Nowy numer 32/2020 Archiwum

Podwójne ozdrowienie

– Jezus przyszedł do mnie mimo drzwi zamkniętych. W izolatce, podczas zakażenia koronawirusem – mówi wrocławianka, która po dwudziestodniowej walce zwyciężyła COVID-19.

Jestem osobą wierzącą, a jednocześnie wielkim grzesznikiem. Dzisiaj wiem, że niczym nie zasłużyłam sobie na wielką łaskę, którą otrzymałam od Boga, przechodząc tę chorobę. Wcześniej pielgrzymowałam do wielu świętych miejsc, uczęszczałam często na adorację, należę także do wspólnoty modlitewnej „Miriam”. Szukałam Boga, ale nigdy w swoim sercu. A Jezus przyszedł do niego właśnie wtedy, w ciągu 20 dni w izolatce, mimo drzwi zamkniętych, kiedy się Go najmniej spodziewałam.

Najpierw świat runął

Nazywam się Teresa Dykier. W połowie marca okazało się, że jestem zakażona koronawirusem. W pewnym momencie zaczęłam silnie gorączkować (39 stopni Celsjusza), utraciłam węch i smak. Miałam problemy z jedzeniem. Byłam bardzo osłabiona, nie mogłam chodzić. 15 marca wezwałam pogotowie. Ratownicy przyjechali i stwierdzili, że mogę sama dojechać do Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego im. J. Gromkowskiego we Wrocławiu, bo mieszkam niedaleko i mam własny środek transportu. Trasa, choć krótka, okazała się niezwykle trudna. Dzisiaj wiem, że był to początek drogi krzyżowej, którą przeszłam z Panem Jezusem. W szpitalu wykonano test, a że miałam choroby współistniejące (w grudniu bardzo poważnie zachorowałam), od razu pozostawiono mnie w szpitalu ze względu na duże zagrożenie życia. Pamiętam noc oczekiwania na wynik, samotnie, w izolatce, ze świadomością, że muszę być gotowa na wszystko. Bałam się, nie miałam sił, płakałam, leżąc na łóżku. Patrzyłam na krzyż, który wisiał nad drzwiami. Stwierdziłam wtedy jedynie: „Panie Jezu, jesteś tu ze mną”. Na drugi dzień ogłoszono wynik – był dodatni. Mój świat runął. Bóg zburzył wszystko to, co sobie wcześniej po ludzku zbudowałam. Byłam w trakcie podejmowania różnych życiowych decyzji. I nagle przez koronawirusa nastąpił totalny zwrot akcji.

Zapach bułki z masłem

Pod dwóch dniach izolacji przeniesiono mnie do sali z osobą, która także miała dodatni wynik. Dziś wiem, że spotkałam anioła – Barbarę z Legnickiego Pola, z którą leżałam w szpitalu 18 dni. Ta kobieta była bardzo podobna do mojej babci, więc polubiłam ją z całego serca. Stałyśmy się sobie bardzo bliskie, niczym bratnie dusze. W tym czasie przechodziłam gehennę. Nie jadłam i nie piłam. Mój organizm nie przyjmował wody, wymiotowałam, nie wstawałam z łóżka, nie mogłam patrzeć na jedzenie ani myśleć o nim, miałam wysoką temperaturę. Pierwszy tydzień okazał się najtrudniejszy. Nigdy nie zapomnę momentu, gdy po tym czasie ugryzłam pierwszą bułkę z masłem. Płacząc, dziękowałam Bogu, że poczułam ponownie zapach masła i pieczywa. Bałam się, że już nigdy nie rozpoznam zapachu, że nic nie przełknę. Gdy teraz o tym mówię, zauważam, że ta historia zaczęła się wcześniej. W Wielkim Poście ojciec proboszcz poprosił parafian, byśmy pościli chociaż przez jeden dzień za grzeszników. Wtedy zapragnęłam to uczynić, ale z powodu ciężkiej choroby zażywałam cztery antybiotyki i musiałam dostarczać organizmowi posiłki. Jak się wkrótce okazało, po zakażeniu w szpitalu nic nie jadłam i nie piłam przez… 7 dni. Ofiarowałam to właśnie za grzeszników i dziękowałam Bogu, że mogę się przyłączyć do parafialnego postu. Będąc w szpitalu, myśląc o śmierci, przypomniałam sobie swoją ostatnią spowiedź i Komunię Świętą. Najbardziej w tej izolacji brakowało mi sakramentów. Uświadomiłam sobie, że już nic nie mogę zrobić, i wtedy pomyślałam: „bądź wola Twoja”. Przechodziłam ogromne cierpienie, pokazywały mi się moje grzechy. Czy ja naprawdę myślałam, że Pana Boga można w nieskończoność obrażać? Najtrudniejszy moment przyszedł wtedy, kiedy leczący mnie profesor stanął nad moim łóżkiem, rozłożył ręce i kręcił głową, jakby chciał mi powiedzieć, że jest bezradny wobec tej tragicznej sytuacji.

Jasne znaki

Pewnego dnia zapytałam Basię, czy zechce ze mną oglądać transmisje Mszy św. przez internet z naszej parafii. Zgodziła się. Już podczas pierwszej transmisji Eucharystii przy Przeistoczeniu pierwszy raz w życiu zapłakałam sercem i prosiłam, by Jezus do niego przyszedł. Przeżyłam wewnętrzne uzdrowienie za sprawą Przenajświętszej Ofiary. Nie znałam mojej współlokatorki, ale nie miałam obaw czy wstydu przed nią. Po prostu błagałam. Nastąpił przełom. Chrystus przyszedł, jak mówi Pismo Święte, mimo drzwi zamkniętych. Wtedy podwójnych, od izolatki. Od tamtej pory zaczęłyśmy się z Basią codziennie modlić, zaadoptowałyśmy dzieci nienarodzone, odmawiałyśmy Anioł Pański, Koronkę do Miłosierdzia Bożego, wieczorami uczestniczyłyśmy we Mszy św. wirtualnie, a przed snem jeszcze modliłyśmy się na różańcu. Pewnego dnia przyniesiono nam kolację pod drzwi. Kiedy wzięłam chleb w ręce, nagle poczułam w sercu, że to Pan Jezus. Całowałam ten kawałek pieczywa, a Chrystus dawał mi znać, że jest z nami w tym niezwykle trudnym momencie. Innym razem z kolei Basia wstała, w oknie zobaczyła kilkadziesiąt karetek przywożących ludzi. Był środek pandemii. Zaczęła nucić pieśń religijną, której słuchałyśmy dzień wcześniej, i uwielbiać Boga. Zaczęłyśmy się radować. Do naszych serc zawitał pokój. W chorobie Bóg dawał mi różne znaki. Co kilka dni moja siostra przynosiła zakupy. Bałam się nocami tej przenikliwej ciemności w pomieszczeniu i zwierzyłam się Basi, że przydałaby się mała lampka. Po kilku dniach dostarczyła mi ją siostra, zupełnie nie wiedząc o moim pragnieniu. Mówiła mi, że coś ją tknęło, że chciała mi sprawić radość. I sprawiła, przynosząc światło do mojej izolatki. Przechodziłam też moment żalu i złości, bo chciałam, żebyś ktoś przyszedł z Najświętszym Sakramentem pod szpital, gdzie przebywa tylu ludzi umierających. Sama zaś pragnęłam tylko pomachać Panu Jezusowi. Wtedy zadzwonił kolega z podstawówki, który po prostu chciał mnie zobaczyć, więc przyszedł pod szpital. Pomachał mi, co bardzo dodało mi otuchy. To Bóg przyszedł w drugim człowieku. Miewałam różne lęki w nocy. Raz długo nie mogłam zasnąć, chciałam uciec ze szpitala, a przecież pilnowali nas policjanci. Prosiłam wtedy Maryję, by schowała mnie pod swój płaszcz. Basia na drugi dzień rano śmiała się ze mnie, że tak chrapałam, że nie mogła mnie dobudzić. Matka Boża też w tym wszystkim ze mną była.

Wszystko jest po coś

Ja wiem, że otaczano mnie gorliwą modlitwą w walce z COVID-19. Moja przyjaciółka codziennie przez ten czas przyjeżdżała pod szpital i odmawiała Różaniec. Wzruszało mnie to, jak pięknie Jezus ukochał mnie w ludziach. Między innymi w moim proboszczu, który codziennie mnie wspierał modlitwą i ciepłym słowem w SMS-ach, w moim mężu, synu i synowej oraz w innych osobach, np. z mojej wspólnoty. To dawało nadzieję. Dzień, w którym wyszłam ze szpitala, był jednym z najpiękniejszych w życiu. Opuściłam izolatkę chwilę przed Wielkim Tygodniem, niestety z wynikiem dodatnim, więc musiałam być dalej zamknięta w moim domowym pokoju. I wtedy… przeżyłam najpiękniejszy Wielki Tydzień. Modliłam się z Jezusem. Byłam z nim w Ogrójcu, w Ciemnicy. On zmartwychwstał w moim sercu jak nigdy dotąd.

Niepowtarzalne doświadczenie

Dzisiaj wiem, że ta choroba, to cierpienie wydarzyły się po coś. Dzięki temu weszłam na drogę nawrócenia i spotkałam realnego, żywego Chrystusa, który przy mnie był, zabrał mi lęk i prowadził mnie. Teraz mówię o sobie, że jestem cudem Miłosierdzia Bożego, bo Pan Bóg dał mi nowe życie. Basia, wychodząc ze szpitala, zadzwoniła do mnie, stwierdzając: „To był najpiękniejszy czas w moim życiu. Nie pamiętam, kiedy się tak dużo modliłam”. W ogromie tego chaosu na zewnątrz, my przechodziłyśmy swoje w ciszy, na pustyni, na której znalazłyśmy pokój serca, radość i ogromną nadzieję. Pokonałam koronawirusa z Bogiem i z ludźmi, których mi zesłał.

Bądź wola Twoja

Bardzo ważne są dla mnie dzisiaj słowa z Modlitwy Pańskiej: „Bądź wola Twoja”. Bałam się, że to naprawdę mój koniec, a Pan Bóg chciał inaczej. Przeżyłam ozdrowienie fizyczne, ale też ozdrowienie duszy poprzez miłosierdzie Boże. Ta przemiana ciągle trwa. Trwa uzdrawianie. Całkiem inaczej postrzegam świat po chorobie. Kiedyś słyszałam, że w cierpieniu i bólu rodzi się piękno, lecz dopiero teraz to zrozumiałam. Doświadczyłam, więc zaświadczam. Pan Bóg dopuścił tę chorobę, żebym w izolatce spotkała żywego Jezusa.•

COVID-19 w liczbach (stan na 29.06.2020)

Liczba potwierdzonych przypadków zachorowania na COVID-19 na terenie województwa dolnośląskiego: 2913. Liczba osób wyleczonych z COVID-19 w województwie dolnośląskim: 2255. Liczba osób objętych kwarantanną lub izolacją: 1315. Liczba osób objętych nadzorem epidemiologicznym: 405. Liczba osób hospitalizowanych ze względu na podejrzenie lub potwierdzenie zachorowania na COVID-19: 183.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama