Nowy numer 43/2020 Archiwum

Dobrego wina smak

W roku 1050. rocznicy chrztu Polski wrocławscy pielgrzymi w Oleśnie zostali polani święconą wodą, a na końcu – obmyci ponownie, tym razem… wodą z chmur. Chrzcielny jubileusz zapadnie w pamięć.

agata.combik@gosc.pl Kolorowa rzeka wędrowców do jasnogórskiego portu „dopłynęła” wraz z potokami deszczu. Niektórzy dołączyli do niej tylko na kilka dni, ale każdy w tym wielkim nurcie ma swoją niepowtarzalną historię. Jak Kamila, pielgrzymująca po raz 11., tym razem z synkiem Tymkiem. – Gdy po raz pierwszy poszłam na pielgrzymkę, chciałam pogodzić się z Bogiem, na którego „obraziłam się” po śmierci babci… Przyszła chwila, gdy zapragnęłam pojednać się, pogodzić. Udało się – mówi.

Szkoła zaufania

Młoda mama wspomina swoją pierwszą wyprawę z dziećmi. – Mateusz miał wtedy ok. 3,5 roku, Tymek – 4 miesiące, był jeszcze karmiony piersią. Planowałam przejść tylko do Trzebnicy. Poszłam „na żywioł”. Dotarłam na Ostrów Tumski z dwoma wózkami, licząc na to, że ktoś ze znajomych przez ten jeden dzień mi pomoże. Ledwo stanęłam pod katedrą, usłyszałam: „Może siostrze pomóc?”. Grupa przyjęła mamę z synkami bardzo serdecznie, a Kamila postanowiła pójść jeszcze dzień dłużej, do Oleśnicy. Potem zapadła decyzja, by dojść do Namysłowa. A jeszcze później… – Zadzwoniłam do bliskich, by przywieźli dodatkowe ciuchy. Poszliśmy do samego końca – wspomina. Skąd taka determinacja? – Muszę dodać najważniejszą rzecz: to była pielgrzymka dziękczynna za życie i zdrowie mojego synka, które były poważnie zagrożone… – wyjaśnia Kamila ze wzruszeniem. I opowiada o realiach wędrowania z maluchami. – Przerobiliśmy kilka wózków. Kiedyś w naszym popsuły się koła i służby pielgrzymkowe podwiozły nas do Namysłowa, by tam naprawić pojazd. A w Namysłowie pewna gospodyni mówi: „Mamy taki używany wózek. Mieliśmy go sprzedać, ale… niech jedzie na Jasną Górę”. Dała go nam w prezencie! Dojechał do celu, a w następnym roku służył jako „wózek awaryjny”, krążący pośród potrzebujących. W tym roku też był w użyciu. Opowiada o pielgrzymkowej spowiedzi z małym dzieckiem – które a to „podsłuchuje”, wystawiając główkę z nosidełka, a to płacze. – Bywa, że spowiednik przejmuje wózek i mówi: „cicho mi tam!” – wspomina. – Mamy też małe sukcesy: Tymek na pielgrzymce nauczył się czynić znak krzyża. Czasem udaje mu się tylko „Amen”, ale myślę, że jesteśmy już na dobrej drodze. Wędrówka z maluchem to wyzwanie. Raz chce koniecznie skorzystać z toalety w najmniej odpowiednim momencie, innym razem domaga się, by „naprawić” mu banana. – Łatwo nie jest, ale zawsze udaje się coś dla siebie zaczerpnąć z konferencji, ze wspólnej modlitwy – mówi Kamila. I dodaje: – Pielgrzymka to szkoła zaufania. Trzeba zaufać, że Matka Boża o wszystko się zatroszczy.

Franciszek i pielgrzymka

Edyta, idąca wraz z dziećmi – Kingą i Mateuszem – wraca tak naprawdę do domu. Mieszka w Częstochowie. Na Jasnej Górze może być nawet kilka razy dziennie i nie powszednieją jej takie odwiedziny. – Mamy duży wybór pielgrzymek, do których możemy dołączyć, właściwie wszystkie są „nasze” – mówi z uśmiechem. – Serce mam blisko Matki Bożej, więc postanowiłam dołączyć do grupy paulińskiej, wyjść od „małej Jasnej Góry” we Wrocławiu do tej w Częstochowie. We Wrocławiu, bo tu się urodziłam, to jest też miasto mojej patronki Edyty Stein… Papież Franciszek powiedział na Jasnej Górze, że Matka Boża Częstochowska jest w stanie zaradzić wszystkim naszym potrzebom i że robi to z czułością. Jej więc powierzam moje intencje. Tym razem wielu pielgrzymów wędrówkę zaczynało od razu z bąblami na nogach – pamiątką po wyprawie na krakowskie Brzegi, na spotkanie z Ojcem Świętym. – Wróciłam z ŚDM, a na drugi dzień wyruszyłam na Jasną Górę – mówi Jola z grupy 15. – To dla mnie tak ważne, że choćby nie wiem co się działo, na pielgrzymkę co roku idę. Światowe Dni Młodzieży – które zresztą też są formą pielgrzymki – były świetnym przygotowaniem do tej jasnogórskiej. Bardzo głęboko przeżyłam Drogę Krzyżową z papieżem. Tak się złożyło, że tutaj, na jasnogórskim szlaku, rozważaliśmy ten sam tekst co w Krakowie. Ja akurat na tamtym etapie niosłam krzyż, więc była to dla mnie prawdziwa Droga Krzyżowa. Choć ogólnie dobrze mi się idzie w pielgrzymce, to akurat wtedy było mi bardzo ciężko, wszystko mnie bolało... Wiedziałam, że robię to dla Jezusa, pamiętałam o intencjach, jakie niosę.

Tłum nieprzebrany

– Pielgrzymuję na Jasną Górę po raz 7. – mówi Bartosz. – Choć trasa co roku jest prawie ta sama, każda pielgrzymka jest inna – także dlatego, że ja jestem z każdym rokiem inny. Tym razem rozpocząłem pielgrzymkę od Jasnej Góry, gdzie miałem okazję uczestniczyć w Mszy św. z Ojcem Świętym. Teraz, na piechotę, idę podziękować za tamto spotkanie z Maryją i Piotrem naszych czasów. Głęboko przeżyłem spotkanie z Franciszkiem – bardziej go pokochałem, bo jest niezwykle wrażliwym człowiekiem. Osobiście uczestniczyłem tylko w Mszy św. z papieżem na Jasnej Górze, w Krakowie byłem obecny dzięki telewizji. Choć było to „jedynie” duchowe pielgrzymowanie, mogę powiedzieć, że naprawdę uczestniczyłem w ŚDM. Bartosz przez cały rok towarzyszy osobom cierpiącym – jest nauczycielem pracującym z chorymi dziećmi, a ponadto jako nadzwyczajny szafarz Komunii św. w niedziele i święta zanosi chorym Najświętszy Sakrament. Jak mówi, widzi, że często największym cierpieniem dla osób w podeszłym wieku jest właśnie niemożność wyjścia do kościoła, udziału w Mszy Świętej. Modli się, żeby sam mógł do końca życia uczestniczyć w Eucharystii. – Od kilku lat „Kuzyn” (Wiesław Wowk) prosi mnie o pisanie rozważań dla duchowych pielgrzymów, członków grupy 16. Jestem mu za to bardzo wdzięczny – dodaje. – Ponieważ piszę te rozważania co roku, niektóre myśli powtarzam. Są to jednak powtórzenia celowe. Piszę tylko o sprawach, które są dla mnie naprawdę ważne. Bartosz dodaje, że w tym roku do rozważań dla duchowych pielgrzymów, które zatytułowane są słowami papieża Franciszka: „Miłosierdzie to imię Boga”, dołączone zostały słowa służebnicy Bożej Chiary Lubich, która mówiła o sobie: „Imię moje brzmi: dziękuję Ci”. Słowo „dziękuję” i dla niego jest bardzo ważne. – Podobno na pielgrzymce jest nas ok. 1,5 tys. osób. Kiedy jednak patrzę na pątników oczyma wiary, to stają mi przed oczyma słowa Apokalipsy o „tłumie, którego nikt nie mógł policzyć” – mówi. – Tak naprawdę idziemy na Jasną Górę nie tylko my, uprzywilejowani, ale też duchowi pielgrzymi oraz przyjmujący nas gospodarze. Wszyscy razem tworzymy żywą, małą cząstkę Kościoła.

Międzynarodowo

Annelies i Arno są Belgami. Trafili w pielgrzymie szeregi dzięki wspólnocie „Arka”. – Kiedyś byłem w niej asystentem [niepełnosprawnych domowników] i odtąd staram się co roku odwiedzać to miejsce – mówi Arno. – Kiedy usłyszeliśmy, że mieszkańcy wrocławskiej „Arki” dołączają na pewien czas do pielgrzymki, też chcieliśmy zakosztować takiej wędrówki – zwłaszcza że w naszym kraju nie ma podobnych inicjatyw. Owszem, są sanktuaria maryjne – choćby w Oostakker koło Gandawy, w Banneux, Beauraing czy Scherpenheuvel, coraz popularniejsze stają się szlaki św. Jakuba, ale to już inna forma pielgrzymowania. Tutaj idzie się we wspólnocie. Arno ze swoją dziewczyną Annelies po pierwszym dniu bycia w drodze zasmakowali w wędrówce. – Zaskoczyło mnie też to, że w mijanych wioskach ludzie stali przy oknach, machając przechodzącym, częstowali ich jedzeniem… – dodaje. Kolejna para to Helena i Bjørn. – Zdecydowałam się na pielgrzymkę jasnogórską po raz pierwszy 3 lata temu – właściwie z powodu przewodnika grupy 2., o. Maksymiliana. Bywałam w paulińskiej parafii. Kiedyś usłyszałam kazanie ojca, które bardzo mocno dotknęło mojego serca. I poszłam – wspomina dziewczyna. – Miałam przerwę w pielgrzymowaniu, ponieważ uczestniczyłam w festiwalu młodych w Medjugorje. Tam, dokładnie rok temu, poznałam mojego chłopaka Bjørna. Przeżywamy naszą znajomość z Matką Bożą. Gdy teraz on zdecydował się przeprowadzić do Polski, mogliśmy pójść na Jasną Górę. Dla niego to nowość – w Danii są tylko jednodniowe pielgrzymki. Cierpi z powodu bolesnych otarć i pęcherzy, ale twierdzi, że takiej właśnie pielgrzymki potrzebował. Jeśli w „jasnogórskiej Kanie” woda ludzkiego życia zmienia się w pełne smaku wino, to z mokrej Częstochowy wynieśliśmy wiele takich przemienionych stągwi.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama