Nowy numer 44/2020 Archiwum

Z Panem Bogiem między Indianami

W Tygodniu Misyjnym kontynuujemy podróż po Ekwadorze. A oprowadza nas wrocławskim kapłan ks. Marcin Werczyński, który posługiwał w Ameryce Południowej 1,5 miesiąca.

Pierwszą część egzotycznego reportażu znajdziecie TUTAJ.

Pod względem religijnym w Ekwadorze panuje potężny synkretyzm wynikający z niskiego stanu wiedzy. Ludzie nie maja tam problemu, by łączyć wierzenia Inków np. z dominującym obecnie wyznaniem katolickim.

Jeden z młodych chłopców, których spowiadał ks. Marcin, nie wypowiadał grzechów w sakramencie pokuty, tylko czekał aż kapłan wypyta go, które popełnił, a one będzie tylko potwierdzał. Inaczej nie umiał. Powszechnie znane są zupełnie podstawowe prawdy wiary.

- Podejście do wiary Ekwadorczyków jest żywe, ekspresyjne, spontaniczne. Podobnie jak… jazda samochodem (śmiech). Na grubość lakieru, bez żadnych zasad. Każdy jeździ, jak chce. Na czerwonym świetle można skręcać w prawo i w lewo, a czasem nawet trzeba, jak chcemy się ruszyć z miejsca - oświadcza ks. M. Werczyński, który często prowadził samochód np. w stolicy.

Jak zaznacza, wracając do życia religijnego, styl modlitwy Ekwadorczyków jest urzekający, bo wpisany w codzienność, nie tak oficjalny, sztywnie uregulowany jak w Polsce. Dla przykładu: dużą wagę przywiązują do znaku pokoju podczas Mszy św. Wszyscy się ściskają, wymieniają kilka słów. Są ekspresyjni w tym ważnym geście, otwarci.

- To widać także w postawie na co dzień. Życzliwość, uprzejmość, serce nad dłoni. Typowi południowcy, a co za tym idzie, głośni w mowie. Dużo gestykulują i krzyczą, czasem na koniec dnia głowa mi od tego pękała. W Polsce opisuje się tak Hiszpanów, czy Włochów, ale, uwierzcie, to nic w porównaniu z Ekwadorczykami - wspomina ks. Marcin. Dodaje przy tym, że w Ameryce Południowej społeczeństwo ma do kapłana bardzo duży szacunek i uznanie, czego sam w różnych sytuacjach doświadczył.

Na południu Ekwadoru przy granicy z Peru ks. Werczyński odwiedził polskiego franciszkanin o. Seweryna, który pracuje praktycznie w dżungli, ewangelizując Indian.

- Wyobraźcie sobie, że ma pod opieką duszpasterską.... 37 wiosek-wspólnot. By dostać się do tej najodleglejszej musi pokonać: 2 godziny samochodem, 1,5 godziny łódką i 4 godziny na piechotę w jedną stronę. Wychodzi o 4 rano, żeby odprawić im Msze, raz w miesiącu - opowiada ks. Marcin.

Podkreśla, że u tubylców wyczucie na grzech, na zło jest inne. Nie mają wykształconej wrażliwości także z powodu niewielkiej wiedzy.

- Byliśmy w jednej z takich wspólnot podczas I Komunii Świętej i chrztu. Po Mszy św, przyszła kobieta z prośbą, żeby kapłan przyszedł do umierającego ojca. On jest katolikiem, ale... ma trzy żony i nie chce z tego zrezygnować. Nawet w obliczu śmierci - wspomina ks. M. Werczyński.

Inna historia z misji o. Seweryna: przyszedł mężczyzna z wioski indiańskiej Achuar (w przeszłości łowcy głów). Miał ok. 60 lat. Pojawił się, by zapytać, czy on powinien pójść do spowiedzi, bo ostatnio współżył w lesie dziewczyną, ale, jak się tłumaczył, poszedł z potrzeby, a nie dla przyjemności...

- U nich lepiej nie pytać o czas, bo to i tak nigdy nie będzie się zgadzać. Autobus zatrzymuje się w każdym miejscu, gdzie tylko ktoś poprosi. Nie ma rozkładów jazdy i przystanków.  Oni są ciągle spóźnieni. Zwroty "za 15 minut" czy "za pół godziny" niczym się u nich nie różnią. Zmieniają plany co 10 sekund bez żadnej przesady. O. Juan Diego, proboszcz parafii w której pomagałem, śmieje się, że "spóźniony" to jego drugie imię -  opisuje wikariusz z wrocławskiej Kleciny.

Państwo, który zarządzają lewicowi politycy nie dokłada się do szkoły, którą prowadzą siostry Cristo Misionero Orante w San Fransisco de Oyacoto. Zakonnice po prostu żyją z darowizn i  z tego, co uda im się wyhodować lub z uprawy. A nie jest łatwo na suchej ziemi. Wychodzą z założenia, że pieniądze  na dzieło Boże zawsze się znajdą. - To świadectwo głębokiego zawierzenie Panu Bogu. Naprawdę żywa wiara - podsumowuje wrocławski kapłan.

Oprócz pracy duszpasterskiej, jak odprawianie codziennie, a czasem 3-4 razy dziennie Mszy św., ks. M. Werczyński podróżował i zwiedzał ekwadorską oraz peruwiańską część Ameryki Południowej. Zdobył swój najwyższy szczyt w życiu: Rucu Pichincha 4700 m n.p.m. To czynny wulkan w Ekwadorskich Andach! Zetknął się (czasem w swoim pokoju) z egzotycznymi jaszczurkami i jadowitymi pająkami. Nie mógł sobie odmówić odwiedzin w dżungli w poszukiwaniu małp.

- Wprawdzie nie spotkałem ani jednej, ale wrażenie samej roślinności i terenu jest niesamowite - dodaje.

Co do kulinarnych przygód, wikariusz z Wrocławia spróbował świnki morskiej, tortilli z mięsem z płaszczki, ośmiornicy i ekwadorskiego królika. Zobaczył miasta preinkaskie (powstałe przed Inkami), wypełnione złotem muzea, wieloryby w oceanie, egzotyczne wyspy, majestatyczne góry itd.

Oprócz tego grał w bingo z Indianami, przekraczał granicę ekwadorsko-peruwiańską z nielegalnym zapasem paliwa w bagażniku (oczywiście jako nieświadomy pasażer, nie właściciel paliwa) oraz przeżył kontrolę policyjną samochodu ( tę mniej drastyczną) i kontrolę wojskową autobusu nocą (tę bardziej drastyczną, bo przez żołnierzy z długą bronią i psami).

A tych przygód ma w swoim dzienniku zapisanych jeszcze więcej. Misja Ekwador została wykonana.

Zapraszamy do galerii zdjęć z ekwadorskiej przygody duszpasterskiej, którą  ks. Marcin Werczyński udostępnił specjalnie dla Gościa Niedzielnego.

Misja Ekwador, czyli w kraju dżungli i wulkanów

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama