Nowy numer 44/2020 Archiwum

Gdy pojawia się rysa

Patrząc na skalę zła w Kościele i nie tylko, można się przerazić. I pewnie trzeba. Zanim jednak wydarzą się prawdziwe zbrodnie, podpadające pod "paragrafy", coś dzieje się w zakątkach ludzkiego serca. To chwila, gdy wciąż można wygrać. I są miejsca, które ułatwiają zwycięstwo.

Trwające dyskusje na temat bulwersujących zachowań wśród duchownych koncentrują się na problemie wypracowania pewnych procedur, odpowiedniej reakcji wobec takich zachowań – by tam, gdzie dochodzi do ewidentnego zła, szybko je przerwać, nie dopuszczając do krzywdy innych osób.

To oczywiste, że tak powinno być – wobec każdego zła zresztą, czy to wśród ludzi Kościoła, czy w innym gronie. Pytanie: co zrobić, by w ogóle do takich zjawisk nie dochodziło? Dochodzi tak często, i to w różnych grupach społecznych, że chyba trzeba stwierdzić: to nie jednostkowe przypadki i nie dotyczą jakichś osobników „z innej gliny ulepionych”. Jesteśmy jako ludzie słabi, grzeszni, często poranieni. I trzeba się z tym zmierzyć, zanim zaczniemy ranić innych. Jak mówił w tym roku w wygłoszonym we Wrocławiu świadectwie Andrzej „Sowa” Kogut: Jesteśmy Kościołem grzeszników, Kościołem cudzołożników, narkomanów, pedofili...

Pamiętam mailową wymianę zdań z – zachowującymi anonimowość – członkami wrocławskiej grupy „Pascha”, grupy wspierającej mężczyzn z niechcianymi skłonnościami homoseksualnymi, ludzi, którzy chcą odbudować swoją tożsamość, żyć w zgodzie z Bożymi przykazaniami, być osobami szczęśliwymi. Pisali często o chwili, gdy musieli zmierzyć się z – czasem strasznym dla nich – faktem: „są we mnie skłonności, których nie chcę, są jakieś duchowe czy psychiczne rany, są jakieś mroczne zakamarki, coś, co pozostawione samo sobie, będzie niszczące, dla mnie i dla innych”. Ludzie ze wspomnianej grupy mieli odwagę zmierzyć się z tą rzeczywistością, a wielu z nich – po długotrwałej terapii i duchowej pracy nad sobą, z pomocą specjalistów i wśród przyjaznych osób – odniosło zwycięstwo.

W tamtej sytuacji rzecz dotyczyła homoseksualizmu, ale przecież dotyczyć może wielu innych zjawisk, destrukcyjnych dla człowieka, wobec których czuje się bezradny. Blisko 10 lat temu we Wrocławiu odbywał się zjazd Anonimowych Alkoholików oraz pokrewnych grup, wspierających między innymi osoby uzależnione od hazardu, impulsywnego seksu czy jedzenia (niepotrafiące powstrzymać niekontrolowanego spożywania pokarmu, nawet gdy powodowało to już uszkodzenia narządów wewnętrznych).

Spotkanie pokazało, że ludzie są w stanie wplątać się w niezliczoną liczbę zniewoleń, krzywdząc siebie i innych. Pokazało jednak także, że – jeśli człowiek chce „wyjść na prostą” – istnieje możliwość wyzwolenia się. Nie ma sytuacji bez wyjścia. I że czasem przedziwnie splatają się ze sobą grzech i doznane krzywdy, osobista wina i niezawinione rany. Co nie zwalnia od ponoszenia konsekwencji swoich czynów.

Nikt nie wyręczy nikogo w trosce o pielęgnowanie więzi z Bogiem, o duchowe środowisko, jakie tworzymy wokół siebie. Drobne kompromisy ze swoją słabością, kapitulacje w walce o czas na modlitwę, lekceważenie kolejnych rys na swoim chrześcijaństwie... Tak się zaczyna droga od najpiękniejszych ideałów do... zostania bandytą. Ale przecież nie dzieje się to od razu. Są sposoby, by lawinę zła zatrzymać – przede wszystkim w sobie, ale pomóc w tym i innym.

Może powinniśmy więcej mówić w Kościele o miejscach (i tworzyć je), gdzie można szukać pomocy, gdy człowiek – duchowny czy świecki – czuje, że zaczyna w nim dziać się coś złego, że stoi na progu kryzysu? O miejscach, gdzie można skorzystać z porady doświadczonej osoby, odbyć rekolekcje, skorzystać z pomocy psychologa, podjąć terapię. Słusznie mówi się o podejmowaniu zdecydowanych działań wobec ludzi winnych zła, ale czy równolegle nie trzeba równie mocno wskazywać na „koła ratunkowe” przed stoczeniem się w bagno zła? I umożliwiające cofnięcie się, gdy już jakiś krok ku przepaści się zrobiło? Nie od razu zostaje się cynicznym pedofilem, złodziejem czy pozbawionym nadziei narkomanem (nie porównując ze sobą tych sytuacji).

Czy wykorzystujemy te chwile, gdy w życiu naszym i ludzi obok nas tworzą się pierwsze pęknięcia, pierwsze zwiastuny możliwej katastrofy?

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama