Nowy numer 49/2020 Archiwum

Dawne epidemie na Dolnym Śląsku. Wśród chętnie wzywanych patronów św. Rozalia

Wiele osób pamięta epidemię ospy we Wrocławiu w 1963 r. Zachorowało wówczas 99 osób, zmarło 7. Choroby rozprzestrzeniające się w minionych wiekach pochłaniały nieraz tysiące ofiar. Jak próbowano się z nimi zmierzyć?

Najgorzej w historii Europy zapisała się XIV-wieczna epidemia dżumy, która zabrała życie milionom ludzi, jednak – jak wyjaśnia dr Anna Sutowicz – na Śląsku szczególnie wyraźnie swoją obecność zaznaczyły inne choroby, jak na przykład ospa.

Woda, pchły, tłok

 – Potężnym zagrożeniem prócz ospy była kiła, ponadto choroba nazywana „potami angielskimi”, gruźlica, „gorączka błotna”, czerwonka, cholera – mówi. – Te choroby stosunkowo często się pojawiały. Źródłem zakażeń była często woda – w średniowiecznych miastach często bardzo brudna, zwłaszcza woda stojąca, ale i płynąca.

We Wrocławiu dotyczyło to choćby Odry i Oławy z ich odnogami. Aż do XVIII w. rzeki były źródłem zakażeń, zwłaszcza w dolnym biegu – dopóki nie zdano sobie sprawy, że trzeba chronić wodę przed odchodami ludzkimi, dopóki nie pojawiły się odpowiednie regulacje ze strony Rady Miejskiej (zakazujące np. prania w górnym biegu rzeki). Kiedy zorientowano się, że woda jest źródłem zakażeń, bardzo popularne stało się piwo i wino – napoje fermentowane. Do picia zwykłej wody zmuszona była biedota.

A. Sutowicz podkreśla, że nieprawdą jest jakoby w średniowieczu zupełnie nie dbano o czystość w mieście. – Odchody zasadniczo trzymano w specjalnych drewnianych skrzyniach. Powinny być opróżniane regularnie, ale jeśli zawartość się przelewała czy też za długo była trzymana, to mogły stać się źródłem chorób, np. czerwonki – wyjaśnia. – Mówimy często o problemach związanych ze szczurami, ale bardzo wiele chorób przenosiły też pchły, komary. Bardzo duże zagrożenie stwarzało stłoczenie panujące w miastach. Wrocław cierpiał z tego powodu aż do XIX w., kiedy rozebrane zostały mury miejskie. Największe zagrożenie, jeśli chodzi o epidemie, przyniosło nie średniowiecze, ale czasy pruskie – Wrocław był wtedy jednym z najbardziej brudnych, zaniedbanych pod względem higieny miast Europy.

Tomasz z Wrocławia

Wrocławska historyk wspomina, że nie mamy statystyk dotyczących wieków średnich (kroniki mówią jedynie o „wielkiej zarazie”, widzimy na przedstawieniach ikonograficznych procesje biczowników, wielkie pogrzeby, zwożenie ciał). Pierwsze dane, jakie mamy dla Śląska, pochodzą z XVI w. – wtedy nakazano prowadzenie statystyk. Miał je prowadzić w czasie zarazy tzw. fizyk miejski, czyli lekarz odpowiedzialny za stan sanitarny miasta. I tak wiemy, że w latach 80. XVI w. z powodu ospy na ok. 40 tys. mieszkańców Wrocławia śmierć poniosło 9 tys., a w dużo mniejszej Świdnicy w 1582 r. kiła zabiła 23 tysiące mieszkańców. Do jej rozprzestrzeniania się przyczyniały się domy publiczne – w każdym mieście zwykle taki się znajdował.

Epidemie poniekąd przyczyniały się do postępu medycznego. – Ludzie uczyli się na przykład, że ofiary takiego moru należy chować poza miastem, że chorzy powinni być izolowani. Nie jest prawdą, że nie próbowano podejmować środków zaradczych, ani że nie było wyleczeń – dodaje A. Sutowicz. – Ówcześni medycy najczęściej byli wykształceni w Akademii Krakowskiej. Mieliśmy na Dolnym Śląsku znanego medyka – Tomasza z Wrocławia (XIV wiek), autora traktatu medycznego.

W kwestii zapobiegania epidemiom przedstawił sporo propozycji, które rzucają światło na wiedzę medyczną ówczesnych ludzi. – Byli przekonani, że źródłem zarazy jest zepsute powietrze – do czego zaliczano także wyziewy chorych – wyjaśnia. – Starano się wiec tych chorych izolować, koncentrować w miejscach, gdzie otrzymywali opiekę. Wspomniany Tomasz polecał m.in. konkretną dietę dla chorych, wzmacniającą ich organizmy. Zalecał też post – gdy uważano, że jakieś niezdrowe jedzenie mogło komuś zaszkodzić, ruch, masaże, nacieranie maściami. Popularnym środkiem leczniczym było mleko z dodatkiem bursztynu.

Choroby wiązały się często z przykrym zapachem. Radzono sobie z tym okadzając mieszkanie, używając octu różanego – także do przemywania ciała chorego. Dziś wiemy, że niektóre stosowane środki zaradcze – jak rozcinanie guzów przy dżumie czy ospie, puszczanie krwi osłabionym chorym – nie były nieskuteczne, wręcz przeciwnie. Drastycznym środkiem przy wielkich epidemiach było zamurowywanie chorych – z pozostawianiem otworów, przez które podawano im jedzenie.

Pustelnica z Sycylii

– Opiekę nad chorymi z wielkim poświęceniem sprawowały beginki (członkinie swego rodzaju stowarzyszenia religijnego) – wyjaśnia A. Sutowicz. – Przychodziły one do mieszkań chorych zanosząc jedzenie, zapewniając podstawową opiekę. Miały często pewne przygotowanie pielęgniarskie.

Oczywiście ratunku szukano u Pana Boga, podejmując w czasach zarazy wiele praktyk religijnych. – Ludzie uciekali się do świętych uważanych za patronów od różnych schorzeń, jak św. Sebastian czy św. Roch. Popularna stała się w pewnym okresie modlitwa do św. Rozalii – dodaje pani Anna, wspominając o odnalezionych w XVII-wiecznych modlitewnikach specjalnych modlitwach do św. Rozalii. Znajdowały się one obok litanii do św. Jadwigi.

Św. Rozalia to XII-wieczna pustelnica żyjąca w grocie na Sycylii. Jej kult rozkwitł, kiedy w roku 1624 odkryto relikwie świętej. Zgodnie z podaniem, kiedy relikwie zostały odnalezione, ustała zaraza nękająca Palermo i okolice tego miasta. W ten sposób zaczęto ją czcić jako patronkę chroniącą od zarazy.

A. Sutowicz podkreśla, że właśnie XVII wiek, okres wojny 30-letniej, był czasem, kiedy śmierć zbierała obfite żniwo – nie tylko bezpośrednio z powodu działań wojennych, ale i w związku z zarazami, głodem. Choroby roznosili m.in. przemieszczający się żołnierze. Umierali w pierwszej kolejności ludzie biedni, niedożywieni.

– Ludzie mieli świadomość, że w każdej chwili mogą umrzeć. Żyli ze śmiercią „pod rękę” – choć oczywiście próbowali się bronić przed nią, chcieli żyć. Jedni w takiej sytuacji całkowicie oddawali się zabawie, inni szukali ratunku w wierze. Bywało, że religijność przybierała specyficzne formy – wyjaśnia.

Od XIX w. – kiedy pojawiła się wiedza o bakteriach, wynaleziono szczepionki – przeżywano już nieco inaczej zagrożenie chorobami.

Zawsze jednak przypominały one o kruchości życia i ograniczonym wpływie człowieka na swój los. Wielu mobilizowały do solidarności z innymi, do zapobiegliwości, ale i szukania pomocy u Pana życia i śmierci.

Dawne epidemie na Dolnym Śląsku. Wśród chętnie wzywanych patronów św. Rozalia   św. Rozalia w kościele w Sierakowicach. Henryk Przondziono /Foto Gość

 

 

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama