Nowy numer 15/2024 Archiwum

Bieg po swoje życie

Jacek przeżył, albo raczej: przebiegł podróż, która zmieniła wszystko. W tym przypadku to nie cel był najważniejszy, lecz sama droga. Pełna wzlotów, upadków, pomocnych dłoni, ale i samotności.

To jedna z tych historii, na podstawie których można napisać książkę. O pielgrzymowaniu, tym dosłownym i doczesnym, tu, na ziemi. Spotkaniu z samym sobą w swoim wnętrzu. Walce z własnymi ograniczeniami. Obecności Boga w naszym życiu. I celach, jakie sobie stawiamy. 30 czerwca o godz. 13 Jacek Zapotoczny wystartował z Oławy, ciągnąc za sobą 65-kilogramowy wózek. W samotności. W poszukiwaniu swojej wiary i Boga wyruszył do sanktuarium Matki Bożej Różańcowej w Fatimie.
Pieszy pielgrzym
Ludzie kupują samochody, żeby nie musieć poruszać się pieszo. On sprzedał samochód, aby móc na własnych nogach pokonać dokładnie 2944 kilometry z całym ekwipunkiem, polegając tylko na sobie. Założenia 26-letniego oławianina były bardzo ambitne, ale i niebezpieczne. Bliscy żegnali go na rynku w Oławie ze łzami w oczach. Nie do końca rozumieli, ale akceptowali. Życiowy bieg do portugalskiej Fatimy był realizacją marzenia, ale nie tylko. – Nie myślę o tym, co będzie, gdy stanę w Fatimie. Nie mam żadnych oczekiwań. Chodzi o samą drogę, która jest symbolem. O to, żeby się nie poddawać, żeby wrócić silniejszym. Chcę się utwierdzać w wierze, biegnąc do Maryi – mówił „Gościowi Wrocławskiemu” przed startem. Za patronkę swojej przygody obrał św. Ritę. Obrazki z jej wizerunkiem rozdawał napotkanym ludziom podczas biegu przez całą Europę.
– Nie żałuję niczego, co zrobiłem. Byłem świadomy i wierzyłem w ideę swojej pielgrzymki. Doświadczyłem niesamowitych przeżyć duchowych – mówi dziś pewnym głosem 26-latek. Podkreśla, że ta podróż przybliżyła mu doskonale sens miłosierdzia. Po pewnym czasie dotarło do niego, że będąc pielgrzymem, nie tylko on jest potrzebujący. Ludzie, których spotykał, również potrzebowali: rozmowy, odpowiedzi na pytania, zrozumienia, towarzystwa i uwagi drugiego człowieka. – Nie chodziło o dar materialny, ale o coś bezcennego – poświęcony czas, podzielenie się sobą. Dlatego kilka dni po starcie uznałem, że jeśli ktoś poprosi mnie o wsparcie, to nieważne, ile z dziennego założenia przebiegnę, pomogę mu – tłumaczy Jacek. Dodaje, że jeśli chodzi o sferę duchową, spełniło się wszystko, na co po cichu liczył. Bóg go dotykał przez ludzi, pogodę, piękną przyrodę, ale i dręczącą samotność.
Najlepszy ambasador
Już w Niemczech 26-latek zboczył z trasy, by zobaczyć obóz koncentracyjny w Dachau. Tam modlił się na Mszy św. Poczuł, że jednak nie musi realizować wcześniej szczegółowo zaplanowanych na swoich mapach założeń. Oddawał się Panu Bogu. Modlił się na różańcu. Spotykał na swojej drodze w każdym kraju życzliwych ludzi. – Wszystkich było ok. 50 osób. Z połową z nich mam kontakt do dziś – oświadcza. Przyznaje, że często zdarzało mu się natrafiać na Polaków, którzy na jego wózku rozpoznawali barwy narodowe. – W Szwajcarii z trasy podczas ulewy i burzy ściągnął mnie Dawid Diakowski. Nie miałem się gdzie schować. Zauważył mnie, zaprosił do domu, podał kolację i przenocował. Zobaczymy się kolejny raz, bo zaprosiłem go na święta Bożego Narodzenia – mówi Jacek Zapotoczny.
Nie zapomni sytuacji, gdy tubylcy obdarowywali go torbami jedzenia, słuchając jego historii i przecierając oczy ze zdumienia. Doznawał także szczęścia w nieszczęściu. 100 kilometrów od Lyonu w nocy ktoś podpalił wózek oławianina, gdy ten w nim spał. Na szczęście Polak obudził się, dusząc się od dymu, i natychmiast ugasił pożar całym zapasem wody. Nie obyło się bez strat. – W środku nocy, 1300 kilometrów od domu byłem przestraszony, rozbity i załamany – wspomina. Sprawą zajęła się francuska żandarmeria, która skierowała Jacka do ludzi o wielkim sercu. Małżeństwo 60-latków przygarnęło biegacza pod swój dach. Przez trzy dni odpoczywał i nabierał u nich sił, bo był jednym wielkim kłębkiem nerwów. – Z ich pomocą zreperowałem wózek. Czułem się, jakbym spędzał czas z dobrze znanymi sąsiadami. Żadnego dyskomfortu. Opowiadałem im o sobie, o Polsce, a oni dzielili się chętnie swoją historią – dodaje Jacek.
Na skraju własnej duszy
Biegowa droga przez Europę zachwycała 26-latka pięknem natury, a przy tym najzwyczajniej dawała mu w kość. Trudne dni przyszły w Szwajcarii, gdzie trzeba było się przeprawić przez tereny górzyste. – Dostałem duży wycisk. Odechciewało się wszystkiego ze względu na wysiłek. Do tego męczyła mnie kiepska pogoda – opowiada oławianin. Ale najtrudniejsze chwile przeżył na ziemi francuskiej w Masywie Centralnym. – Pamiętam doskonale najwyższe miejsce na całej trasie – 1600 m n.p.m. To była górska hala, a na niej pasły się owce i krowy. Panowała niska temperatura. Przebyłem wówczas najtrudniejszą drogę w życiu – mówi Jacek. Potężne góry sprawiały, że wózek wydawał się cięższy niż zazwyczaj. Mężczyzna za wszelką cenę chciał go odciążyć. Dodatkowo przez 30 godzin nie widział ludzi, spotykał tylko zwierzęta hodowlane. – Taki stan rzeczy mnie dołował. Zabrakło mi sił. Tam po raz pierwszy porządnie się podłamałem. Zatrzymałem się przy małym kościółku na noc. Odmówiłem cały Różaniec, łzy same napływały do oczu – wspomina pielgrzym.
Ale nie poddał się. Przetrwał. Przygnębiająca samotność i nadludzki wysiłek hartowały ciało i ducha. Modlitwa umacniała. Bo Bóg, jak twierdzi Jacek, ciągle mu towarzyszył, a Anioł Stróż dbał o bezpieczeństwo szczególnie na ruchliwych drogach. Zastrzyk energii nastąpił w Lourdes. – Piękno tego miejsca mnie urzekło, a liczba odwiedzających zaskoczyła. Wzruszyłem się, gdy zobaczyłem tę szczerą modlitwę tysięcy chorych. W ich oczach widziałem, ile dla nich spotkanie z Maryją oznacza. Zrozumiałem, w jak ważnym miejscu się znalazłem. Dwa dni poświęciłem na modlitwę w sanktuarium – relacjonuje Jacek. Natchniony energią, chciał jak najszybciej dotrzeć do Fatimy. Nałożył na siebie duże obciążenie. Przez cztery dni pokonał ok. 200 km z wózkiem! Niestety, zbiegając z pirenejskich zboczy, nabawił się urazu. Przeciążył mięśnie.
Bukiet dla Matki
– Przez dwa dni kulałem. Miałem nadzieję, że to nic poważnego. Tak wiele przeżyłem, tak długo biegłem, że za żadną cenę nie chciałem odpuścić. Jednak gdy łapał mnie ostry ból w nodze, czułem wielką niemoc. Bardzo pragnąłem posuwać się naprzód, ale ciało nie pozwalało – mówi Jacek. Trzy dni przemaszerował. W końcu dotarł do domu pielgrzyma na szlaku św. Jakuba w Hiszpanii. Tam zatrzymał się i odpoczywał dwa dni, ale wiedział, że musi podjąć jakąś decyzję, bo czas uciekał, a kończył mu się urlop w pracy. – 24 września w hiszpańskim mieście Burgos, 630 km od Fatimy, samodzielnie postanowiłem zakończyć bieg z wózkiem. Dzisiaj wiem, że to była bardzo dobra decyzja – ocenia oławianin. Finalnie w sanktuarium Matki Bożej Różańcowej w Fatimie Jacek Zapotoczny stanął 28 września. Dotarł tam samochodem. – Było bardzo upalnie. 36 stopni Celsjusza. Tak jak obiecałem, złożyłem bukiet Matce Bożej za to, że bezpiecznie dotarłem do Jej domu. Zaniosłem także intencje wszystkich ludzi, którzy mnie prosili o modlitwę jeszcze w Polsce, i tych, których spotkałem na swojej drodze – oświadcza 26-latek.
Mnogość doświadczeń pozostanie do końca życia. Jedno jednak zapadło mu mocno w serce. – Byłem wielokrotnie wyszydzany, wyśmiewany i brany za włóczęgę z powodu niewykąpania i brudnych ciuchów. Przeżyłem upodlenie, tubylcy brali mnie za bezdomnego, za kloszarda – dodaje na koniec. Po wszystkim powiedział sobie, że w swoim życiu pragnie zwracać większą uwagę na ludzi wokół siebie i powstrzymać się od jakichkolwiek ocen. – Doświadczyłem tego na własnej skórze. Nie wiedzieli, kim jestem, co mam w sercu, ale skreślali mnie. Były takie sytuacje, że modliłem się, by ktoś zwrócił na mnie uwagę. I teraz, po powrocie, chcę być czujny. Wielu ludzi potrzebuje naszej pomocy. Nie tych w oddali, ale w zasięgu naszych zmysłów – puentuje Jacek Zapotoczny.

Dostępna jest część treści. Chcesz więcej? Zaloguj się i rozpocznij subskrypcję.
Kup wydanie papierowe lub najnowsze e-wydanie.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zapisane na później

Pobieranie listy