Nowy numer 42/2020 Archiwum

W habicie i kombinezonie

Z posługą sakramentalną i przy maszynie do szycia, przy łóżkach chorych i w kaplicach. Siostry zakonne i zakonnicy towarzyszą chorym w czasie epidemii na wszelkie możliwe sposoby.

Zaczynali zwykle na kolanach. – Pierwsza inicjatywa, którą podjęłyśmy, nawiązywała do włoskiej idei całodobowej modlitwy Różańcem – mówi s. Ewa Jędrzejak, boromeuszka. Siostry i bracia odpowiedzieli natychmiast na prośby biskupów o codzienną modlitwę w intencji ustania epidemii. Jednocześnie zakasali rękawy.

Nie zostaje w domu

O. Ezechiel Adamski OFM, kapelan Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego przy ul. Kamieńskiego we Wrocławiu, jest gotów do działania. W razie nagłej potrzeby – przez całą dobę. W normalnej sytuacji może chodzić po szpitalu, odwiedzać chorych. Podczas epidemii dociera do nich tylko na wezwanie. – Większość czasu spędzam w kaplicy, modląc się za pacjentów, za personel – mówi. Kiedy idzie z posługą do chorego, musi stosować dodatkowe środki bezpieczeństwa, często specjalny kombinezon. Wszystko, co ze sobą zabiera, jak kustodia, bursa, podlega potem dokładnej dezynfekcji. Dodaje, że na prośbę personelu w kaplicy szpitalnej odprawiane są obecnie dwie Msze św. dziennie – o 6.30 i o 18.00, by każdy mógł na którąś zdążyć. Odmawiana jest Koronka do Bożego Miłosierdzia, wieczorem trwa adoracja, Różaniec za personel szpitala. Jak przeżywają swoją sytuację osoby chorujące z powodu koronawirusa? – Zawsze człowiek przychodzący do szpitala znajduje się w sytuacji jakiegoś zakrętu życiowego – wyjaśnia kapelan. – Ludzie mają tu więcej czasu na rozmyślanie, rodzą się w nich refleksje na temat przemijania. Kapłan musi być do dyspozycji, gotów do rozmowy, towarzyszenia – także personelowi, który pracuje często w ogromnym stresie.

Na ratunek DPS-om

Charyzmat niektórych zgromadzeń związany jest wprost ze służbą chorym (jak u bonifratrów). Prowadzą własne placówki opiekuńcze, ZOL-e, ale osób konsekrowanych nie brak także w „świeckich” instytucjach. S. Jana Gabriel pracuje np. jako lekarz w trzebnickim szpitalu. Zakonnicy z całej Polski zgłaszają się jako wolontariusze do domów pomocy społecznej, w których w czasie epidemii zabrakło rąk do pracy. W naszej archidiecezji w taką formę służby potrzebującym zaangażowały się np. felicjanki. Siostry Cecylia z Oleśnicy i Miłosza z Wrocławia pojechały do pracy w Domu Opieki w Myszkowie. Jako wolontariusz do DPS-u dla osób przewlekle psychicznie chorych w Lublińcu trafił m.in. ks. Maciej Szeszko SDS z Trzebnicy, dyrektor Ruchu Młodzieży Salwatoriańskiej. Panowała tam bardzo trudna sytuacja. Część personelu przebywała na kwarantannie, część na zwolnieniach. – Tam, gdzie trafiłem, dwie panie pracowały 10 dni i nocy bez żadnej zmiany – mówi. Jakaś osoba z kadr przyszła im z odsieczą, by trochę pomóc… Bardzo się ucieszono z naszego wsparcia. Oprócz mnie jest tu jeszcze jeden salwatorianin, Wojciech, i oblat Sylwester. Wśród naszych obowiązków są karmienie, mycie, różne higieniczne czynności. Mamy 12-godzinne dyżury. Będziemy tutaj przez 2 tygodnie. W DPS-ie w Lublińcu przebywają mężczyźni z różnymi schorzeniami psychicznymi, zarówno starsi, jak i młodsi, których problemy zaczęły się np. po zażywaniu dopalaczy. – Są tu osoby z bardzo trudnymi historiami – mówi ks. Maciej, wspominając o doświadczeniu spotkania z ogromem ludzkiego cierpienia.

Wielkie szycie

Pani Katarzyna pracująca w szpitalu przy ul. Koszarowej we Wrocławiu zwróciła się do ks. Arkadiusza Krziżoka, dyrektora wydziału duszpasterskiego kurii, z prośbą o pomoc w znalezieniu osób, które podjęłyby się szycia masek dla jej placówki. S. Dorota Zamojska, referentka diecezjalna ds. zakonów żeńskich, przekazała tę prośbę poszczególnym zgromadzeniom. Mnóstwo sióstr natychmiast odpowiedziało na apel. Niektóre zresztą, jak się okazało, już wcześniej szyły maski – czy to dla podopiecznych prowadzonych przez siebie placówek, czy dla innych osób. Jako jedne z pierwszych do pracy przystąpiły boromeuszki. – Nasze zgromadzenie właściwie „wyrosło” z epidemii – wyjaśnia s. Ewa Jędrzejak. – Powstało w czasie wojny 30-letniej, kiedy szalały różne zarazy. Nasz świecki założyciel Józef Chauvenel oddał swoje życie jako 31-letni człowiek, służąc w Lotaryngii osobom zarażonym. Nasz patron św. Karol Boromeusz największą miłość mediolańczyków zdobył w czasie zarazy. Gdy możnowładcy opuścili ludzi, pouciekali z miasta, on chodził od domu do domu, opiekując się osobami starszymi, zarażonymi. To dla nas wyzwanie.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama