Nowy numer 39/2020 Archiwum

Jak mąż z żoną i trener z zawodniczką

Wrocławska młodzież podczas rekolekcji Oazy Nowego Życia I stopnia w Szklarskiej Porębie miała okazję spotkać się z lekkoatletką, reprezentantką i mistrzynią Polski - Justyną Korytkowską oraz jej mężem i trenerem - Andrzejem Korytkowskim.

Małżeństwo z Łomży przebywało wtedy akurat w tym samym mieście na obozie sportowym i mieszkało niedaleko oazowiczów.

Co ciekawe, 13-krotna medalistka mistrzostw Polski i rekordzistka kraju w biegu godzinnym w czasach swojej młodości jeździła na rekolekcje Ruchu Światło–Życie i formowała się w oazie.

– Jeśli jest taka wola Boża, wierzymy w kolejne sukcesy Justyny. Dla Niego nie ma rzeczy niemożliwych – mówił na początku Andrzej Korytkowski. Jego małżonka rozpoczęła opowieść od swoich pierwszych kroków w sporcie, które stawiała w szkole podstawowej podczas tzw. "czwartków lekkoatletycznych".

W ostatnich klasach podstawówki należała zaś do oazy. Skończyła formację na pierwszym stopniu oazowym.

– Pamiętam, że jeździliśmy do Białego Dunajca na rekolekcje. Tam zrozumiałam, że kocham sport i tam odnalazłam swój kierunek w życiu. Na pewno na oazie odszukałam siebie, po części ukształtowała mnie jako człowieka. Pozwoliła mi też przetrwać młodzieńczy kryzys, który przechodziłam w ósmej klasie. Wtedy wszystko poszło w odstawkę, nawet sport – opowiadała J. Korytkowska.

Ale, jak dodała, ten buntowniczy okres okazał się potrzebny.

– Zawsze w życiu towarzyszył mi Pan Bóg. W sukcesach i w porażkach. Tych mniejszych i większych. Mając 17 lat przybiegłam ostatnia w biegu na 800 metrów podczas mistrzostw Polski. Wbiegłam na metę 20 metrów za przedostatnią zawodniczką. Wyobrażacie sobie, jakie to może być dołujące i demotywujące? Ale wkrótce mój trener, a teraz także mąż, odkrył, że jednak sprawdzam się na dłuższych dystansach – stwierdziła lekkoatletka.

Później jej kariera potoczyła się bardzo dobrze, chociaż, jak to sportowiec, borykała się z kontuzjami. Było ich już 26. Z tego powodu przeszła sześć poważnych operacji.

– Gdy decydujemy się uprawiać sport wyczynowy, to trzeba się z tym liczyć. W końcu znalazłam się na zgrupowaniu sportowym w Szwajcarii. Wcześniej urodziłam córeczkę i wracałam do sportu pełna energii. Jechałam więc do Szwajcarii z taką nadzieją, że jak wrócę z obozu, to będę miała ogromne płuca i gaz w nogach… – wspominała J. Korytkowska.

Za granicą jednak sytuacja się skomplikowała. Z powodu silnego bólu w brzuchu zawodniczka trafiła do szpitala i otrzymała okrutną diagnozę – nowotwór. Przyszedł czas na walkę o swoje życie.

Więcej o tym przeczytasz w wywiadzie "Dalej kłócę się z Bogiem".

– Dzięki sportowi Justyna była w 20 krajach świata, m.in. w Chinach, Maroko, RPA. Nie byłaby w stanie zobaczyć tylu wspaniałych miejsc. Sport też kształtuje charakter, pomaga być dobrym człowiekiem, żoną, mężem. Uczy pokory i wielu cech potrzebnych w codziennym życiu - mówił A. Korytkowski.

Młodzież pytała lekkoatletyczne małżeństwo, czy trudno jest połączyć płaszczyznę zawodową z osobistą. Bycie żoną i mężem, a jednocześnie zawodniczką i trenerem.

– My, sportowcy, współpracujemy z psychologami sportowymi i jeden z nich zauważył, że wypracowaliśmy sobie zdrową zależność. To jest mój trener na treningu, a mąż w domu. On ma gorzej, ciężko mu nie wnosić pracy do domu, ale to konieczne, bo w ten sposób zachowujemy w rodzinie równowagę. Na takich pomieszanych emocjach nie da się żyć długo. Ja jestem typem zadaniowca, wykonuję jego polecenia na treningu, ale w domu jest już z tym gorzej – śmiała się Justyna.

Jak przyznała, dobrze jest rozgraniczyć sferę prywatną od zawodowej, co na pewno tworzy spore wyzwanie i wiele osób się w tym gubi.

– Z drugiej strony, zobaczcie, to dobry układ. Andrzej mnie zna od podszewki, wie w jakim jestem stanie w danym dniu, czy się wyspałam, jakie mam troski i problemy i potrafi zmodyfikować trening, dostosować go dobrze do mojego aktualnego stanu. To dla kogoś mogą być niuanse, ale w sporcie okazują się one bardzo istotne – wyjaśniała lekkoatletka.

Nie ukrywa, że gorzej mają jej koleżanki i koledzy, którzy wyjeżdżają na 300 dni w roku i muszą sobie jakość radzić z rozłąką z rodziną.

Młodzież oazowa pytała gości specjalnych także o motywację do treningu.

– Gdy się trenuje samemu, trudniej się zmobilizować. Na początku przeżywałam małe wahania, ale teraz nie mam z tym problemu, żeby wyjść na trening i wykonywać tę ciężką pracę. Zmusić organizm do dużego wysiłku po tym, co przeszłam. Takiej diagnozy, jak dostałam w Szwajcarii, nikt się nie spodziewa. I ciężko było się z tym pogodzić. Ale motywacji mi nigdy nie zabrakło, bo ja naprawdę kocham swoją pracę i autentycznie lubię biegać. Jeżeli w życiu obierzecie upragniony kierunek, to nawet jeśli spotka was coś ciężkiego, będziecie chcieli pokonać przeszkody i dalej stawać się coraz lepszymi w tej dziedzinie – tłumaczyła J. Korytkowska.

Czasem przekracza granice swojego komfortu i dobrego samopoczucia, ale potem przychodzi wielka satysfakcja z dobrze wykonanej pracy, która świetnie smakuje.

– Jeśli robimy w życiu to, co kochamy, zupełnie inaczej odbieramy i traktujemy pracę. Często nie czujemy, że pracujemy. Mój wyuczony zawód to technik hydraulik. W zawodzie pracowałem rok i do dzisiaj pamiętam, jak się męczyłem. A trenerka bardzo mnie wciągnęła. Uwielbiam uczyć dzieci sportu od początku, pokazywać im, jak ćwiczyć i później doprowadzać je do sukcesów na zawodach – to coś niesamowitego. Nie do końca zgadzamy się z wizją, że rodzice chcą, by syn został lekarzem, bo tata jest lekarzem, a oprócz tego to dochodowy interes, a młody tego zupełnie nie czuje. Wtedy raczej będzie się męczył – oświadczył mąż i trener.

Na końcu zachęcał młodzież, by modliła się do Ducha Świętego o światło w wyborze życiowej drogi. Uważa, że warto w trudnych chwilach zwracać się do Boga poprzez modlitwę. Sam praktykuje Nowennę Pompejańską.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama