Nowy numer 43/2020 Archiwum

Idź, jak musisz

– Gdy 1 sierpnia 1944 roku oznajmiłem mamie jako 16-latek, że wychodzę, nie było lamentu, zatrzymywania za wszelką cenę… – opowiada Zbigniew Krejckant ps. „Cyngiel”.

tekst i zdjęcia Maciej Rajfur maciej.rajfur@gosc.pl Lekki uśmiech, ożywienie, charakterystyczny błysk w oku i pozytywny, przyjazny ton – w takim klimacie po 73 latach swoje losy wspomina jeden z ostatnich powstańców we Wrocławiu. Została ich garstka, a z tej garstki już niewielu potrafi wrócić myślami do legendarnych 63 warszawskich dni. – Nie do końca da się opisać uczucia i emocje towarzyszące naszej walce. To było zdecydowanie coś więcej niż wojna. To była walka o godność, honor i namiastkę wolności. Dziś mogę powiedzieć: udało się – oświadcza 89-letni Zbigniew Krejckant. Strzelec walczył w plutonie 1680 na Pradze, a potem w oddziale o kryptonimie „Jeleń” na Mokotowie.

Biało-czerwone łzy

Gdy hitlerowskie Niemcy okupują Polskę, machina terroru zamienia życie Polaków w koszmar. Łapanki, wywózki do obozów koncentracyjnych, rozstrzeliwania na ulicach. Zniewolenie przepełnione grozą, strachem i ciągłą niepewnością o losy swoje i bliskich. Tej atmosfery nie oddadzą dobrze żadne opisy. – Spróbujmy sobie wyobrazić, jak wielka była dokuczliwość i beznadzieja stanu okupacji. Butni Niemcy panoszący się na ulicach, stale poniżający każdego. Krzywe spojrzenie mogło zakończyć czyjś żywot. Polacy na własnej ziemi czuli się jak bydło. Bestialstwo okupanta i bezradność doprowadzały do skrajnych stanów. Polska niewinna krew lała się rynsztokami. Widziałem to na własne oczy – wspomina Zbigniew Krejckant. W takiej rzeczywistość powstańczy zryw niósł nadzieję. – Nie zgodzę się z tym, że powstańcy szli na pewną śmierć. Zryw miał trwać 3 dni. Front był rozpędzony. Wiedzieliśmy, że nadarza się niepowtarzalna okazja, by Niemców przegonić. Cieszyliśmy się, że w końcu dostają łomot na wojnie, a my stajemy przed szansą, by uwolnić się spod strasznego bata – mówi 89-latek. Sytuacja robiła się coraz bardziej sprzyjająca. Z dnia na dzień rósł powszechny entuzjazm w narodzie. – Pierwsze dni powstania wyglądały jak wielkie święto narodowe. Nigdy tego nie zapomnę. Ludzie, gdy widzieli zawieszony skrawek biało-czerwonej flagi, zalewali się łzami. Panowała radość i duma – opisuje Zbigniew Krejckant.

Ojczyzna wróciła

Powstaniec warszawski z Wrocławia nigdy nie żałował, że stanął do walki. – Zrobiliśmy wszystko, żeby wykorzystać szansę, i myślę, że ją wykorzystaliśmy. Warszawiacy odzyskali niepodległość. Wróciła ojczyzna. Ktoś powie, że tylko na chwilę, ale czy możecie sobie wyobrazić, jak smakuje ta namiastka wolności po 5-letnim terrorze okupacji? – pyta retorycznie Z. Krejckant. – Gdy 1 sierpnia 1944 roku oznajmiłem mamie jako 16-latek, że wychodzę, odpowiedziała ze zrozumieniem: „Idź, jak musisz”. Nie było lamentu, zatrzymywania za wszelką cenę. Zaangażowanie w konspiracji i fascynacja ideą czynu niepodległościowego sprawiały, że żadna siła nie mogła nas od tego odwieść – kwituje. Nie zgadza się z teorią, że powstanie okazało się akcją „z szabelką na czołgi”. – Sytuacja miała bardzo dynamiczny charakter, Niemcy byli w defensywie. Wycofywali swoje oddziały przez Warszawę, ze wschodu na zachód. Pamiętajmy, że pierwotnie walki zaplanowano na 3 dni, a trwały 63, co tylko pokazuje upór i pragnienie wolności – tłumaczy Zbigniew Krejckant. Gdy po tylu latach wraca do powstańczych wspomnień, nazywa je… koszmarem owianym wielką radością. Bo tragedii tego bohaterskiego zrywu nie da się ukryć, ale należy pamiętać o okolicznościach i powodach. – Byliśmy świadomi, nareszcie decydowaliśmy o sobie. Nareszcie nikt nam nie dyktował warunków we własnym kraju. Powszechne poparcie ludności, entuzjazm, pozytywne emocje, wielkie święto narodowe – tego niezwykłego klimatu nie da się zapomnieć – wspomina z rozrzewnieniem „Cyngiel”.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Polecamy

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama