GN 32/2020 Archiwum

Nie ma wychowania bez obecności

Kolejne spotkanie z cyklu "Żeń-sze" w salezjańskim duszpasterstwie akademickim "Most" zgromadziło ponad 100 studentów. Gość wieczoru Piotr Cyrwus opowiadał o miłości, dając przy tym świadectwo swojego życia.

- We współczesnym świecie epatujemy słowem „miłość”, ciągle przecież obdarzamy kogoś miłością. A co to słowo tak naprawdę znaczy? To uwaga, odpowiedzialność i szacunek do drugiego człowieka. Z jednej strony wszędzie nam mówią, że powinniśmy być szczęśliwi i nasze życie polega na pogoni za szczęściem,  z drugiej strony widzimy tyle zła i nieszczęścia. Jak się w tym wszystkim znaleźć? Odpowiednio interpretować miłość - stwierdził aktor.

Dodał, że zauważeniu drugiego człowieka nie może polegać tylko na chwilach przyjemnych, czyli zwracam uwagę na żonę gdy jest uśmiechnięta, pachnąca i zrobi mi obiad. Ale interesuję się przede wszystkim wtedy, kiedy jest chora, kiedy trzeba jej pomóc.

- Wspólna podróż małżeńska nie jest tylko usłana różami. Nie wierzcie, że wszystko będzie szczęśliwe. Nawet nasze potoczne dogryzanie sobie, że przed ślubem fascynacja, a po ślubie trochę emocje opadają, ma w sobie trochę prawdy. Ale myślę, że przed czymś takim jedno nas uchroni - Boża łaska, która uświęca naszą decyzję - oświadczył Piotr Cyrwus młodym ludziom.

Tłumaczył przy tym, że miłość to świadoma decyzja. I jeżeli to jest dobrze podjęta decyzja, pozwala nam dłużej i uważniej patrzeć na naszego życiowego partnera.

- Mam do czynienia z moimi młodymi kolegami, którzy nie chcą brać ślubu, bo uważają, że sakrament to rodzaj zabobonu, który nie szanuje ich decyzji, ogranicza. Warto sobie wtedy powiedzieć, że jeżeli jestem katolikiem, to wierzę, iż Bóg uświęca tę decyzję - wyjaśniał znany aktor.

 Podkreślił, że mąż/żona jest wielkim darem od Pana Boga. I co my robimy z tym darem? Możemy go wyrzucić w kąt i poniewierać lub szanować i kochać.

- Gdy grałem w popularnym serialu „Klan”, który w najlepszych momentach oglądało 10 milionów Polaków,  jeździłem z Krakowa do Warszawy pociągiem. Ludzie mnie wtedy często zaczepiali. Kiedyś kobieta powiedziała do mnie: „Ja nie oglądam serialu, ale wiem, że ten pana wątek to jest taki nudny”. Zapytałem więc: a jakby pani uatrakcyjniła ten nasz wątek? Odparła: „Wie pan co, a może by pan zdradził Grażynkę, może byłoby wtedy ciekawiej, ekscytująco”. Wówczas zwróciłem się do niej: „Ma pani męża?”. Potwierdziła. „To proszę po przyjeździe do domu zaproponować mu, żeby poszedł do sąsiadki i panią zdradził, wtedy będziecie mieć takie ekscytujące i ciekawe życie” - opowiadał prelegent.

Stwierdził, iż najbardziej przeraża go, że teraz polskie emerytki oglądają tureckie seriale, o haremie, i im się to wszystko zgadza.

- Serial to idealizacja. My, artyści mamy to do siebie, że przecież gramy na ludzkich uczuciach i odczuciach.  Czytam czasem scenariusze czy sztuki teatralne i ktoś mówi: „To jest nieprawdopodobne, w życiu tak nie ma!”. Racja, bo życie jest o wiele ciekawsze i bardziej skomplikowane niż głowy scenarzystów i pisarzy - spuentował aktor.

Studentom przyznał się, że gdy grał w serialu, wówczas spotykały go sytuację, że ludzie kompletnie skreślili jego osobę jako Piotra Cyrwusa, tylko myśleli, że jest Ryszardem Lubiczem z „Klanu”.

- Wtedy zastanawiałem się, jak w Polsce można przeprowadzić poważne demokratyczne wybory, gdy ludzie wierzą bezgranicznie telewizji. Wolałbym oczywiście, żeby czytali książki, chodzili do teatru, ale pod ręką mamy pilota i oglądamy seriale… - skwitował gość specjalny.

Studenci zapytali go, jak okazywać szacunek i miłość dzieciom? Wówczas na swoim przykładzie wyjaśniał, że dzieci powodują wewnętrzny rozłam.

- Jestem szczęśliwy, że mam troje dzieci, ale czasem się zastanawiam, dlaczego nie pięcioro. To wielki niesamowity dar od Pana Boga i myślę, że dany w dobrym czasie, gdy ludzie są młodzi, pełni sił, żeby potomstwo nosić, czy przewijać. Widzę teraz po opiece nad wnukami, jaka to jest ciężka praca. Wówczas tego tak nie odczuwałem. Pan Bóg nam daje ten młody czas dla naszych dzieci - mówił Piotr Cyrwus.

Drugi czas to są kariery, rywalizacja zawodowa, plany mieszkaniowe, ogólna mobilizacja. I nagle coś się z człowiekiem dzieje, że te dzieci schodzą na drugi plan.

- Mam duże pretensje do siebie, choć moje dzieci  nigdy nie narzekały, że, gdy były nastolatkami, jeździłem, robiłem różne filmy, spektakle teatralne w innych miastach czy serial. Raczej powinien być w domu - przyznał aktor.

Po chwili dodał: - Może po tym spotkaniu zostanie wam chociaż jedno zdanie. Nie ma wychowania bez obecności. I mówię to z ręką na sercu. Trzeba być w domu. I nie chodzi o specjalne zajmowanie się, zasypywanie dziecka zabawkami, pomysłami na wolny czas, uatrakcyjnianie życia - wyjaśniał ojciec trojga dzieci.

Musi nastąpić tzw. czas nudy, że siedzimy w domu czy mieszkaniu z naszymi dziećmi i możemy się czasem ponudzić, a dziecko może wtedy zadać pytanie np. „Tato, a dlaczego słońce świeci?”.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama