Nowy numer 43/2020 Archiwum

Mały rycerz Niepokalanej

Jak błogosławić Boga, kiedy życie twojego nowo narodzonego dziecka jest poważnie zagrożone? Tak, jak Anna i Maciej.

Anna i Maciej Barszczewscy przeszli bardzo trudną próbę już na początku swojej drogi małżeńskiej. Kiedy stan ich synka Józefa drastycznie się pogarszał, a lekarze przewidywali najgorsze, oni postanowili wypełnić słowa św. Pawła Apostoła z Listu do Tesaloniczan: „Nieustannie się módlcie. W każdym położeniu dziękujcie. Taka jest bowiem wola Boża w Chrystusie względem was”.

Ciążowa sinusoida

Dwie kreski na teście i taniec szczęścia. W łonie Ani poczęło się pierwsze dziecko, jednak radość nie trwała długo. Na drugi dzień młoda mama znalazła się z krwawieniami w szpitalu. Ciąża zyskała status zagrożonej. Pewnej nocy 24-latka zobaczyła wokół siebie wielkie skrzepy krwi. Pielęgniarki oświadczyły, że to poronienie. Lekarz na drugi dzień stwierdził, że ciąża się utrzymała, ale, jak określił, „to dla pani niezbyt dobrze”. – Wróciliśmy wtedy z Mazur, gdzie się przeprowadziliśmy wcześniej, do Wrocławia. Tutaj trafiliśmy pod opiekę bardzo dobrego lekarza – wspomina Anna Barszczewska. Problemy jednak dopiero nadchodziły. Na macicy zrobił się krwiak, potem obrzęk, który zagrażał dziecku. Następnie pojawiły się nieprawidłowości z przeziernością karkową, padły podejrzenia o poważne choroby genetyczne. Stwierdzono także lekką wadę serca. Druga połowa ciąży przebiegała spokojnie, choć Barszczewscy byli świadomi ewentualnych komplikacji. Poród okazał się niezwykle ciężki. Anna straciła bardzo dużo krwi. U Józia zdiagnozowano tachykardię. – Pamiętam, że podano mi go na moment, dosłownie na minutę, a potem zabrano do badań. Ja zaczęłam słabnąć. Musiałam mieć przetaczaną krew – wspomina Anna. Od drugiej doby Józio był już przy mamie. Dostał 10 punktów w skali Apgar. Cierpiał na ubytek międzykomorowy, ale nie było to nic bardzo poważnego.

Anioły i chrzest

Sytuacja zmieniła się w drugiej dobie życia, kiedy chłopiec zaczął wyraźnie słabnąć. Po badaniach Anna usłyszała od kardiologa, że wada jej syna jest bardzo rzadka i poważna. Potrzebna była szybka operacja, której Józio mógł nie przeżyć. Nastąpiły godziny i dni obserwacji oraz wielkiego niepokoju. Młodzi rodzice zaczęli zabiegać o chrzest wobec niepewnej przyszłości synka. – To był cud, że udało się go zorganizować, w dodatku w okresie pandemii. Spotkaliśmy na swojej drodze w szpitalu przy ul. Kamieńskiego we Wrocławiu prawdziwych aniołów. Właśnie 13 maja podczas chrztu pierwszy raz zobaczyłem syna. Nie miałem możliwości spędzić z nim zbyt dużo czasu – mówi Maciej Barszczewski. Z żoną uważają tę datę za zupełnie nieprzypadkową. Od początku problemów zdrowotnych powierzyli Józia Matce Bożej. – Nie mogłabym sobie wyobrazić piękniejszego przyjęcia sakramentu wtajemniczenia chrześcijańskiego – stwierdza dziś Anna. 19 maja chłopiec przeszedł bardzo ciężką, prawie 8-godzinną operację. W tym czasie stracił praktycznie całą krew, którą miał w organizmie, ale lekarzom udało się go uratować. Przez trzy dni leżał z otwartą klatką piersiową w śpiączce farmakologicznej, ponieważ jego narządy były bardzo opuchnięte. Rodzice przez cały tydzień nie mogli zobaczyć dziecka. Ania dowoziła pokarm pod drzwi oddziału intensywnej terapii. Dzisiaj jego sytuacja jest stabilna. Oddycha już samodzielnie, a serce zaczęło prawidłowo funkcjonować. Zagrożenie życia minęło.

Wtedy przyszedł pokój

W tej po ludzku tragicznej sytuacji młode małżeństwo odnalazło wielki spokój. Nadszedł wraz z modlitwą i pełnym zawierzeniem. – Od początku nazwaliśmy Józia małym rycerzem Niepokalanej. Przez ten czas towarzyszył nam Różaniec. Mój synek nauczył mnie tego, kim naprawdę jest Maryja. Odczułam na swojej rodzinie piękne owoce modlitwy różańcowej, której wcześniej nie rozumiałam – opowiada 24-latka. Jej mąż podkreśla, że w tym wszystkim najważniejszy był Bóg. – Pokój przyszedł wtedy, gdy zaczęliśmy zawierzać Józia Matce Bożej i naszym świętym patronom. Jeżeli ofiarowaliśmy syna Najwyższemu, nie walczyliśmy z Jego scenariuszem, tylko zaufaliśmy całym sercem – mówi. – Zadzwoniłam do Maćka w krytycznym momencie, a on powiedział wtedy: błogosławmy Boga w każdej sytuacji, jakikolwiek czeka nas finał. On ma najlepszy plan. Wtedy przyszło ukojenie – przyznaje żona. – Po chrzcie miałem przeświadczenie, że nawet gdyby Józio odszedł z tego świata do Boga, szczerze powiedziawszy, byłbym szczęśliwy – dodaje mąż i ojciec. Dzisiaj zaledwie roczne małżeństwo Barszczewskich chciałoby zachęcić wszystkich, których spotyka niespodziewany problem, którym świat się wali na głowę, by nie bali się prosić innych o modlitwę. – Ona nie pozostaje bez echa, może zdziałać cuda. Jak u nas – podsumowują zgodnie.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama