Nowy numer 27/2020 Archiwum

Marzenia do spełnienia

– Nigdy nie myślałem, że będę potrzebował pomocy. Jest to jednak miłe, że ludzie widzą potrzeby innych – mówi Artur.

Święta Bożego Narodzenia kojarzą mu się z ciepłem rodzinnym, choć jego rodzinna sytuacja jest dość skomplikowana. – Póki żyła babcia, było inaczej. Ona była zwornikiem całej rodziny. Gdy zmarła, dotychczasowe wspólne celebracje odeszły w niepamięć. To trochę przykre, ale taki jest dzisiejszy świat. Każdy ma swoją rodzinę i spędza ten czas w swoim kręgu – opowiada. Przyznaje też, że zgłoszenie do Szlachetnej Paczki było dla niego zaskoczeniem.

Rak, który zmienił wszystko

Mężczyzna ma 43 lata. Jest rozwodnikiem. Mieszka z mamą i to z nią spędza święta. – Nikt nie jest mi tak bliski jak ona. Zwłaszcza teraz, gdy dotknęła mnie choroba. Nie chcę, by ktoś był ze mną z litości – dodaje. Podkreśla, że starają się być wierni tradycji. – Choinkę ubieramy w Wigilię, ale ja zawsze mam wszystko przygotowane wcześniej. Sprawdzam zwłaszcza lampki, czy nie są przepalone – mówi. Sytuacja ekonomiczna w domu nie jest dobra. Mama Artura jest emerytką i dorabia jako opiekunka. – Gdyby nie jej pomoc, byłoby ciężko. Ja oczywiście korzystam ze środków socjalnych, które mi przysługują. Wiadomo jednak, że wszystko drożeje, a pieniędzy nie przybywa – wyjaśnia. Choroba objawiła się u Artura we wrześniu 2014 r. – Gdy pracowałem zawodowo, byłem jak każdy chyba współczesny człowiek w pełnym biegu. Do tego sporo paliłem. Próbowałem rzucić, ale nie potrafiłem – wspomina. W pewnym momencie wykryto u niego guza na prawym płucu. Był takiej wielkości, że nadawał się do operacyjnego wycięcia. – Jestem ratownikiem medycznym. Gdy dostałem prześwietlenie, to dobrze wiedziałem, że trzeba działać. Zabieg przeprowadzono w lutym 2015 r. – Było pewne, że nie wrócę już do pełni sprawności. Prawej ręki nie mogę podnieść zbyt wysoko. Mam też zakaz dźwigania ciężarów większych niż 5 kg – opowiada.

Zosia samosia

Tymczasem w kamienicy, w której mieszka, dopiero niedawno zamontowano gazowe centralne ogrzewanie. Inwestycja była możliwa dzięki programom miejskim. Do tego czasu w małym, dwupokojowym mieszkaniu na czwartym piętrze było ciepło dzięki dwóm piecom węglowym. – Zawsze byłem człowiekiem typu zosia samosia i nie lubiłem prosić nikogo o pomoc. Załadowane dwie węglarki nosiłem więc sam. Trochę mniej, ale jednak, nosiłem też po operacji. Pewnie sobie tym zaszkodziłem – opowiada. Podczas jednego z badań kontrolnych okazało się, że jest gorzej, a lekarze podkreślili, że przydałby się separator tlenu. Sytuacja poukładała się na tyle szczęśliwie, że aparat udało się pozyskać za niewielkie pieniądze. – Jestem wspomagany przez urządzenie przez 3–4 godziny dziennie. Być może w przyszłości będę musiał być podłączony na dłużej. Na razie jednak nie mogę za bardzo przyzwyczajać organizmu. Gdy przyszła do niego wolontariuszka Szlachetnej Paczki, by przeprowadzić wywiad środowiskowy, opowiedział jej o bolączkach i potrzebie do zrealizowania „na już”. – Chodziło o rower stacjonarny, żebym mógł ćwiczyć stawy, tak by zachować sprawność ruchową – przekonuje. Do rozmowy wtrąciła się również mama Artura, która dodała, że marzeniem syna jest posiadanie własnego akwarium. Marzenia nie były wygórowane, a jednak niemożliwe do realizacji. Udało się je spełnić dzięki darczyńcom. – Dzięki dobrym ludziom dostałem coś dla zdrowia i dla oka, choć zanim akwarium wypełnią rybki, zapewne minie jeszcze trochę czasu. Do tego nie można zabierać się w pośpiechu – mówi z uśmiechem Artur. Na razie choroba się wyciszyła, ale nigdy nie ma pewności, że nie wróci. – Mam ciche marzenia, by wrócić do jakiejś aktywności zawodowej. Na razie jednak się nie nakręcam, by się nie rozczarować – zaznacza.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama