Nowy numer 39/2020 Archiwum

Co dalej z Projektem Nadzieja?

Młodzi ludzie otwarli serca i zaczęli działać. Na początku dość nieśmiało i z ciekawości. Dziś chcą kontynuować to, co zaczęli, i zaprosić innych do podobnej aktywności.

Kilkanaście wizyt wywołało bardzo wiele emocji zarówno wśród tych, do których poszli, jak również u nich samych. Wolontariusze zapragnęli w dalszy ciągu odwiedzać tzw. miejsca nadziei. Na fali wspaniałych wspomnień i wobec ilości zaktywizowanych ludzi w wielu wrocławskich i podmiejskich parafiach chcą zaprosić do dołączenia do nich. Wbrew pozorom nie trzeba mieć w zasadzie nic poza dobrymi chęciami do oddania kilku chwil w miesiącu drugiemu człowiekowi.

To jest właśnie główne założenie Projektu Nadzieja, który powstał w związku z przygotowaniami do Europejskiego Spotkania Młodych. Przez kilka ostatnich miesięcy 2019 roku wolontariusze i bracia z Taizé starali się odwiedzać tych, którzy z różnych powodów funkcjonują na granicy wykluczenia społecznego. Kontynuacja tej inicjatywy może być konkretnym owocem ESM.

Tęsknota

Damian Bartosik jest zaangażowany we wspólnocie Lew Judy działającej przy parafii ojców oblatów pw. NMP Królowej Pokoju na wrocławskich Popowicach. Od dłuższego czasu pomaga w Diecezjalnym Duszpasterstwie Młodzieży. To właśnie przy tej okazji zdecydował się na dołączenie do Projektu Nadzieja. – Miałem okazję uczestniczyć w wizycie w Zakładzie Opiekuńczo-Leczniczym prowadzonym przez siostry boromeuszki. Bardzo mnie dotknęło to, co tam przeżyliśmy – wspomina. Opowiada, że do ZOL-u przyszło łącznie ok. 30 osób. – Podzieliśmy się na dwie grupy i chodziliśmy od pokoju do pokoju, śpiewając pieśni z Taizé ludziom, którzy tam mieszkają – dodaje. Przyznaje, że… na nic więcej nie było czasu, nawet na zamienienie dosłownie kilku słów. – Tam mieszkają ludzie w bardzo podeszłym wieku. Kilkoro ma powyżej 100 lat. Dowiedzieliśmy się, że wielu z nich nie jest zbyt często odwiedzanych przez kogokolwiek, a bardzo za tym tęsknią – opowiada. Zwraca uwagę, że odkrył, iż wcale nie były potrzebne słowa, ale wystarczyła sama obecność wolontariuszy. Pojawiły się łzy wzruszenia, że ktoś po prostu do nich przyszedł. – To było bardzo poruszające i zapamiętam to na długo. Dla Damiana wizyta w ZOL-u  stała się impulsem. Przyznaje, że chce kontynuować swój udział w projekcie. – Chodzi mi po głowie pomysł, by włączyć się w wolontariat w Klubowym Centrum Aktywności Dzieci i Młodzieży „Pozytywka” prowadzonym przez Siostry Bożego Serca Jezusa. Dzieci, które tam są, też potrzebują obecności – wyjaśnia. Jest jednak otwarty na wszelkie propozycje. A skąd wziąć na to wszystko czas? Trzeba go wygospodarować. – Na pewno wolontariat jest czymś znacznie pożyteczniejszym od obejrzenia kolejnego filmu na Netflixie czy od gry komputerowej. To kwestia wyboru, że chcę trochę czasu poświęcić drugiemu człowiekowi – dodaje. Przekonuje również, że nie ma znaczenia, czy ktoś brał udział w ESM, czy nie. – Ja akurat nie mogłem być wtedy we Wrocławiu. Na czas spotkania wyjechałem do Warszawy, więc ominęło mnie to wydarzenie. Wolontariat jest jednak dla wszystkich i zachęcam do dołączenia do naszej grupy.

Obecność

Kasia Mokrzycka w latach studiów była związana z Maciejówką. W tej chwili należy do wspólnoty postakademickiej Przystanek Szewska. Udział w Projekcie Nadzieja jest pewną kontynuacją wcześniejszej aktywności wolontaryjnej. Kasia od ponad roku pomaga w inicjatywie Zupa na Wolności, w ramach której w każde niedzielne popołudnie na wrocławskim placu Wolności jest gotowana i rozdawana zupa dla osób, które doświadczają bezdomności. – Robimy to wspólnie z nimi. To okazja nie tylko do dania im czegoś do zjedzenia, ale również do nawiązania relacji, rozmów, a także wspólnej zabawy – tłumaczy. Dość naturalnie kolejnym krokiem stała się więc wizyta w schronisku dla bezdomnych mężczyzn im. św. Brata Alberta. – Byłam tam po raz pierwszy. Spotkałam się z bezdomnymi w innym charakterze, na innym gruncie. Chodziło o to, byśmy dotarli do tych ludzi, nie tylko oferując im swój czas i doraźną pomoc, ale również modlitwę. Czułam od dłuższego czasu, że właśnie takie wspólne doświadczenie będzie dla nich czymś ważnym i chyba tego trochę w „zupie” mi brakowało – opowiada. Przyznaje też, że spotkania na placu Wolności i w schronisku są zupełnie różne. – W schronisku mieliśmy czas, by spokojnie porozmawiać. Ci ludzie nas ugościli. A modlitwa była takim dobrym gruntem, na którym to spotkanie się odbyło. Ja w sumie nie byłam do końca przekonana czy to, aby się z nimi modlić, jest ich najgłębszą potrzebą. Nie artykułowali tego w pierwszej kolejności, ale zapytani, odpowiadali że to jest dla nich ważne – dodaje. To był jasny komunikat. Czymś, co zrobiło na Kasi największe wrażenie, były rozmowy. Tego się w sumie spodziewała w związku z wcześniejszymi swoimi doświadczeniami. – W zasadzie chodzi o to, by słuchać, bo oni tego bardzo potrzebują. Często są bardzo poranieni, a w swoim życiu wiele osób skrzywdzili. Ale bardzo istotne jest, by przyjąć ich i zaakceptować takimi, jakimi są, bez oceniania – przekonuje. To dar z siebie, ale zawsze przy takiej okazji coś się otrzymuje. – Ja bardzo mocno uczę się pokory. Granica między nami jest bardzo cienka. Na co dzień się o tym nie myśli, że nikt z tych osób nie wybrał świadomie swojego losu, nikt nie chciał być bezdomny. Ich sytuacja wynika z podejmowanych, czasem złych, wyborów, ale też z braku pewnego wsparcia w rodzinie czy przyjaciołach. Uświadamiam sobie, jak wiele mam i że mogę się tym dzielić z innymi. A to dzielenie kosztuje jednocześnie wiele i niewiele – czas, ale nadaje sens.

Potrzeba dobra

Maciej Pawlikowski do Wrocławia przyjechał na studia i już został. Nigdy nie był w duszpasterstwie akademickim czy innej wspólnocie. – Z wolontariatem mam styczność od ubiegłego roku. Pomagałem przy spotkaniu dla młodzieży organizowanym przez Diecezjalne Duszpasterstwo Młodzieży. A potem był wyjazd do Taizé, czas bardzo otwierający na ludzi. Dopiero przed ESM zaangażowałem się trochę bardziej – zaczyna swoją opowieść. Przyznaje, że odwiedzanie miejsc nadziei było trochę przypadkową przygodą. – Zobaczyłem zaproszenie do udziału na Facebooku. Trzeba było się określić konkretnie, czy chce się wziąć udział w spotkaniu z więźniami. Byłem bardzo ciekawy, jak zakład karny wygląda od środka. Poza tym z jakiegoś powodu chciałem porozmawiać z przebywającymi tam osobami, posłuchać ich. Czułem, że ludzie chcą być wysłuchani i to był dobry trop – dodaje. Zanim jednak doszło do wizyty w więzieniu, Maćka ogarnął lęk. – Nie chodziło o to, że się bałem jakiegoś niebezpieczeństwa, ale wystraszyłem się, że pójdę tam, nie mając za wiele do zaoferowania – tłumaczy. Rzeczywistość pokazała, że wcale nie o to chodzi, by dać coś materialnego, ale żeby być. – Bardzo ciepło nas przyjęto. Więźniowie podchodzili do nas, przedstawiali się i… pomagali nam przygotować miejsce modlitwy. Czułem się nawet trochę niezręcznie, bo miałem wrażenie, że skoro my tam przychodzimy i coś organizujemy, to my musimy się pewnymi rzeczami zająć. Zwróciłem jednak uwagę, że im to zaangażowanie sprawia radość, o którą zapewne trudniej w więziennej codzienności – zauważa. Doszedł też do wniosku, że w ludziach jest generalnie potrzeba czynienia dobra. – W naszej sytuacji jest to w miarę proste, bo mamy łatwość znalezienia kogoś potrzebującego. Gdy jednak ktoś mieszka w zamknięciu, jest to dużo trudniejsze, bo wokół może nie być osoby, która będzie chciała przyjąć to dobro. Stąd refleksja o tym, jak ważne jest, by przychodząc do takiego miejsca, jakim jest zakład karny, pozwolić się obdarować. To było dla nich bardzo ważne – wyjaśnia. Maciej dzieli się jeszcze jednym wrażeniem. W jednym z dwóch zakładów karnych, które odwiedził, miejsca w kaplicy nie było zbyt wiele, dlatego dekoracje do modlitwy ustawiono w głównym holu więziennym. – To była improwizacja. W kilka minut udało się jednak stworzyć piękne miejsce, które przekształciło zimny korytarz w bardzo przytulną przestrzeń – mówi. – Nad nami były rzędy cel. Głos stamtąd niósł się po całym budynku. Strażnicy mówili, że wszędzie nas było słychać – mówi ze śmiechem. Dlaczego młody mężczyzna chce kontynuować Projekt Nadzieja? Podkreśla, że jest bardzo oczywisty powód. Jeden z więźniów powiedział, że wkrótce zostanie przeniesiony do innego zakładu karnego i pytał, czy tam też przyjdą wolontariusze. – Powiedzieliśmy, że przyjdziemy. Trzeba dotrzymać obietnicy – przekonuje. Poza tym widzi wiele korzyści dla wolontariuszy. – Jedną z nich jest umiejętność rozmawiania z osobami, które są w różnych kryzysowych sytuacjach. Tego uczą takie inicjatywy, więc warto – puentuje.

Działajmy razem

Projekt Nadzieja aktualnie będzie realizowany w dwóch miejscach – w schronisku dla bezdomnych mężczyzn im. św. Brata Albert przy ul. Bogedaina oraz w Zakładzie Karnym nr 2 przy ul. Fiołkowej. Zaplanowano, że raz w miesiącu odbywać się tam będą wspólne modlitwy z pensjonariuszami, a także spotkania w małych grupach, które będą miały swoją kontynuację w rozmowach przy herbacie. Dołączyć do projektu może każdy. Szczegółowe informacje oraz terminy można znaleźć na Facebooku w grupie Projekt Nadzieja.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama