Nowy numer 44/2020 Archiwum

Dom niewysokich progów

Ze starej butelki robią piękny wazon, z kawałka styropianu dzieło sztuki. Lichy barak zmienia się tu w zielony ogród, ruiny ludzkiego życia – w nowy gmach.

Jubileusz 20 lat funkcjonowania placówki przy ul. Strzegomskiej we Wrocławiu (wcześniej schronisko działało przy Złotostockiej) zgromadził mnóstwo przyjaciół tego miejsca. – Dzisiejszy człowiek jest „człowiekiem elewacji”. Łatwo ocenia po tym, co zewnętrzne. A nie powinniśmy nikogo oceniać, zanim nie spotkamy się z nim w jego sercu – mówił bp Jacek Kiciński, wspominając o potrzebie wsłuchania się w każdą osobę.

Przewodnicząc uroczystej Mszy św., zauważył, że nawet odrapane kościoły, jeśli lśni w nich światło, mienią się barwami witraży. Tak jest i z ludźmi. Jeśli płonie w nas światło modlitwy, mamy szansę, mimo swych ran, stać się witrażem dla innych. Bombki i pierogi Na Strzegomskiej spotkasz wiele kobiet, których życie rozbłysło nowymi kolorami. Namacalny wyraz znajduje to w schroniskowej pracowni. Ozdabianie doniczek, pudełek, bombek czy pisanek ma wymiar nie tylko praktyczny. – To bardzo pogodne miejsce. Wśród kolorów, myśląc nad tym, co jak udekorować, człowiek wycisza się, zapomina o przytłaczających go problemach – mówi pani Marzena. Mieszkanki pracują w technice decoupage’u, szydełkują. – Pewna pani podarowała nam sporo mleka w szklanych butelkach. Miała je odebrać, ale gdy zobaczyła, jak udekorowałyśmy jedną z nich, stwierdziła: „Kochane, zostawiam wam te butelki, zróbcie z nimi, co chcecie” – opowiada pani Marzena. Trafiła tu po raz pierwszy w 2004 r., nie mając się gdzie podziać. – Nie chciałam się włóczyć po znajomych, wprowadzać ich w moje osobiste sprawy. Udałam się na policję, poinformowano mnie, że jest możliwość skorzystania ze schroniska. Zostałam przyjęta – mówi. – Za pierwszym razem spędziłam na Strzegomskiej rok. W 2009 r. przyszłam tu znów. Tak się stało, bo znalazłam się w sytuacji patowej na skutek popełnienia wielkiego błędu życiowego. Teraz pomału moje sprawy zaczynają się prostować. Pani Marzena opowiada o swoich dzieciach, z którymi ma dobry kontakt, o wnuczce. Zastanawia się nad nowymi trendami w zdobieniu bombek. – Staramy się, by tu było tak domowo – mówi. – Każda ma swój kącik, który urządza na swój sposób – jakieś obrazki, zdjęcia, ozdóbki. Co niedzielę mamy Mszę św. na miejscu w schronisku, razem gotujemy obiady. Słynne są nasze gołąbki, pierogi – lepimy 600–700 sztuk. Jest ciepło Elżbieta trafiła do schroniska na progu dorosłego życia. Wtedy placówka funkcjonowała jeszcze przy ul. Złotostockiej. Wspomina, że najpierw nie było jej łatwo odnaleźć się pośród dużej liczby osób „po przejściach”, ale pamięta radość z tego, że jest ciepło. W każdym pokoju był piecyk! Potem przebywała przy ul. Strzegomskiej. Obecnie jest już samodzielna, wychowuje 13-letniego syna. – Wiele zawdzięczam paniom Łucji Dobrowolskiej [obecnie kierownik schroniska – przyp. red.] i Małgorzacie Wróblewskiej. Wyszłam na prostą. Popełniałam błędy, ale nigdy nie zostawałam sama ze swoimi problemami. Teraz mam wspaniałego syna, pracę i ciepły dom. Wszystko zawdzięczam tym, którzy nie pozwolili, żebym zginęła na mrozie, bez jedzenia – podkreśla. Wśród osób, które stanęły na nogi, jest też Karolina, mama pięciorga dzieci. Razem z Renatą i Anią przyjaźniły się od czasów pobytu w domu dziecka. Niestety potem życie nie potoczyło się szczęśliwie. Bite przez mężów, szukały bezpieczeństwa. Do schroniska przyszły razem ze swoimi dziećmi. Karolina i Ania skończyły w schronisku szkołę średnią – ucząc się wieczorowo. Usamodzielniły się, dostały mieszkanie socjalne. Z czasem wyjechały do dobrze płatnej pracy za granicą – opiekują się starszymi osobami. Mnóstwo osób nie jest jednak w stanie się usamodzielnić. Chore, z małymi zasiłkami, niezaradne, potrzebują stałej pomocy. W tej chwili w placówce jest prawie 60 pań. Część przywożona jest przez policję czy straż miejską, z izby wytrzeźwień, z ulicy. Niektóre kobiety informację o schronisku znajdują same w internecie, inne usłyszały o nim od znajomych albo od kogoś na ulicy. Matki z dziećmi przyjmowane są obecnie na Strzegomskiej tylko interwencyjnie – by potem znaleźć dla nich miejsce gdzie indziej. – Coraz więcej kobiet odważa się przyjść, zapytać o miejsce w schronisku. Często popycha je do tego przemoc w rodzinie. Bywa jednak, że nie potrafią odejść od swoich oprawców. Odchodzą, wracają – dodaje pani Małgorzata. Kruche ściany budynku przy ul. Strzegomskiej kryją historie bólu, doznanych krzywd, trudnej walki z nałogiem. Ale także szczerej radości. – To dom o niskich progach – mówił bp Jacek. – Bo nie są wysokie progi domu otwierającego się przed człowiekiem. Część imion została zmieniona

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama