Nowy numer 2/2021 Archiwum

Imieniny naszego "Domu Ziarna"

To tam od 452 lat wykuwa się najszlachetniejsze cnoty i powołanie do służby pod sztandarem Chrystusa. Dziś wspomnienie liturgiczne św. Piusa X, patrona wrocławskiego seminarium.

Kilkudziesięciu młodych facetów mieszka przez kilka lat razem w wielkim budynku z czerwonej cegły w centrum miasta. Noszą jednolity czarny uniform, a w ręku różnego rodzaju broń: brewiarz, Pismo Święte lub różaniec. Na mieście różnie o nich mówią. Od pełnego szacunku „proszę księdza” po określenia typu: batman czy używane także względem zakonnic - pingwin.

O miejscu, w którym się formują, krążą plotki, a nawet legendy. Wielu się dziwi, jak tam można wytrzymać. Bo przecież młodość to czas szaleństwa, a nie biczowania. Czas wypraw imprezowych, a nie krzyżowych. To właśnie w ich wyborze jest jednak pełnia szaleństwa. W świecie, który każdego dnia odrzuca prawdziwą Miłość, proponując wszystko inne, atrakcyjniejsze, zabawniejsze, oni zdecydowali się dla Miłości poświęcić życie. We Wrocławiu robią to już od 452 lat.

Historia wrocławskiej formacji księży w seminarium duchownym zaczyna się w październiku 1565 roku. Karty przeszłości pokazują, że wydarzenia historyczne miały istotny wpływ na wzrost lub spadek liczby powołań, na poprawienie lub pogorszenie formacji nie tylko intelektualnej, ale także duchowej kandydatów na księży.

Wrocławska kuźnia kapłaństwa przeszła różne zawirowania. Pierwszą poważną próbą był okres reformacji.

- W 1500 roku w rozległej diecezji wrocławskiej funkcjonowało aż 1500 parafii katolickich, obsługiwanych przez 1200 kapłanów. Jednak już 90 lat później, pod wpływem reformacji, w diecezji ostało się zaledwie 160 kapłanów, często niedostatecznie wykształconych - wyjaśnia ks. prof. Józef Pater, historyk Kościoła.

Później nadeszły XX-wieczne zawirowania. Wojny, ideologia nazizmu, a następnie bezlitosny komunizm. Ale im bardziej los wydawał się parszywy, tym mury wrocławskiego seminarium stawały się mocniejsze. Za rządów abp. Bolesława Kominka w 1960 r. papież Jan XXIII przekazał seminarium relikwie św. Piusa X, który odtąd jest jego głównym patronem.

- W okresie powojennym seminarium kilkukrotnie groziło zamknięcie. Mój rocznik przeżywał to bardzo mocno. Wówczas komendant Milicji Obywatelskiej przyjeżdżał do domu kandydata, nakłaniając rodziców, żeby nie pozwalali synowi podjąć studiów teologicznych. Kuszono miejscem na świeckich uczelniach wyższych bez zdawania egzaminu - wspomina ks. prof. Pater.

Najbardziej widocznym wyrazem szykan ze strony komunistycznych władz państwowych było powoływanie kleryków do służby wojskowej. - Przeżyliśmy trudny czas pewnej próby, ale z chłopca stałem się szybko mężczyzną i jeszcze bardziej utwierdziłem się w przekonaniu, że kapłaństwo jest moim powołaniem - wspominał przed dwoma laty podczas jubileuszu 450-lecia bp Ignacy Dec. W okresie powojennym wrocławskie seminarium przygotowało ponad 1500 kandydatów na księży.

Warto spojrzeć na metropolitalne seminarium wrocławskie z nieco innej strony. Nie da się ukryć, czerwone mury neogotyckiego budynku wykształciły niejednego dowcipnisia. Alumni to przecież normalni młodzi ludzie. Młody i pobożny duch oczywiście potrafi podporządkować się regułom, ale ma także swoje wybryki, na które przełożeni przymykają z dystansem oko.

- Zdarzają się najprostsze figle, jak np. zaklejanie dziurki od klucza ks. Aleksandrowi Radeckiemu, który, mówiąc oględnie, sokolim wzrokiem nie grzeszy. Czy zasłanianie kocem drzwi w nocy, żeby nie było widać, że w pokoju światło się świeci. Po wojnie alumni wysypywali cukier na korytarzu, żeby słyszeć kroki zbliżającego się przełożonego. Ale bywają też sytuacje bardziej skomplikowane… - mówi jeden z kleryków. 

Na przykład: Pewien kleryk miał w zwyczaju jeść śniadanie w 7 minut, aby potem jeszcze zaoszczędzone 23 minuty przed wykładami poświęcić na drzemkę. Kończył modlitwy o 8.00, a o 8.07 „dawał soczystego nura” w łóżko, aż całe trzeszczało. Jego współbracia postanowili „zadbać o dobro łóżka, i wyleczyć współbrata". Włożyli mu pod prześcieradło deskę. Terapia była skuteczna, choć kleryk niezadowolony i… poobijany.

Innym razem pewien kleryk został przyłapany na łamaniu milczenia, które obowiązuje przez całe studia od wieczora aż do rana. Przełożony tłumaczył więc alumnowi, jak ważny jest czas powstrzymywania się od rozmów. Kleryk w końcu odpowiedział: „Rozumiem, księże”. „Nic nie rozumiesz” - przerwał mu kapłan. Student nie dawał za wygraną: „Ależ rozumiem!”. „Nie, nie rozumiesz” - stanowczo odparł przełożony. „Dobrze, księże, nie rozumiem” - przyznał w końcu kleryk. Na co przełożony z uśmiechem powiedział: „O, widzisz? Nareszcie rozumiesz!”.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama