Nowy numer 49/2020 Archiwum

Na Dolnym Śląsku będą leczyć zarażonych koronawirusem lekami na malarię i HIV

- W Japonii i w Chinach wprowadzili to ze skutkiem umiarkowanym, zmniejszającym nieznacznie śmiertelność. Podjąłem decyzję, abyśmy skorzystali z tego także na terenie województwa dolnośląskiego. Być może warto zastosować to dla całego kraju - mówi prof. Krzysztof Simon.

Każdy wirus ma swój specyficzny lek, ale niektóre grupy wirusów posiadają pewne cechy wspólne.

Analizując dane japońskie i chińskie, polscy lekarze chcą wzorować się na krajach Dalekiego Wschodu i leczyć zarażenia koronawirusem wybranymi lekami przeciwko malarii oraz wirusowi HIV.

- W Japonii i w Chinach wprowadzili to ze skutkiem umiarkowanym, zmniejszającym nieznacznie śmiertelność. Podjąłem decyzję, abyśmy skorzystali z tego także na terenie województwa dolnośląskiego. Być może warto zastosować to dla całego kraju. Dzięki uprzejmości Komisji Bioetycznej uzyskaliśmy natychmiastową zgodę. Jeśli wyrażą ją także sami pacjenci, będziemy ich tak leczyć. I zaznaczam, że nie są to doświadczenia na myszach - mówi prof. Krzysztof Simon, dolnośląski konsultant wojewódzki do spraw chorób zakaźnych.

Dodaje, że do Polski spłynęły pozytywne opinie stosowania takich leków, ale populacja chińska czy japońska różni się jednak od polskiej, a zatem nie daje to nam żadnej gwarancji, że w naszym kraj będzie to działać podobnie.

- Jesteśmy trochę przerażeni rozporządzeniem ministra zdrowia, aby hospitalizować pacjentów całkowicie bezobjawowych. To może kompletnie rozłożyć funkcjonowanie służby zdrowia. Nie damy po prostu rady. Ustalono rzecz bezprecedensową w Europie, gdzie przypadki bezobjawowe przebywają po prostu na kwarantannie domowej, co jest bezpieczne i tańsze - uważa prof. Simon.

Przy Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym we Wrocławiu przy ul. Koszarowej 13 marca rozstawiono trzy specjalne namioty dla pacjentów, którzy nie zostaną przyjęci z powodu przepełnienia izby przyjęć. W namiotach przez całą dobę wstępny wywiad przeprowadzą pielęgniarki. Nie będzie tam lekarza.

- Namioty mają zapobiegać kumulacji pacjentów, co jest piętą achillesową polskiej służby zdrowia, a co sprawia, że bardzo łatwo można zarazić się m.in. właśnie koronawirusem. Dziennie do nas trafia 80 pacjentów - mówi prof. Krzysztof Simon

- Prosimy o to, żeby pacjenci przyjeżdżali do nas własnym samochodem, my bierzemy wcześniej numer telefonu i pacjent, gdy już podjedzie pod szpital, czeka we własnym aucie na wezwanie - apeluje Grzegorz Madej, ordynator Drugiego Oddziału Chorób Zakaźnych Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego we Wrocławiu.

Przyznaje, że aktualną bolączką jest długi czas na oczekiwanie wyników badań, co blokuje przyjmowanie kolejnych pacjentów.

- Jeżeli umieszczamy pacjenta na łóżku w sali trzyosobowej, to do momentu wykluczenia zakażenia pozostałe dwa łóżka są nieczynne. Na wyniki czekamy około 1,5 doby. Ta długość hospitalizacji daje się we znaki - wyjaśnia G. Madej.

Wśród zarażonych koronawirusem w szpitalu przy Koszarowej jeden człowiek przebywa na oddziale intensywnej terapii w bardzo ciężkim stanie.

- Tego nie przeskoczymy na razie, ale potrzebujemy rąk do pracy mimo, że nasi koledzy interniści z innych oddziałów nas wspierają dzielnie, i szybkiej diagnostyki - puentuje lekarz chorób zakaźnych.

Jak podaje wojewoda dolnośląski, na terenie województwa dolnośląskie obecnie jest osiem potwierdzonych przypadków zachorowania. Ponad 1120 jest objętych kwarantanną, a prawie 900 nadzorem epidemiologicznym.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama