Nowy numer 32/2020 Archiwum

Ogień zabrał dom, ale nie wiarę

Rodzina Gołębiowskich od pięciu lat przyjmowała i gościła w Wierzbicy Dolnej pielgrzymów idących na Jasną Górę. W tym roku to pątnicy mogą pomóc swoim dobroczyńcom.

Pewnego dnia zaprzyjaźniona kobieta zapytała Irenę i Krzysztofa, czy przyjmą u siebie w Wierzbicy Dolnej uczestników Pieszej Pielgrzymki Wrocławskiej. Zgodzili się, choć inaczej sobie to wszystko wyobrażali.

Życiowe promyki

– Nastawiliśmy się, że przyjdą, wykąpią się, zjedzą i pójdą. Nie sądziłam, że zapraszając ich do swojego domu, rozpoczniemy nowy etap w naszym życiu. Nie wiedziałam, że w ten sposób można nawiązać tak wspaniałe i bliskie relacje – mówi dziś Irena Gołębiowska. Na czele pątniczej grupki stał o. Jacek Kiciński, który wtedy jeszcze nie był biskupem. – Potem, na drugi rok, także przyszedł, już jako biskup, ale tak samo skromny, empatyczny, uśmiechnięty – uśmiecha się pani Irena.

Pielgrzymi zostali ugoszczeni po królewsku i chętnie zaglądali podczas kolejnych wakacji. Oczekiwano ich jak najlepszych gości, a dzień ich przyjścia stawał się wielkim świętem dla rodziny z Wierzbicy Dolnej. – Myśleliśmy, że my coś dla nich robimy, ale okazało się, że to oni dają nam coś cenniejszego. Wchodzili do naszego domu jak promyki. Ożywiali i rozświetlali nasze życie. Zawsze byli pełni wigoru i szczęścia – opisuje pani Irena.

Efekt gościnności

Elżbietanka siostra Maria lubiła gotowaną kukurydzę, a biskup Jacek mówił, że jemu to tylko ziemniaczka i maślankę, ale państwo Gołębiowscy zawsze suto zastawiali stół. Znali już także preferencje pątników i przygotowywali to, co pielgrzymi bardzo lubili. – Mogę mówić o takich gościach tylko w superlatywach. Znają nas po imieniu, wiedzą o naszych problemach. To, o czym rozmawialiśmy przed rokiem, wspominali następnym razem. Znali szczegóły naszego życia. Nie byliśmy dla nich ludźmi z przypadku, a my traktowaliśmy ich jak rodzinę – tłumaczy pani Irena.

Z dużym sentymentem wspomina rozmowy do późnych godzin z biskupem Jackiem Kicińskim, który mimo zmęczenia wysłuchiwał, służył radą, a potem pamiętał o troskach i problemach. – Pielgrzymkowe znajomości pomogły naszych córkom we Wrocławiu. Znalazło się dla nich mieszkanie, a potem praca. Utworzył się cały łańcuszek łask – przyznaje żona i matka. Nie spodziewała się takiego życiowego efektu. – A tu tyle się wydarzyło przez te lata. I mam nadzieję, że będzie się wydarzać dalej, choć nie wiemy, jak się to teraz potoczy…

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama