Nowy numer 48/2022 Archiwum

Przyszli oficerowie Wojska Polskiego dają świadectwo po Ekstremalnej Drodze Krzyżowej

Podchorążowie Akademii Wojsk Lądowych dzielą się swoimi spostrzeżeniami po przejściu Ekstremalnej Drogi Krzyżowej.

st. kpr. pchor. Szymon Bukowiec (2. raz na EDK)

Mimo tego, że pogoda była o wiele lepsza niż przed rokiem - cieplej i bez opadów - szło się fizycznie równie ciężko. Człowiek może wędrować z ciężkim plecakiem po górach, biegać maratony, a ta 40-kilometrowa trasa i tak go wykańcza. W sobotę przez cały dzień nie mogłem chodzić, a w niedzielę z pomocą Bożą wystartowałem w biegu. Myślę, że na EDK najważniejsza jest sfera przemyśleń i ciągłego uświadamiania sobie, jaką drogę dla nas odbył Jezus, co dla nas wycierpiał.

My nie mieliśmy tego krzyża, który niósł Jezus, ale mieliśmy swoje intencje. Z każdym kilometrem czułem coraz większe wsparcie z góry. Po EDK wiele się w życiu zmienia.

kpr. pchor. Damian Działdowski (1. raz na EDK)

Pogoda była idealna. W trasie nie powiedziałem ani jednego słowa. Pierwsze 20 km zniosłem dobrze fizycznie. Do 25. kilometra śpiewałem sobie w głowie, potem zaczęły się przemyślenia. Zatrzymywałem się na stacjach, ale coraz krócej, bo powyżej połowy drogi już miałem spięte łydki i nie chciałem zastygać. Od 30. kilometra chwiałem się na nogach, a między 35. a 37. kilometrem dopadł mnie kryzys.

Muszę przyznać, że wcześniej nie zastanawiałem się nad tym, jak do tej nocy podejść, o czym będę myśleć, co będę robić. Miałem też swojego anioła stróża w postaci Oli, która szła ze mną. Potrzebowałem tej drugiej osoby, żeby mi pokazywała drogę.  Myślę sobie, że EDK jest jak życie. Wszyscy doszliśmy do tego samego punktu, ale jednak każdy miał troszeczkę inną drogę, swoje tempo, własne przeżycia i komplikacje.

plut. pchor. Julia Wyszkowska (2. raz na EDK)

To była bardzo ciężka Droga Krzyżowa. Dobrze, że miałem swojego anioła atróża w postaci Asi. Na 17. kilometrze powiedziałam jej, że dalej już nie idę, że rezygnuję i koniec. A ona… wzięła mnie na szantaż, który postawił mnie na nogi. Powiedziała, że ma tyle intencji do przemyślenia i omodlenia, że nie możemy zrezygnować. Nie potrafiłam jej odmówić.  

Miałyśmy taki moment, że usiadłyśmy na chodniku i nie wiedziałyśmy, co robić. Modliłam się, żeby mnie przestało boleć. Chwila postoju dała mi bardzo dużo. Warto było podjąć ten wysiłek, bo można wtedy wiele spraw przemyśleć. Ten ból, pot i łzy zbliżają do męki Jezusa, który przecież ogromnie za nas wycierpiał. Wówczas przychodzą refleksję, do których na co dzień nie dochodzimy.

kpr. pchor. Dawid Kukla (2. raz na EDK)

Tak naprawdę zdecydowałem się w ostatniej chwili. Jeszcze po południu w piątek poszedłem na siłownię. Ćwiczyłem i spotkałem Marcina. Dyskutowaliśmy o EDK. Potem postanowiłem pójść. Całą trasę przeszedłem w milczeniu. Myślę, że każda edycja jest inna. Tym razem wędrowałem sam. Przed długi odcinek widziałem przed sobą kobietę z krzyżem. Ona mnie prowadziła przez dłuższy czas, była dla mnie drogowskazem.

Od razu zauważyłem analogię do życia codziennego. Warto podążać za Jezusem w życiu, czasem warto popatrzeć, w która stronę sugeruje nam skręcić. Nie musimy iść tak jak wszyscy. Trasa naszego EDK zahaczała o Akademię Wojsk Lądowych i miałem pokusę, by wskoczyć do łóżka i o tym zapomnieć, ale nie zdezerterowałem.  

Udało mi się tej nocy przemyśleć wszystko, co chciałem od dawna przemyśleć. Gubiłem się w mojej wierzę, a dzięki tej wędrówce poukładałem sobie wiele kwestii w głowie, zrobiłem wielką refleksję przez te 7 godzin w milczeniu.

st. szer. pchor. Jakub Górski (1. raz na EDK)

Specjalnie na tę wyprawę kupiłem sobie buty. Nie wiedziałem, czy się sprawdzą. Polecam podjąć to wyzwanie i stoczyć walkę z samym sobą. Na szczęście nie miałem problemu ze stopami, z odciskami czy pęcherzami, ale widziałem, jak inni się z tym borykali. Łapali po drodze urazy, obtarcia. Starałem się ich pocieszać. Próbowałem pomóc. Nawet proponowałem żelki, ale niewiele pomagało.

W pewnym momencie to ja chciałem się położyć i zrezygnować. Wtedy zobaczyłem, jakie wielkie pęcherze na piętach ma kolega i wstyd mi się zrobiło. Zmobilizowałem się. Niosłem swoje intencje w sercu, ale zacząłem się modlić za ludzi, którzy mieli większe problemy z pokonaniem tej drogi niż ja. Nie mogłem patrzeć, jak cierpieli, więc prosiłem Boga, o to żeby zabrał im ten trud i to mnie dał trochę tego ich bólu. Cieszę się, że doszedłem do bazyliki w Trzebnicy, ale pamiętam, że powrót do Wrocławia był bardzo trudny.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy