Nowy numer 2/2021 Archiwum

Kościół żyje nadal!

Może wydawało nam się, że w pandemii wszystko zwolniło. Rzeczywiście – niektóre sprawy tak. Ale nie łaska Boża.

Kościół wrocławski nie tylko nie wyhamował, ale można rzec, że się powiększył i urósł w siłę. Oczywiście, nie da się ukryć, że warunki życia w pandemii koronawirusa utrudniły praktyki religijne. Owszem, odbiło się to na frekwencji w kościołach podczas liturgii i nabożeństw. Ale zachęcamy, by spojrzeć na ten czas nieco inaczej, i podajemy kilka budujących przykładów.

Nasi nowi bracia i siostry

W praktycznie pustym kościele św. Wojciecha po rocznym przygotowaniu Mateusz Siwek przyjął pierwszy sakrament wtajemniczenia chrześcijańskiego. W dobie koronawirusa w Eucharystii uczestniczyło zaledwie troje bliskich nowo ochrzczonego. Ławki świeciły pustkami. Mimo to Msza św. miała podniosły i wyjątkowy charakter.

– W tej szczególnej chwili, kiedy woda chrzcielna spływała mi po głowie, czułem ogromną radość i lekkość. To niesamowite uczucie, które trudno opisać. Człowiek popada w taką zadumę, jakby się metafizycznie zanurzał w Boga. Mam nadzieję, że ta radość będzie mi towarzyszyć przez długie lata – mówi 32-latek. W pewnym momencie swojego życia musiał się jasno określić: albo idzie w jedną, albo w drugą stronę. Do tego rozstaju dróg dotarł właśnie teraz i postanowił na dobre obrać ścieżkę Bożą. Mateusz zaznacza, że droga do chrztu jego zdaniem jest trudna, ale chwili narodzin na nowo nie była w stanie zepsuć nawet szalejąca epidemia. Oprócz Mateusza o. Wojciech Delik OP ochrzcił podczas osobnych liturgii jeszcze trzy osoby, a czwarta, która się formowała w tej grupie, zostanie włączona do Kościoła katolickiego 30 maja w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego w kościele NMP na Piasku.

Nowi kapłani

Kościół wrocławski nie tylko się powiększa, ale także rośnie w siłę. Pandemia nie pokrzyżowała planów franciszkanom. W kościele św. Antoniego na Karłowicach z rąk bp. Jacka Kicińskiego CFM jeden zakonnik przyjął święcenia diakonatu, a trzech – święcenia kapłańskie. Uroczystość na pewno przejdzie do historii prowincji św. Jadwigi. Garstka wiernych, garstka kapłanów, maseczki na twarzach. Na środku kamera, która transmitowała liturgię. Transmisję oglądały tłumy ludzi, którzy nie mogli przyjść do świątyni. – Mieliśmy przygotowane sale, zespoły, restauracje na przyjęcia prymicyjne. Musieliśmy wszystko odwołać – mówi o. Olaf Damian Jankowicz OFM, jeden z trzech neoprezbiterów. Od razu jednak zaznacza, że bardzo ucieszyli się, iż data rozpoczęcia ich kapłańskiej drogi nie została przełożona. Uroczystość była kameralna, w obecności rodziców i rodzeństwa. Nie przyjechali, jak to zwykle bywało, współbracia z całej prowincji. Swoje Msze prymicyjne młodzi ojcowie odprawili w niewielkiej kaplicy, a nie tak jak zazwyczaj – uroczyście w parafiach rodzinnych. Niektórzy żartowali, że neoprezbiterzy mogą sobie teraz okleić pokój obrazkami prymicyjnymi, bo dużo im przecież zostało. – Przyjęliśmy wszystko ze spokojem. Trzeba nam szczególnie teraz ufać Bogu. Jesteśmy w Jego rękach. Tak to sobie zaplanował. Nie chcieliśmy przekładać tej jakże ważnej życiowej chwili, bo nie mamy przecież pewności co do przyszłości. A tak – już teraz możemy sprawować Najświętszą Eucharystię, czyli służyć najpiękniej, jak się da – uzasadnia o. Olaf. Inny wyświęcony franciszkanin, o. Bazyli Baucza, wyjechał już na Opolszczyznę, by posługiwać siostrom zakonnym prowadzącym Dom Pomocy Społecznej.

Nowe małżeństwa

Miał być reprezentacyjny ślub i wystawne wesele na 120 osób. Tymczasem małżeństwo zaczęło się od Mszy św., na której modliło się osiem osób. Para młoda, świadkowie i rodzice z obydwu stron. Maciej i Ewelina Olejnikowie nie przełożyli najważniejszej życiowej przysięgi na później, bo dla nich najbardziej liczył się sakrament. – Od początku naszej wspólnej drogi mówiliśmy, że wesele to sprawa dodatkowa, bo najistotniejsze dokona się między nami przed ołtarzem. I Bóg powiedział nam: „sprawdzam” – przyznaje Ewelina Olejnik. Po ludzku niełatwo było im się pogodzić z warunkami, jakie postawiła im pandemia. Pojawił się żal podczas trudnych rozmów, ale później przyszło ukojenie. Dominikański kościół św. Wojciecha dawał spore możliwości – mogli zaprosić 85 osób. Nie skorzystali z komfortowego limitu. Nie chcieli ściągać dodatkowego niebezpieczeństwa na swoją rodzinę oraz na ojców dominikanów. Bliscy, rodzina i przyjaciele oglądali Mszę św. poprzez transmisję na żywo w internecie. – W jakimś momencie walki o nasz ślub powiedziałam do Macieja: zobacz, wszystko upada, a my dalej stoimy, wszystko wokół, z weselem włącznie, zostało zniszczone, ale nie zmieniło się najważniejsze: nasza miłość. Na tym chyba właśnie polega budowanie na skale! – podsumowuje panna młoda. Karolina i Tomasz Tomczykowie, związani z duszpasterstwem „Maciejówka”, wzięli ślub w praktycznie pustym kościele pw. św. Macieja, w maseczkach i jeszcze w czasie ograniczenia ilości uczestników liturgii do 5 osób. – Udało nam się przeżyć ten dzień jako nasze święto. Nie żałujemy, że tak to wszystko wyglądało i że nie odwołaliśmy wydarzenia. Cieszymy się naszym doświadczeniem i sobą nawzajem. Ten dzień był wyjątkowy, ale nie ze względu na koronawirusa – mówią zgodnie. A co po uroczystej Mszy św.? Młodzi zamiast na salę weselną udali się do… ogródka działkowego babci Tomka. – Tam mogliśmy ściągnąć maseczki i udało się zrobić minisesję zdjęciową – puentuje Karolina.

Domowa świątynia

O tym, że wielką łaskę można przyjąć we własnym domu, opowiadają Michał i Natalia Jankowscy z 14-letnim stażem małżeńskim. Jak określają, doświadczali wspaniałego efektu epidemii. – Od kiedy trwa ta społeczna kwarantanna, odkryliśmy ogromną moc modlitwy domowego Kościoła. Zaczęliśmy regularnie odmawiać Koronkę do Bożego Miłosierdzia i Różaniec. Zapalamy świece, stawiamy krzyż na środku stołu. Dbamy o skupienie. Czytamy powoli rozważania, staramy się je analizować. Nie ma pośpiechu. Wygospodarowujemy najefektywniejszy czas dnia dla naszej rodziny – oświadcza mąż i ojciec dwójki dzieci. Żona dodaje, że tego im wcześniej bardzo brakowało. Pojawiała się wymówka: „Nie ma kiedy”. – I nie chodzi o modlitwę tuż przed spaniem, gdy myślami jesteś w poduszce i pod kołdrą. Koronawirus odsłonił przed nami piękno prostej, tradycyjnej rozmowy z Bogiem w domu. Takie zwyczajne, bez nadmiernej egzaltacji, ale o wielkiej sile działania – opisuje Natalia. Obydwoje zauważyli, że tym chwilom towarzyszy łagodność, cierpliwość, przebaczenie codziennych zranień, czułość. – Nawet jeśli Jezus jeszcze nigdy cię nie dotknął albo jeśli dotykał cię regularnie, zawsze możesz podejść do Niego kolejny raz, na nowo. Tak jak u nas w domu – podsumowują wrocławianie. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama