Nowy numer 33/2019 Archiwum

Ewangelizacja na krańcu świata

Azja Południowo-Wschodnia to bardzo egzotyczny dla Europejczyka zakątek świata. Wciąż potrzeba tam ludzi, którzy podzielą się z miejscowymi Dobrą Nowiną. Ciężka praca przynosi efekty.

Ojciec Piotr (nazwisko znane redakcji) ze Zgromadzenia Misjonarzy Klaretynów, czyli syn Niepokalanego Serca Maryi, od 22 lat posługuje na misjach w Azji. Wśród krajów, w których pracował, były m.in. Filipiny, Indonezja, Timor Wschodni, Chiny, Birma i Wietnam. O swojej pracy misyjnej opowiadał podczas Klaretyńskich Dni Młodych w Krzydlinie Małej, choć w rozmowie nazywa je Dniami Młodych Dzieci Niepokalanego Serca Maryi. Dlaczego? Bo pierwotna nazwa Zgromadzenia Misjonarzy Klaretynów to Synowie Serca Maryi. Taką nazwę nadał mu św. Antoni Maria Claret i określa ona jego charyzmat misyjny.

Misyjny hardcore

Ojciec Piotr został kapłanem w 1997 roku. – W maju przyjąłem święcenia we wrocławskiej katedrze, a w czerwcu leciałem już na Filipiny. O moim przeznaczeniu na misje dowiedziałem się w dniu przyjęcia święceń. Byłem bardzo zaskoczony – mówi. Celem podróży okazała się Indonezja, ale plan był taki, by klaretyn najpierw skończył dwuletnie studia w Manili w nowo powstałym Instytucie Życia Zakonnego. – Przeżyłem pierwsze spotkanie z Azją i pierwsze doświadczenia misji klaretyńskich wśród ubogich. Nie tylko uczęszczałem na zajęcia na uczelni, ale pomagałem też na południu kraju. To mnie fascynowało. Odwiedzałem górskie wioski, w których brakowało kapłanów, a cywilizacja stała na niskim poziomie. Mogłem się poczuć jak misjonarz z dawnych czasów – dodaje. W kwietniu 1999 r. trafił do Indonezji, na wyspę Timor – do miasta Kupang. – Mieści się tam nasze seminarium, miałem tam być formatorem – wspomina. Właśnie wtedy skomplikowała się sytuacja polityczna. Mieszkańcy wschodniej części wyspy opowiedzieli się za niepodległością, uniezależnieniem się od Indonezji. – Skończyło się to ogromnymi rozruchami i sporą liczbą ofiar śmiertelnych. Wielu ludzi musiało uciekać z Timoru Wschodniego na zachodnią część wyspy. Organizowano dla nich specjalne obozy dla uchodźców. Ginęli również kapłani, podjęliśmy się więc zadania, by do wschodniej części wyspy posłać więcej księży. Chcieliśmy pomóc miejscowej ludności na nowo zorganizować sobie życie – opowiada. Wtedy rozpoczęła się misja jego życia. – Praca pośród ubogich w górach to było coś niezwykłego. Pamiętam, jak jeszcze w seminarium oglądałem film „Misja” z Robertem de Niro. Tego, czego my doświadczyliśmy w tamtych latach na Timorze, żaden film nie jest w stanie oddać. Nie mieliśmy stałej elektryczności poza trzema godzinami dziennie, gdy chodził generator – wspomina. Dochodziły też trudności związane z porą monsunową. – Deszcz leje przez większą część roku. Drogi są w tym czasie nieprzejezdne. To taki misyjny hardcore dla młodego zapaleńca. Bardzo mi się to… podobało – mówi ze śmiechem.

Trudności się opłaciły

Ojciec Piotr zwraca uwagę na niezwykle otwartych ludzi, których spotkał na Timorze. – Pomiędzy misjonarzami a wiernymi powstała głęboka więź, niczym w rodzinie, gdzie misjonarz jest postrzegany jak ojciec. Timorczycy tuż po wojnie potrzebowali wszystkiego. Brakowało żywności, leków, sprzętu codziennego użytku – wyjaśnia. Pośród ludności na prowincji obecni byli jedynie misjonarze, ponieważ wszelkie organizacje humanitarne, w tym ONZ, stacjonowały w miastach. Jak zaznacza o. Piotr, instytucje pomocowe korzystały z pośrednictwa klaretynów, by dowiedzieć się, jakie są potrzeby obywateli. – Dzięki naszej informacji przesłanej do WFP (World Food Programme – Światowy Program Żywnościowy) zażegnaliśmy klęski głodu. Ta współpraca pomiędzy ludźmi Kościoła i organizacjami pozarządowymi przyniosła bardzo pozytywne efekty. Ponieważ teren misji był ogromny, o. Piotr i jego współbracia zostali rozsiani na granicznym pasie między Timorem Wschodnim a zachodnią częścią wyspy, w górach. – Wszyscy mieliśmy jednak poczucie wspólnoty i wspólnej misji. To taka piękna wizja Kościoła, który jest pośród ludzi, który żyje z nimi. Nam, misjonarzom, przyświecał wspólny cel troski o nich, ale również o nas samych. Z całej szóstki, która została tam wysłana, nikogo w tym rejonie już nie ma. Dostaliśmy w kość, zwłaszcza jeśli chodzi o zdrowie. Jeden z misjonarzy jest do tej pory sparaliżowany po malarii. Dla niego najważniejsi byli ludzie, którym służył – zaznacza. – Byliśmy jak komandosi, którzy odwalają najcięższą robotę, by potem na przygotowany grunt mogli przyjść inni. Poświęcenie kapłanów z ewangelicznego punktu widzenia się opłaciło. – Misja bardzo się rozrosła. Mamy tam nowe powołania klaretyńskie, a niektóre parafie oddaliśmy już tamtejszej diecezji – mówi. Realnym znakiem nie tylko duchowej pomocy misjonarzy w Timorze Wschodnim jest szkoła techniczna. – Problemem młodych w tamtym rejonie jest brak wiedzy, jak poprowadzić swoje życie. Nie mają tylu możliwości co ludzie w Europie. Dlatego wydawało nam się ważne, by młodzi, zwłaszcza chłopcy, mogli zdobyć konkretny fach, dostać dobrą pracę i stać się niezależnymi ekonomicznie – zaznacza o. Piotr. Zauważa, że Timor Wschodni wciąż pozostaje jednym z najuboższych krajów świata. Na zachodzie graniczy z ogromną Indonezją, która jest jednym z najpiękniejszych krajów Azji, a przez ocean – od południa – z Australią. To położenie wcale nie ułatwia sytuacji ekonomicznej. – Trzeba jednak przyznać, że rząd Timoru zrobił wiele. Tam, gdzie pracowaliśmy na początku – w rejonie górskim – nie było elektryczności. Dziś już nie ma tego problemu. Podobnie z drogami – częściowo zostały wybudowane. To jednak wciąż mało. Potrzeby tego kraju są ogromne – analizuje.

Zmiany (nie tyko) ducha

Kapłan podkreśla, że już w pierwszych tygodniach swojego pobytu w Indonezji zafascynował się tym krajem. – To jest niezwykle piękne miejsce, typowo azjatyckie. O 4.30 rozpoczynają się nawoływania do modlitwy przez muezinów ze wszystkich meczetów. Wspomina, że wtedy odkrył trzy wielkie religie świata. – Indonezja jest największym muzułmańskim krajem na świecie, ale zauważa się też tam wpływy hinduizmu i buddyzmu. Widać to zwłaszcza w części centralnej i zachodniej kraju – opowiada. W Indonezji rzadko spotyka się islam „wojujący”, o którym głośno w ostatnich latach na świecie. – Mamy dobre doświadczenia. Większość naszych sąsiadów i ludzi, z którymi pracujemy, to wierni wyznawcy islamu. Naprawdę da się żyć w takim specyficznym z naszej perspektywy środowisku i wzajemnie się szanować – dodaje. Klaretyn zauważa jeszcze jedną zależność, która jest charakterystyczna nie tylko dla Indonezji i Timoru Wschodniego, ale dla całej Azji Południowo-Wschodniej. Najlepsze szkoły, ośrodki zdrowia i szpitale są prowadzone przez chrześcijan – katolików i protestantów. – Co więcej, najbogatsi Indonezyjczycy to chrześcijanie pochodzenia chińskiego – zauważa. Podkreśla, że kiedy mówimy o różnych modelach misyjnych, to na pierwszy plan wysuwa się model bazujący na fragmencie Ewangelii św. Jana: „A Słowo stało się ciałem i zamieszkało między nami”. – Głoszona Ewangelia również musi się stać ciałem, czyli dokonać przemiany w życiu osoby, która ją przyjmuje. Po usłyszeniu i przyjęciu Dobrej Nowiny człowiek nie może pozostać taki sam. Przemiana rozpoczyna się od porzucenia złego stylu życia, ale na tym się nie kończy. Człowiek zaczyna się pytać, jak teraz żyć. Pragnie widocznej zmiany na lepsze – dodaje. Zaznacza, że działalność Kościoła jest również głęboko zakorzeniona w nauczaniu Jezusa zawartym w Ewangelii św. Mateusza: „Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, Mnieście uczynili”. – W wielu krajach, jak na przykład w Indiach, bezpośrednia ewangelizacja jest zabroniona. Dlatego Kościół poprzez edukację i służbę zdrowia dociera do ludzi z orędziem o Bogu, który jest miłością – wyjaśnia. Ojciec Piotr nawiązuje do książek Maxa Webera pt. „Etyka protestantyzmu i duch kapitalizmu” oraz Philipa Jenkinsa pt. „Utracona historia chrześcijaństwa”, w których ta myśl jest rozwinięta. – Kiedy głoszone słowo staje się ciałem, następuje przemiana życia. Można ją dostrzec gołym okiem. Warto wspomnieć o innym aspekcie charakterystycznym dla Azji. Chrześcijanie są tam w mniejszości. Wielu katolików ma bliskich krewnych, przyjaciół, współpracowników, którzy są wyznawcami innych religii. Często ich świadectwo prowadzi innych do wiary, ale zdarzają się sytuacje, że za trwanie przy Chrystusie ktoś traci pracę, znajomych, a nawet dobrą relację z najbliższymi. – Warto sobie wciąż uświadamiać, że to właśnie chrześcijanie są najbardziej prześladowaną grupą religijną w świecie – dodaje. Ojciec Piotr zwraca uwagę, że Polska jest szczególnym „krajem środka”, usytuowanym centralnie między Dalekim Wschodem i Zachodem. – Mamy wspaniałą ojczyznę, bogatą kulturę i pouczającą historię, które są zakorzenione w chrześcijaństwie. Właśnie tym powinniśmy się dzielić ze światem. Jezus powiedział do św. Faustyny: „Bardzo sobie Polskę umiłowałem”, a św. Jan Paweł II pisał, że wiek XXI będzie wiekiem ewangelizacji Azji. Chciałbym, by ta umiłowana przez Chrystusa Polska – mój kraj – głęboko zaangażowała się w ewangelizację Azji – puentuje.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Polecamy

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy

Sponsorowane

Https://Www.AUTOdoc.PL