Nowy numer 27/2020 Archiwum

Oryginał w każdym calu

W wieku 71 lat zmarł ks. prał. Marian Biskup, zasłużony dla archidiecezji wrocławskiej kapłan.

Urodził się 16 lipca 1948 roku w Bodzentynie na Kielecczyźnie. Święcenia kapłańskie przyjął w katedrze wrocławskiej w 1971 roku. Był rektorem Metropolitalnego Wyższego Seminarium Duchownego we Wrocławiu w latach 1995–2006, a wcześniej wicerektorem i prefektem. Pełnił funkcję dyrektora Wydziału Duszpasterskiego Kurii Metropolitalnej Wrocławskiej. Przez 20 lat posługiwał jako asystent wrocławskiej Akcji Katolickiej. Doktor teologii moralnej, członek Kolegium Konsultorów Archidiecezji Wrocławskiej oraz Rady Duszpasterskiej. A jak zapamiętali go ludzie?

Pokora i poczucie humoru

Eugeniusz Kaźmierczak poznał ks. Mariana Biskupa w 1997 roku, w dniu wyboru Zarządu Archidiecezjalnego Instytutu Akcji Katolickiej. – Zawiązała się między nami życzliwa współpraca w dziele rozwoju Akcji Katolickiej. Był dla mnie prawdziwym przyjacielem i duchowym ojcem, nie tylko w działalności apostolskiej, ale też w życiu osobistym i rodzinnym – mówi były prezes AK w archidiecezji. Ze wszystkich kontaktów – od wielorakich spotkań, zebrań, dni skupienia, konferencji, konkursów, kongresów czy pielgrzymek – Eugeniusz zachowuje w pamięci miłe wspomnienia czułej opieki duchowej i fizycznej ze strony śp. ks. Mariana. – Jak z rękawa sypał inspirującymi pomysłami do działania ewangelizacyjnego. Miał duże poczucie humoru i umiał rozweselić innych. Słynął także z dowcipnych, ale życzliwych powiedzonek np. „Marny widok”, „Pocałuj żonę w czółko”, „Kopnij męża w kostkę” – wymienia E. Kaźmierczak. Zaprzyjaźnione ze śp. ks. Marianem były także siostry benedyktynki z Wołowa. Siostra Maria Trybała OSB starała się zaglądać do niego zawsze, kiedy bywała we Wrocławiu. – Ujmował pozytywną prostotą, mimo że był rektorem i wykładowcą akademickim. Czułam oczywiście do niego ogromny szacunek, ale skracał dystans. Można było z nim pożartować. Biła od niego dobroduszność, życzliwość i wielka empatia. Zawsze przejawiał zainteresowanie drugim człowiekiem, pytając go, czy czegoś nie potrzebuje. To dobroczyńca i przyjaciel naszego klasztoru – wspomina przeorysza wołowskiej wspólnoty. Imponowała jej wrażliwość kapłana, który wychodził naprzeciw bliźniego. W ten sposób tworzył wokół siebie wyjątkową aurę. – Człowiek po rozmowie z nim czuł się podniesiony na duchu. Potrafił wysłuchać, ale też doradzić, bo był bardzo życiowy i rozmodlony – dodaje benedyktynka.

Zawsze z Kościołem

Ksiądz Paweł Cembrowicz opisuje ks. prał. Mariana Biskupa jako człowieka wielkich pasji. – Pierwsza jego pasja to był Pan Bóg, Jego Kościół oraz kapłaństwo. Kochał swoje powołanie i widzieliśmy to jako klerycy, kiedy był naszym przełożonym, a później jako współpracownicy. Podziwiałem jego ogromne zaangażowanie w formację, które budziło entuzjazm – mówi proboszcz archikatedry wrocławskiej. Drugą pasją ks. Mariana była ojczyzna. Przejmował się jej sprawami, stał się wzorem patriotyzmu, ukochania ojczyzny, kapłańskiej troski o nią. – Fascynował się sportem, zwłaszcza piłką nożną. Jako znawca tematu kibicował wytrwale polskiej reprezentacji. W ostatnich latach widzieliśmy, jak zmagał się z chorobą, a właściwie – jak się chorobie nie poddawał. Bo nigdy nie był skoncentrowany na sobie. Uczył nas, jak oddawać życie dla Chrystusa i dla Kościoła – podsumowuje ks. Cembrowicz. Z kolei ks. Rafał Cyfka pamięta jeden ważny łaciński zwrot, którego ks. Marian często używał: „Sentirae cum Ecclesia!” (współodczuwanie z Kościołem). – Ta sentencja charakteryzowała jego życie. Ona miała ogromny wpływ na moją formację i ma teraz na kapłańskie życie – przyznaje ks. Cyfka. Z uśmiechem wspomina czas, gdy ks. Marian Biskup uczył się angielskiego i w wielu wystąpieniach włączał słowa angielskie w polskie zdania, czym rozbawiał zebranych. Przed wyjazdem na pielgrzymkę mawiał: „Bracia! Wyjeżdżamy jutro rano. Zabieramy full breakfast i w drogę”. Do diakonów, których wysyłał na rekolekcje przed święceniami kapłańskimi, zwracał się z potężnym uśmiechem: „Bracia! To czas skupienia! Nie ma Polanicy by night!”.

Przyjaciel Sióstr Bożego Serca Jezusa

– Był bardzo otwarty i życzliwy dla naszego zgromadzenia. Miał radosną osobowość, lubił żartować. Zawsze człowieka wysłuchał, a potem doradzał, pocieszył, ratował, jak mógł. Był po prostu ojcem – opisuje s. Aneta Banyś, przełożona generalna Zgromadzenia Sióstr Bożego Serca Jezusa. Jak podkreśla, zawsze można było na niego liczyć. Mimo wysokich urzędów, które piastował, i tytułów, które mu przyznano, nigdy się nie wywyższał. Pamięta sytuacje, kiedy np. czytał siostrom zakonnym swoje kazania do sprawdzenia i pytał o zdanie, czekał na uwagi. – To pokazuje jego wielką pokorę. A kazania miał piękne. Już z daleka witał się uśmiechem i ciepłym słowem. Jeszcze niedawno, przed jego urlopem, umawialiśmy się na pomidory z naszego ogródka. Miał zadzwonić… – zamyśla się s. Aneta.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama