Nowy numer 03/2020 Archiwum

Utracone, ale nie stracone

W tych doświadczeniach perspektywa królestwa niebieskiego staje się bardzo realna. Pojawia się piękne oczekiwanie na spotkanie po drugiej stronie.

Dzień Dziecka Utraconego obchodziliśmy 15 października, ale temat ten nie może wracać jedynie raz w roku. Poronienia to znacznie częstsze doświadczenie, niż się powszechnie uważa. Międzynarodowe badania w różnych krajach wskazują, że liczba straconych ciąż przewyższa liczbę porodów w ciągu życia kobiety. W Polsce około 40 tysięcy matek rocznie doświadcza poronienia (czyli ponad 100 dziennie), a dwa tysiące rodzi martwe dzieci. Oddajemy głos tym, którzy przez to przeszli i potrafią wskazać właściwą drogę.

Rodzina jeszcze będzie w komplecie

Monika i Adam Pierścińscy 11-letnie małżeństwo, szczęśliwi rodzice pięciorga dzieci – Dwóch synów mamy tu, na ziemi, i troje maluszków w niebie. Po poczęciu pierwszego dziecka okazało się, że może być chore, z dużym prawdopodobieństwem zespołu Downa. Zaczęła się walka duchowa, przyszedł smutek, przygnębienie, przepadła radość z poczęcia. Wówczas oddaliśmy wszystko Panu Bogu na modlitwie, wróciło szczęście i towarzyszyło nam aż do porodu. Urodził się Franek, który jest zdrowym chłopcem. Pół roku później przyszła kolejna ciąża, ale niestety zakończona już w 6. tygodniu poronieniem. Nie byliśmy gotowi na takie doświadczenie. Mocno nas to obciążyło psychicznie. Przez kilka tygodni panował w naszych sercach ogromy smutek, byliśmy w żałobie. Wybraliśmy się na modlitwę o uzdrowienie. Powierzyliśmy tę sytuację Bogu, mówiąc: „Zrób z tym, co uważasz”. I… parę dni po tej modlitwie spodziewaliśmy się już kolejnego dziecka! Urodził się zdrowy Michał. Pragnęliśmy powiększać rodzinę i 2,5 roku po przyjściu na świat drugiego synka Monika zaszła w ciążę. Niestety, straciliśmy kolejne dziecko i ponownie przez nasze serca przeszedł ból straty – nieporównywalny z niczym innym. Adam nie próbował szukać odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak się wydarzyło. Dzięki temu łatwiej radził sobie z przygnębieniem. Razem oddawaliśmy to doświadczenie Panu Bogu i staraliśmy się przekonać, że nie musimy od razu wszystkiego rozumieć. Po każdej stracie nadawaliśmy imię naszemu dziecku, bo wiemy, że ono żyje w niebie. Ten fakt napawa nas spokojem. Oczywiście, jest nam przykro, że nie doświadczyliśmy ich obecności na ziemi, ale nie możemy się również doczekać, kiedy zobaczymy się w królestwie niebieskim. Zrobimy wszystko, aby tam dołączyć do naszych pociech. Powiedzieliśmy Frankowi i Michałowi, że mają rodzeństwo. Pytali nas spontanicznie – jak to dzieci – dlaczego nie mogą się z nimi zobaczyć. Przyjęły wszystko z ufnością, a informacja o połączeniu się w niebie napawa ich dziecięcy świat optymizmem. Co nam pomagało? Dzielenie się swoimi przeżyciami z innymi. Nie chodzi o rozpowiadanie, lecz o spokojne rozmowy we wspólnocie o trudnym doświadczeniu. Inni członkowie wyszli do nas z propozycją modlitwy za naszą rodzinę, co nas bardzo umocniło. Czasem pojawiają się przykre emocje czy łza w oku, ale to chwilowe. Wypracowaliśmy w sobie pokój życiowy. Nie ma gniewu ani żalu. Jest nadzieja. Na spotkanie.

Nie czas, lecz Bóg leczy rany

Magdalena Krajewska doradca rodzinny, terapeuta NEST, spełniona żona i matka – Kiedy tracimy dziecko, wchodzimy w stan żałoby, bo dziecko od poczęcia jest człowiekiem. To trudny czas, w którym może pojawić się chęć ucieczki przed bólem. Rozpacz, żal, smutek nie są przecież miłe. Psychologowie są jednak zgodni, że żałoba jest potrzebna, trzeba ją przeżyć. W przeciwnym razie ten czas może powodować konkretne dysfunkcje psychologiczne, a nawet fizyczne. Pierwszy etap żałoby charakteryzuje się szokiem, otępieniem, zaprzeczaniem, może też towarzyszyć mu wstrząs psychiczny. Później następuje okres tęsknoty, żalu, płaczu, bo to dziecko już było, a jednak zniknęło. Pojawia się gniew na siebie, na męża/żonę, na los, przychodzą do głowy jakieś irracjonalne oskarżenia („Mogłam tego nie robić”). Drugi i trzeci etap się przenikają. Wpadamy w dezorganizację, nie umiemy wrócić do normalnego życia. Szarga nami poczucie bezradności, beznadziejności, niezrozumienia w otoczeniu. Pojawia się niebezpieczeństwo depresji. Jako bliscy czy znajomi powinniśmy obserwować rodziców po stracie. Czuwać nad nimi. Ostatni żałobny odcinek nazywam czasem reorganizacji. Powoli akceptujemy sytuację, wracamy do równowagi, ból staje się mniej dotkliwy. Poczucie straty jest, ale już nie pali serca żywym ogniem. Żałoba trwa około roku, choć to kwestia indywidualna. Musimy sobie zdać sprawę, że w społeczeństwie wciąż uchodzi to za temat tabu. Czasem jest nam łatwiej udawać, że nic się nie wydarzyło, możemy uciekać w wir zadań, w pracę zawodową, ucinać temat. Powstaje blokada związana z żałobą. Taka postawa niekoniecznie od razu będzie szkodzić, trzeba jednak być uważnym i rozeznawać. Moja córka Marysia zmarła w 2012 roku, gdy byłam w 6. tygodniu ciąży, natomiast syn Jan w 2017 roku, w 5. miesiącu. Nam pomógł pochówek dziecka. To był moment ostatecznego pożegnania. Wielkim wsparciem okazała się modlitwa, Komunia Święta. Stratę Marysi przechodziłam dramatycznie. Czarna rozpacz, otchłań, zaprzeczenie istnienia Boga. Przez osiem tygodni urlopu macierzyńskiego leżałam i płakałam. Podtrzymywała mnie na duchu obecność męża, który po prostu był, słuchał, służył. Uczestniczyliśmy w grupie wsparcia oraz w rekolekcjach. Wiedzieliśmy, że nasza córka ma miejsce u boku Pana Boga. Jak nie pomagać? Jak nie pocieszać? Na pewno nie stwierdzeniami: „Czas leczy rany”, „Będzie dobrze”. Osoba, która doświadcza straty, potrzebuje mądrego towarzyszenia. Pewne komunikaty przychodzą nam z większą łatwością, ale intensyfikują ból, jak np.: „Nie martw się, jeszcze będziesz mieć dzieci”. Żadne dziecko nie zastąpi tego, które straciliśmy. Każdy człowiek to osobna jednostka. Następna istota ludzka nie będzie produktem zastępczym, łatą na dziurę. Niedobre są także zachęty, by zacząć się realizować, rozwijać hobby czy „Weź się w garść”. Rodzice muszą pożyć z tą stratą. W społeczeństwie panuje powszechne zrozumienie w przypadku śmierci męża czy mamy, ale nie ma go, gdy chodzi o stratę dziecka. Nie wchodzi w grę również wszelkie porównywanie typu: „Inni mają gorzej”, „A jakby się urodziło i dopiero potem zmarło? Wtedy byłoby już naprawdę źle”. Trzeba pamiętać, że jeżeli komuś pomogło bieganie czy rower, nie oznacza to, że pomoże innym. Lepiej dopytywać, proponować, a nie narzucać aktywności, strategii. Należy też dać czas na przeżycie najsilniejszej fazy żałoby – co najmniej kilka tygodni. A potem być po prostu obecnym.

Gdzie szukać pomocy?

Po pomoc w związku z utratą dziecka bądź naturalnym planowaniem rodziny można się zwrócić do fundacji Evangelium Vitae przy ul. Ludwika Rydygiera 22/28 we Wrocławiu; e-mail: fundacja@boromeuszki.pl, telefon 71 78 28 761. Więcej informacji o grupach wsparcia i kursach: www.fev.wroclaw.pl. Najbliższe spotkanie wprowadzające na temat modelu Creighton odbędzie się przy ul. Pomorskiej 37 we Wrocławiu (budynek dawnego szpitala) już 12 listopada o godz. 18. Poprowadzi je Krzysztof Strug (krzysztof.strug@fev.wroclaw.pl).

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama