Nowy Numer 38/2020 Archiwum

Idź, jak musisz

Co roku wraca to samo pytanie: czy powstanie warszawskie miało sens? I może zamiast chłodnych kalkulacji z perspektywy czasu warto posłuchać odpowiedzi tych, którzy 1 sierpnia 1944 oku chwycili za broń. Dlaczego?

- Gdy 1 sierpnia 1944 roku oznajmiłem mamie jako 16 latek, że wychodzę, odpowiedziała ze zrozumieniem jedynie: „idź, jak musisz” ‒ opowiada Zbigniew Krejckant ps. „Cyngiel”. Strzelec walczył w plutonie 1680 na Pradze, a potem w oddziale o kryptonimie „Jeleń” na Mokotowie.

Lekki uśmiech, ożywienie, charakterystyczny błysk w oku i pozytywny, przyjazny ton - w takim klimacie po 73. latach wspomina swoje powstańcze losy. Została ich garstka, a z tej garstki już niewielu potrafi wrócić myślami do legendarnych 63 warszawskich dni.

- Nie do końca da się opisać uczucia i emocje towarzyszące naszej walce. To było zdecydowanie coś więcej niż wojna. To była walka o godność, honor i namiastkę wolności. Dziś mogę powiedzieć: udało się - oświadcza 89-letni Zbigniew Krejckant. 

Cofnijmy się w czasie. II wojna światowa. Hitlerowskie Niemcy okupują Polskę. Ogromna machina terroru zamienia życie Polaków w koszmar. Łapanki, wywózki do obozów koncentracyjnych, rozstrzeliwania na ulicach. Totalne zniewolenie przepełnione grozą, strachem i ciągłą niepewnością o losy swoje i bliskich. Tej atmosfery nie oddadzą dobrze żadne opisy.

- Spróbujmy sobie wyobrazić, jak wielka była dokuczliwość i beznadzieja stanu okupacji. Butni Niemcy panoszący się na ulicach, stale poniżający każdego. Krzywe spojrzenie mogło zakończyć czyjś żywot. Polacy na własnej ziemi czuli się jak bydło. Bestialstwo okupanta i bezradność doprowadzały do skrajnych stanów. Polska niewinna krew lała się rynsztokami. Widziałem to na własne oczy - wspomina Zbigniew Krejckant.

W takiej rzeczywistość powstańczy zryw niósł nadzieję, która zmieniała wszystko, bo zastępowała beznadzieję.

- Nie zgodzę się z tym, że powstańcy szli na pewną śmierć. Powstanie miało trwać 3 dni. Front był rozpędzony. Wiedzieliśmy, że nadarza się niepowtarzalna okazja, by Niemców przegonić. Cieszyliśmy się, że w końcu „dostają łomot” na wojnie, a my stajemy przed szansą, by uwolnić się spod strasznego bata, który nas wyniszczał - mówi 89-latek.

Sytuacja robiła się coraz bardziej sprzyjająca. Z dnia na dzień rósł powszechny entuzjazm w narodzie.

- Pierwsze dni powstania wyglądały jak wielkie święto narodowe. Nigdy tego nie zapomnę. Ludzie, gdy widzieli zawieszony skrawek biało-czerwonej flagi zalewali się łzami. Panowała radość i duma - opisuje Zbigniew Krejckant.

Powstaniec warszawski z Wrocławia nigdy nie żałował, że stanął do walki.

- Zrobiliśmy wszystko, żeby wykorzystać szansę i ja myślę, że ją wykorzystaliśmy. Warszawiacy odzyskali niepodległość. Wróciła ojczyzna. Ktoś powie, że tylko na chwilę, ale czy możecie sobie wyobrazić, jak smakuje ta namiastka wolności po 5-letnim terrorze okupacji? ‒ pyta retorycznie Z. Krejckant. 

Nie zgadza się z teorią, że powstanie okazało się akcją „z szabelką na czołgi”, ponieważ sytuacja miała bardzo dynamiczny charakter, Niemcy w defensywie wycofywali swoje oddziały przez Warszawę. Z założeniu pierwotnym walki zaplanowano na 3 dni, a trwały 63, co tylko pokazuje upór i pragnienie wolności.

- Powstanie to koszmar owianym wielką radością. Bo tragedii tego zrywu nie da się ukryć, ale należy pamiętać o okolicznościach i powodach. Byliśmy świadomi, nareszcie decydowaliśmy o sobie. Nareszcie nikt nam nie dyktował warunków we własnym kraju. Powszechne poparcie ludności, entuzjazm, pozytywne emocje, wielkie święto narodowe - tego niezwykłego klimatu nie da się zapomnieć - wspomina z rozrzewnieniem „Cyngiel”.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama