Czyli o roratach z "Małym Gościem Niedzielnym" we franciszkańskiej parafii pw. św. Antoniego z Padwy we Wrocławiu.
Na zegarku 5.45. Ciemno, mróz szczypie w nos. Śniegu nie ma, ale na trawnikach widać szron. Kałuże zamarzły, chodniki śliskie. Wydawać by się mogło, że to najodpowiedniejsza pora, żeby leżeć w łóżku w głębokim śnie.
Na Karłowicach jednak ruch. Grupki ludzi z różnych stron zmierzają do jednego punktu - kościoła ojców franciszkanów. Tę trzynawową świątynię niełatwo zapełnić, bo jest naprawdę sporych rozmiarów, ale podczas porannych rorat nie ma z tym problemu. Spóźnialscy mogą nie znaleźć już miejsca siedzącego w ławce.
Wszystkie światła gasną i od razu widać, ile dzieci przybyło na Mszę świętą. Środkiem kościoła idzie procesja z ministrantami i kapłanami. Tych pierwszych jest prawie dwudziestu. Za nimi połyskują na różne strony wielobarwne lampiony. Kilkadziesiąt dzieciaków kroczy z radością do pierwszych ławek. Są starsi i młodsi. Każdy ze swoim światełkiem.
Kiedy na „Chwała na wysokości Bogu” kościół rozświetla się momentalnie, tłum ludzi robi wrażenie. Może nawet liczniejszy niż w niedzielę.
Na Karłowicach poranne roraty to dla wielu rodzin tradycja. Przychodzą nie tylko parafianie, ale dojeżdżają ludzie z sąsiednich dzielnic, a nawet podwrocławskich wiosek, np. Kiełczowa, Psar, Ligoty. Dojeżdżają codziennie.
Msze roratnie o świcie odprawiane są, jak mówią miejscowi, od niepamiętnych czasów. A od kilkunastu lat ojcowie franciszkanie organizują "roratni bonus" - wspólne śniadanie po modlitwie. Salka w domu parafialnym wypełnia się zapachem herbaty, kakao oraz świeżego pieczywa. A na bułkach młodzież, czyli wolontariusze, rozsmarowują ukochaną przez dzieci Nutellę oraz dżemy.
To z pewnością przyciąga. - W wielu domach obowiązuje zakaz jedzenia Nutelli. U nas można ją spożyć z błogosławieństwem. (śmiech) Rodzice się zgadzają. To pewna forma nagrody dla najmłodszych - uśmiecha się o. Fabian Kaltbach OFM.
Proboszcz podkreśla, że śniadanie jednak nie jest głównym powodem, a jedynie integrującym dodatkiem. Ludzie mają okazję by porozmawiać, a dzieci zawrzeć nowe znajomości.
- Przede wszystkim jednak poranna godzina staje się dla rodzin wbrew pozorom najwygodniejsza, aby przyjechać na Mszę świętą w Adwencie. Po południu dosięga ich nawał obowiązków - tłumaczy o. Fabian.
Dodaje, że widuje nawet rodziny wielodzietne, u których poranna wyprawa do kościoła staje się wyzwaniem, a które pojawiają się regularnie każdego roku. Takim na pewno należy się podziw za wytrwałość.
- Nie chcę, broń Boże, kadzić, ale muszę przyznać, że cykl roratni, który przygotowuje "Mały Gość Niedzielny", jest naprawdę pomysłowy i świetnie się sprawdza. Ludzie wspominają go bardzo dobrze, dlatego chwalimy go sobie w parafii. Ostatnio ktoś mi przypomniał roraty z „Małym Gościem Niedzielnym” z 2014 roku, podczas których poznawaliśmy postać św. Teresy z Avila - opowiada o. Kaltbach.
Uczestnicy rorat przyznają, że homilie dla dzieci ułożone w jedną spójną całość przygotowującą do świat to z pewnością duży atut wspólnej modlitwy.
- Lubię tę Mszę świętą. Po niej mam cały dzień dobrą energię - mówi 7-letni Maks Müller.
Jego mama dodaje, że uczęszczają na poranną Mszę codziennie, a jej syn nie ma żadnego problemu ze wstawaniem. Co ciekawe, nie zawsze ma chęci na niedzielną Eucharystię, a w przypadku rorat jest zupełnie inaczej.
- Przyjeżdżamy z ulicy Kromera. Ja budzę się o godzinie 4 rano, żeby wszystko naszykować, a Maks o 5. On już wieczorem nie może się doczekać porannej modlitwy. Mamy nadzieję, że wytrzymamy do świąt Bożego Narodzenia. Na razie bardzo nam się podoba - stwierdza Magdalena Müller. Maks przyznaje, że z niecierpliwością czeka także na śniadanie.
Tradycją roratnią w parafii św. Antoniego jest również losowanie wykonanych przez dzieci serduszek, na których wypisują dobre uczynki. Wylosowani szczęśliwcy otrzymują nagrody.
Ale wśród najmłodszych „roratników” (jak mówią o sobie niektóre dzieci) są i tacy, którzy specjalnie nie robią serduszek. W ten sposób nie muszą zostawać na losowaniu, bo… tak bardzo chcą zdążyć na bułkę z Nutellą! Po błogosławieństwie rozpoczyna się więc gonitwa z wielkim uśmiechem na myśl o słodkim śniadaniu.
- Jedna z pań opowiadała mi, że jak Nutella w domu stoi, to nikt nie ruszy, a w salce parafialnej cała buzia umorusana i chęci do jedzenie nie brakuje - uśmiecha się ojciec proboszcz.
Kiedy prowadzi roratnie homilie dla dzieci, niejednokrotnie musi mierzyć się z błyskotliwymi odpowiedziami najmłodszych, którzy potrafią zaskoczyć. Najlepszy przykład z 6 grudnia.
- Kto mi powie, kim był święty Mikołaj?
- Biskupem.
- A skąd pochodził?
- Z Miry.
- To czym się zajmował?
- Rozdawał ubogim prezenty.
- Wy wszystko wiecie… No dobrze. A kto wie, jaką czapkę nosi św. Mikołaj? Taką z pomponem, czy taką stojącą? - sugeruje ruchem ręki o. Fabian, chcąc pomóc dzieciom rozwikłać zagadkę.
Natychmiast kilka rąk wystrzeliwuje w górę. Franciszkanin podchodzi do dziewczynki, która pewnym głosem i profesjonalnie wyjaśnia, jakby ojciec proboszcz nie wiedział:
- Nosił mitrę. Tak się nazywa jego czapka.
Kolejne pytanie, które jest częścią koncepcji kazania o św. Mikołaju - czy dzieci lubią bardziej dawać czy otrzymywać prezenty? „Dawać!” - krzyczy natychmiast jeden chłopiec.
- Czasem tak odpowiedzą, że cały pomysł na kazanie legnie w gruzach. Potrafią człowieka zażyć, ale już się przyzwyczaiłem. Staram się szybko reagować - oświadcza o. Fabian.
Dorośli parafianie przyznają, że są pod wrażeniem refleksu proboszcza, który czasem spontanicznie musi pokierować dyskusję innym torem, bo dziecko zaskoczyło odpowiedzią i wyłamało się z klucza.
I tak to na roratach z „Małym Gościem Niedzielnym” bywa… Jak widać, kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje!