Nowy numer 46/2018 Archiwum

Są dla siebie stworzeni

Żużel i Wrocław łączy coś specjalnego. Dla tego miasta to coś więcej niż sport. Dla tej dyscypliny Wrocław jest czymś więcej niż miejscem rozgrywania zawodów.

Aby zrozumieć, jak specyficzna i mocna więź łączy tego typu wyścigi motocyklowe ze stolicą Dolnego Śląska warto obejrzeć wystawę „Na wirażu. Historia wrocławskiego żużla”, którą umieszczono na wrocławskim rynku. Już coraz mniej osób pamięta, jak dużą rolę odgrywała rywalizacja żużlowa dla lokalnej społeczności. To piękny kawał przeszłości naszego regionu.

Stare dobre czasy

Plansze bogate w archiwalne zdjęcia przypominają, że żużel, który na świecie zyskiwał popularność jeszcze przed II wojną światową, w Polsce przyjął się po wojnie ze zdwojoną siłą. „Kiedy tylko ustały wojenne działania, rozmaici zapaleńcy wyciągali z zakamarków ukryte przed światem części, z których następnie montowali składaki lub fasowali kompletne motocykle, często poniemieckie. Rozpoczęły się wyścigi – w Warszawie, Łodzi i Krakowie, na Pomorzu, na Śląsku. W małych miejscowościach i w największych miastach. Również we Wrocławiu” – pisze we wstępie do wystawy jej autor dr Robert Noga. Całość przygotowało Centrum Historii Zajezdnia we współpracy z klubem WTS Spartą Wrocław. Na wystawie znajdują się nie tylko archiwalne materiały, ale także współczesne zdjęcia najwybitniejszych zawodników wrocławskiej Sparty oraz relacje imprez światowej rangi odbywających się na Stadionie Olimpijskim. Młodzi nie znają czasów, kiedy w stolicy Dolnego Śląska zawody żużlowe biły rekordy zainteresowania. To tutaj rozgrywano najważniejsze zawody krajowe, między innymi finały Indywidualnych Mistrzostw Polski oraz pełne emocji zawody ligowe. Wrocławski Stadion Olimpijski na mapie światowego żużla przez dziesięciolecia uchodził za miejsce kultowe. Dzisiaj również obserwujemy duże zainteresowanie czarnym sportem, który przyciąga po piłce nożnej najwięcej kibiców we Wrocławiu.

11-latek pokochał ryk motorów

Żużlowej wystawie towarzyszyły ciekawe wydarzenia. 3 lipca w Centrum Historii Zajezdnia gościł legendarny działacz Sparty Wrocław Lucjan Korszek (rocznik 1939). Wspominał on początek swojej długiej przygody ze sportem motorowym. – Pierwsze zawody, które zobaczyłem, to był mecz Polska–Holandia w 1949 r. na Stadionie Olimpijskim. Miałem wtedy 11 lat i wybrałem się tam z tatą. Pamiętam tę rywalizację bardzo dobrze. Start i meta znajdowały się od strony wieży. Jeden z zawodników miał upadek tuż przed końcem i dociągnął motocykl do mety. Na długo utkwił mi ten obraz w pamięci – opowiadał pan Lucjan. Zwrócił od razu uwagę, że w tamtych czasach, inaczej niż dzisiaj, zawodnicy startowali na różnych maszynach i w różnych kategoriach. Od 1950 r. młody Lucek zaczął sam chodzić na żużlowe mecze. Przychodził pod stadion, stawał koło bramy i zaczepiał przypadkową rodzinę, która wchodziła na obiekt: „Mogę pójść z państwem? Niech mnie pan wprowadzi na stadion!”. – Ludzie wtedy byli bardzo uprzejmi i jeden drugiego zabierał – stwierdził L. Korszek.

I ani jednej reklamy

Karierę sportową rozpoczął w 1958 r., gdy zapisał się do wrocławskiej Sparty. W 1959 r. uzyskał licencję uprawniającą do startów we wszystkich imprezach motorowych, takich jak: rajdy obserwowane, motocross, enduro oraz wyścigi drogowe. Startował w zawodach motocyklowych w latach 1959–1979. – Wszystko wyglądało zupełnie inaczej niż współcześnie. Ustrój był, jaki był, więc startowały ekipy górnicze, milicyjne, itp. Rozdawano czterostronicowe programy wyścigów, które w trakcie wypełnialiśmy ołówkami atramentowymi. Dzisiaj młodzi już nawet nie wiedzą, co to jest. Jak się pośliniło rysik, wtedy robił się fioletowy i można było pisać. Aha! I w programach nie było ani jednej reklamy! – tłumaczył legendarny działacz Sparty. W czasach jego młodości trenowanie speedwaya było praktycznie niemożliwe. – Dzisiaj wystarczy mieć pieniądze i już można trenować. Ja bardzo chciałem mieć kontakt z tą dyscypliną, dlatego też przyszedłem do niej po zakończeniu kariery od drugiej strony, właśnie jako działacz – oświadczył pan Lucjan.

Kibice pomogli zdobyć złoto

Można powiedzieć, że żużel i Wrocław są po prostu dla siebie stworzeni. Stolica Dolnego Śląska jako pierwsze polskie miasto była gospodarzem imprezy rangi finału mistrzostw świata. Chodzi o finał Drużynowych Mistrzostw Świata w 1961 roku. I ciekawostka z tego wydarzenia: turniej rozpoczął się ze sporym opóźnieniem ze względu na problemy, jakie miała na lotnisku część uczestników. Rywalizację kończono więc po zmroku, a za światła służyły żużlowcom... reflektory samochodów, które kibice ustawili za bandą. I to chyba przyniosło szczęście, bo Polacy sięgnęli wówczas po złoto, pokonując Szwedów, Brytyjczyków i Czechosłowaków.

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zapisane na później

Pobieranie listy