Nowy numer 44/2020 Archiwum

Choinek mieli pod dostatkiem, ale zamiast opłatka dzielili się czarnym chlebem

Sybiracy z Wrocławia wspominają Boże Narodzenie na okrutnym zesłaniu w głąb Związku Radzieckiego. To był trudny czas, ale pełen wiary i nadziei, który dla nas może być ważną nauką.

Kiedy słucha się historii życia Sybiraków, pierwszy odruch serca to docenienie najprostszych wartości, które na co dzień wydają nam się "z automatu" normalne, konieczne i wieczne jak np. wolność, dostatek, swoboda decyzji, wybór produktów na sklepowych półkach, ciepła woda w kranie, ogrzany dom.

Bolesław Filak to rocznik 1928. Gdy on i jego rodzina zostali zmuszeni do wyjazdu na daleki Wschód z miejscowości Bursztyn, miał niecałe 12 lat. Pamięta doskonale noc z 9 na 10 lutego 1940 roku. Rodzice zdążyli zabrać tylko parę ubrań i pościel z całego wielkiego gospodarstwa. Wsiedli całą rodziną do bydlęcych wagonów i po miesiącu jazdy wysadzono ich kilka tysięcy kilometrów od ciepła domu rodzinnego.

- Z jednej strony mogę powiedzieć, że nie było żadnego Bożego Narodzenia na Syberii, a z drugiej, że Polacy próbowali jakoś obchodzić te ważne święta mimo wszystko. Oczywiście nie w kategoriach wieczerzy wigilijnej czy opłatka, ale tradycja i pamięć była dotrzymywana na każdym kroku. Bardzo dużo kolędowaliśmy, bo tylko to nam zostało. Mój ojciec śpiewał z pamięci mnóstwo kolęd, tych najsłynniejszych jak „Wśród nocnej ciszy”, ale też mniej znanych, regionalnych z okolic Jesionowa, skąd pochodził - opowiada Bolesław Filak.

Podkreśla, że nawet symboliczne obchodzenie świąt dodawało im sił do przetrwania i umacniało nadzieję na powrót do kraju ojczystego. Na Sybirze nastolatek spędził 6 lat.

- A choinka? Tam choinki rosły dookoła po horyzont. Praktycznie wszędzie był las. Składaliśmy sobie życzenia i najczęściej powtarzaliśmy: obyśmy cali i zdrowi szybko wrócili do Polski. Niczego więcej sobie nie życzyliśmy - wspomina 91-latek.

Jego ojciec zalecał mu na Syberii, żeby modlił się słowami: „Od powietrza, głodu, ognia i wojny zachowaj nas Panie”, bo, jak wtedy twierdził, tylko wojna ich uratuje.

- Może to się wydawać dziwne, ale my oczekiwaliśmy wojny, bo w niej upatrywaliśmy ocalenia, ratunku. I dlatego zmieniliśmy słowa modlitwy - błagając właśnie o wojnę. Ja wierzyłem, że wrócimy do Polski. Niestety nie wróciliśmy w komplecie. Ojca zamordowali i zakopali tak, żeby nikt nie widział. A co zadecydowało, że przetrwaliśmy? Wiara w Boga - uważa dzisiaj p. Filak.

W kontekście wieczerzy wigilijnej i uginających się od potraw i rarytasów współczesnych polskich stołów przypomina sobie, co jadł razem z innymi rodakami tysiące kilometrów od domu.

- Głód był straszny. Spożywaliśmy zmielone najgorsze odpadki zboża. Ja po takim posiłku na drugi dzień czułem straszny ból, nie mogłem stać, jakbym miał ołów w nogach. Spożywaliśmy też wykopane po zimie z kołchozowego pola zamarznięte ziemniaki, zjadaliśmy pokrzywę i lebiodę - wymienia członek Związku Sybiraków.

Kiedyś głód zmusił go do pójścia do pobliskiej wsi, gdzie mieszkali tubylcy. Tam zapukał do jednej z chat i prosił o jedzenie. Staruszka, która mu otworzyła, odpowiedziała ze łzami w oczach: „Widzisz chłopcze, ja mam tylko dwa ziemniaki. Jeden dla mnie, drugi dla ciebie, ale soli nie mamy. Daruj!”

- Teraz w Polsce mamy dość ciepłe zimy, oczekujemy na śnieg, a ja do dzisiaj czuję ten mróz syberyjski, których dochodził do 30 stopni poniżej zera. Całą dostępną odzież nakładało się na siebie, buty owijało się w co się da - w szmaty, w słomę czy worki - mówi p. Bolesław.

We wszystkich wspomnieniach Sybiraków przebija się bardzo mocno ich religijne podejście na zesłaniu. Wtedy, w tych okrutnych warunkach, Boże Narodzenie i inne święta kościelne były obchodzone w szczególny sposób. To prawda, że dosłownie wszystkiego co materialne brakowało, ale w wigilię zbierała się cała rodzina i przyjaciele, nikt nie zostawał sam. 

- To było prawdziwe święto z okazji narodzin Jezusa, które wyciskało łzy z oczu i przypominało chociaż kawałek naszej ojczyzny. Nie było z nami księdza, nie mieliśmy opłatka. Dzieliliśmy się więc czarnym chlebem, który dostawaliśmy jako przydział, żeby przeżyć - opowiada Ryszard Janosz, rocznik 1940.

Jego rodzinę bolszewiccy zbrodniarze wywieźli na Syberię, kiedy miał zaledwie… 3 miesiące. Całe dzieciństwo spędził praktycznie na dalekim Wschodzie. Rodzina Janoszów nigdy tam nie zapomiała o modlitwie, zaufaniu Panu Bogu i pobożnym przeżywaniu świąt. Jak zaznacza Sybirak, to zasługa rodziców, którzy pilnowali, by modlitwa towarzyszyła dzieciom codziennie, rano i wieczorem.

- A podczas świąt Bożego Narodzenia śpiewano wiele kolęd, ale także układano nowe słowa pod najpopularniejsze bożonarodzeniowe melodie. W ten sposób powstało sporo sybirackich kolęd, które opowiadały o naszym losie - dodaje p. Ryszard.

Święta Bożego Narodzenia dodawały nadziei na szczęśliwy powrót do kraju. Wielu Sybiraków mówi, że to właśnie wiara w Boga pomogła im przeżyć te trudne warunki, bo mieli się do kogo odwołać, kogo prosić o pomoc.

- Z okazji świąt Bożego Narodzeniu życzę młodemu pokoleniu tylko jednego: byśmy to my byli ostatnim pokoleniem Polaków, których Rosjanie wywieźli na Sybir, bo pamiętajmy, że wywożono naszych rodaków tam przez 200 lat - podsumowuje wiceprezes zarządu oddziału wrocławskiego Związku Sybiraków.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama