granicę i korzystali z gościnności rodzin. Nie mogliśmy nie otworzyć drzwi dla tych młodych ludzi – dodaje. Jego córka Ela Jasionek potwierdza, że za każdym razem, gdy odwiedzała różne kraje, np. w ramach Europejskich Spotkań Młodych, spotykała się z niesamowitym przyjęciem. – Jestem bardzo podekscytowana tym, że po raz pierwszy to ja mogę przyjąć gości – wyjaśnia. Wraz z mężem Jurkiem mieszkają nieopodal rodziców, dlatego postanowili, że niedzielny obiad zjedzą wspólnie. Rodzina i goście to w sumie 18 osób. Jak na małym weselu. Emocje – porównywalne.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama