Nowy numer 43/2020 Archiwum

Przeżyli piekło i przyjechali tutaj

We Wrocławiu odnajdziemy bardzo wyraźne ślady pierwszego transportu Polaków do Auschwitz, który wyruszył z Tarnowa w czerwcu 80 lat temu.

Wydawać by się mogło, że ten fragment okrutnej historii II wojny światowej nie dotyczy stolicy Dolnego Śląska. Ale nawet tutaj można złożyć hołd umęczonym w niemieckim obozie koncentracyjnym Auschwitz-Birkenau. Miejscami pamięci są groby trzech więźniów z pierwszego transportu na cmentarzach Osobowickim i Grabiszyńskim. Ich historie okazują się niezwykłe.

On był pierwszy

Niewielu wrocławian zdaje sobie sprawę, że w ich mieście żył, działał, zasłużył się i zmarł pierwszy polski więzień KL Auschwitz. To Stanisław Ryniak, który otrzymał numer obozowy 31 (ale numery od 1 do 30 przyporządkowano niemieckim kryminalistom). Ryniak w Oświęcimiu przebywał do października 1944 roku, potem został przeniesiony do KL Flossenbürg, gdzie doczekał wyzwolenia. W 1947 roku rozpoczął studia na Wydziale Architektury Politechniki Wrocławskiej. Ukończył je z tytułem magistra inżyniera architekta. – Przeżył obozowe piekło, ale zachował w sobie tyle energii oraz witalności, że zaangażował się mocno w odbudowę Wrocławia – mówi Jarosław Kresa, wicewojewoda dolnośląski. Stanisław Ryniak był pracownikiem Centralnego Biura Budownictwa Miejskiego. Pełnił funkcję kierownika biura projektowego oraz kierownika inwestycji w Sądzie Wojewódzkim. Pracował jako biegły sądowy. Zmarł w 2004 roku i spoczął na cmentarzu Osobowickim. Kolejny trop wiedzie do Tadeusza Srogiego, pochowanego na cmentarzu Grabiszyńskim. W Auschwitz otrzymał numer obozowy 178. W 1944 roku został przeniesiony do obozu KL Flossenbürg. Przetrwał. Po wojnie zamieszkał we Wrocławiu, pracował w fabryce PaFaWag do czasu przejścia na emeryturę. Był bardzo zaangażowany w działalność Polskiego Związku Byłych Więźniów Politycznych Hitlerowskich Więzień i Obozów Koncentracyjnych. Zmarł w 2009 roku.

Duchowa tarcza

Śp. Jerzy Jaroch leży na Osobowicach. Numer obozowy 376. – Stryj Jurek był bardzo skromnym człowiekiem i po wojnie nie chciał dzielić się swoimi przeżyciami sześciu lat piekła, nie tylko Auschwitz, ale także Mauthausen oraz Neuengamme. Najwięcej informacji wydobyła od niego moja mama, która jest autorką rodzinnej opowieści o nim – mówi Andrzej Jaroch, siostrzeniec więźnia. Pod koniec wojny, w maju 1945 roku, wyniszczony trzema obozami Jerzy przebywał na statku Cap Arcona w Zatoce Lubeckiej razem z trzema tysiącami innych więźniów. Hitlerowski okręt został zbombardowany przez aliantów. Zginęło 90 procent pasażerów. Polak jako jeden z 300 ocalał. Po wojnie zamieszkał we Wrocławiu. – Mój stryj jest dowodem na to, że przetrwać takie piekło może osoba, która posiada duchową tarczę obrony przez odczłowieczeniem – stwierdza 71-latek. Ma na myśli głęboką wiarę w Boga, która okazywała się silniejsza od zbrodniczego systemu. Jej doskonałym przykładem może być św. Maksymilian Kolbe. Jerzy Jaroch został wychowany przez pobożną mamę w duchu katolickim. – Ona się gorliwie za niego modliła i nauczyła także jego głęboko wierzyć, że Bóg ma moc, by go ocalić. To było podstawą jego siły przetrwania, którą zademonstrował w praktyce, walcząc o każdy dzień – opowiada A. Jaroch. Grób Jerzego Jarocha został specjalnie oznaczony w ramach akcji „Ocalamy”, organizowanej przez IPN oraz wojewodę dolnośląskiego. Akcja ma przypominać o osobach zasłużonych dla Polski na drodze jej walki o niepodległość.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama