Nowy numer 48/2020 Archiwum

Igramy z ogniem

O in vitro od strony naukowej opowiada ceniony biolog i genetyk prof. Stanisław Cebrat.

Maciej Rajfur: Religijne i etyczne argumenty dotyczące zabiegów in vitro nie do wszystkich trafiają. Jak to wygląda z punktu widzenia genetyka i biologa?

Prof. Stanisław Cebrat: In vitro jest w wielu krajach finansowane i zalecane ludziom, którzy nie mogą mieć dzieci. Warto zadać pytanie: dlaczego nie mogą mieć dzieci? In vitro omija bariery naturalne, które powodują niepłodność, a są to zwykle defekty genetyczne, których skutkiem ubocznym staje się właśnie niepłodność. Jeżeli istnieje ryzyko urodzenia dziecka z dużym defektem, to natura hamuje jego urodzenie nie bez powodu. Posługuje się w ten sposób odpowiednimi mechanizmami genetycznymi. Natomiast in vitro tę barierę łamie. Może być jeszcze tak, że defekt genetyczny bezpośrednio wpływa na płodność. Kilka procent mężczyzn całej populacji jest niepłodnych. Z tego powodu ich dzieci poczęte metodą in vitro również będą niepłodne. A zatem bardzo szybko wskaźnik męskiej płodności spadnie.

Jak powszechnie wiadomo, procedura sztucznego zapłodnienia zwiększa ryzyko występowania ciężkich chorób.

Metoda in vitro nie tylko przenosi defekty rodziców na dzieci. Sama w sobie może wywoływać defekty genetyczne. Udokumentowano to, badając proces występowania siatkówczaka po in vitro. Również zespoły Beckwitha-Wiedemanna i Angelmana objawiają się nawet do 10 razy częściej! Częstość mutacji przy in vitro okazuje się wielokrotnie wyższa niż przy normalnej reprodukcji. Dziecko może mieć przy tym zupełnie niewidoczny defekt genetyczny, który wówczas nazywamy recesywnym. A wszystkie tego typu defekty prędzej czy później muszą być wyeliminowane z puli przez śmierć genetyczną w następnych generacjach. A zatem, jeżeli pomagamy ludziom niepłodnym mieć dzieci, decydujemy się również na to, że prawdopodobieństwo ciężkiego defektu u dzieci będzie bardzo wysokie.

Czyli ludzie bezpłodni, Pana zdaniem, nie powinni mieć dzieci?

Natura tworzy bariery i te bariery należy szanować. Jeżeli je złamiemy, to zwiększamy prawdopodobieństwo przenoszenia defektów na kolejne generacje. Nic w naturze nie dzieje się bez powodu.

A co z ludzkim szczęściem, które tak często podnosi się w dyskusjach? In vitro przecież może je dać bezpłodnym parom.

Zwolennicy metody in vitro starają się wmówić wszystkim w kółko, że potrafią „zrobić” dziecko i tym samym uszczęśliwić ludzi. Dlaczego więc nie mają tego nie robić? Wiedza biologów pozwala natomiast przewidzieć negatywne skutki. Ci, którzy wykonują in vitro, uważają, że tych negatywnych skutków nie ma. In vitro z punktu widzenia biologa i genetyka powinno być zabronione, ponieważ jest bardzo niebezpieczne. Z genetyką nie ma żartów.

Czyli pod względem naukowym to niebezpieczna i ryzykowna gra, igranie z ogniem?

Przede wszystkim zapłodnienie tą metodą przebiega w zupełnie innych warunkach niż naturalne poczęcie, chociaż wszyscy starają się, żeby było jak najbardziej podobne. Testowano to skutecznie na myszach. Zarodek poczęty in vitro porównywano z wydobytym z ciała myszy bezpośrednio po jej zapłodnieniu. Różniły się od siebie aktywnością aż 2,5 tysiąca genów! Trudno uwierzyć, że z zarodka po in vitro może rozwinąć się normalny organizm… Ponad 2 tysiące genów musi kompensować tę zmianę warunków. I to jest zjawisko nieprzewidywalne naukowo.

Do tego dochodzą ogromne pieniądze, czyli biznes. Jak mocno, Pana zdaniem, wpływa on na temat sztucznego zapłodnienia?

Jest kluczowy. Wystarczy sobie zadać pytanie: dlaczego in vitro rozprzestrzeniło się tak bardzo w zasadzie bez badań klinicznych? Naukowcy zgodnie mówią, że dalsze badania są niezbędne, by ocenić jakość tej metody. Nigdy nie było tak licznego innego eksperymentu biologicznego. Po urodzeniu 5 milionów dzieci powinniśmy wiedzieć wszytko, a ciągle się kłócimy, czy in vitro jest dobre, czy złe.

Wydaje się, że wiele środowisk lobbuje in vitro mimo nie tylko moralnych, ale także twardych naukowych argumentów przeciwko takiej metodzie zapłodnienia.

Dla przykładu: przypadków siatkówczaka u dzieci poczętych z in vitro się po prostu nie raportuje. Dlaczego? W wielu krajach europejskich ogłasza się sukces zapłodnienia in vitro, jeżeli ciążę udało się utrzymać przez 10 tygodni. W Stanach Zjednoczonych odnotowuje się hucznie dzieci urodzone w cyklu in vitro, ale nie podaje się tam punktów Apgar. Dlaczego? Jeżeli chcemy sprawdzić w Stanach, ile dzieci rodzi się z konkretną chorobą wrodzoną, to najpierw należy szukać dzieci z całej puli tej choroby i dopiero potem zapytać konkretnych rodziców, czy dziecko urodziło się po in vitro, czy nie. Nie ma innej możliwości. Dlaczego dostęp do tak ważnych danych jest utrudniony? Wnioski nasuwają się same.

maciej.rajfur@gosc.pl

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama