Nowy numer 43/2020 Archiwum

Chociaż jedno Mu oddaj

Ubogiej dziewczynce, która w dzieciństwie straciła ojca, nie marzyło się takie życie. Dzisiaj mówi: jestem spełniona i szczęśliwa.

Od dziecka chciała zostać zakonnicą. Przyznaje jednak, że nie boromeuszką, tylko służebniczką. – Pan Bóg miał wobec mnie nieco inne plany. Byłam nieśmiała, wszystkiego się bałam. Pamiętam, że nie chciałam pójść do przedszkola prowadzonego przez zakonnice. To ciekawe, patrząc na całe moje życie – uśmiecha się 89-letnia s. Justyna Zyzik SCB.

Zasłużona dla Trzebnicy

Ktoś powie: drobny szczegół, przecież i tak została zakonnicą, tylko w innym zgromadzeniu. Ale fakt, że s. Justyna Zyzik trafiła do Kongregacji Sióstr Miłosierdzia św. Karola Boromeusza, ma duże znaczenie. Przez swoje długie zakonne życie siostra poleca się opiece św. Jadwigi Śląskiej. To właśnie do trzebnickiego klasztoru wstępowała jako młoda kobieta. Później, jako przełożona tegoż klasztoru, organizowała opiekę nad pielgrzymami i turystami z kraju i z zagranicy. Cieszyła się dużym uznaniem wśród pielgrzymów i turystów przybywających do miasta śląskiej księżnej. Tam przez prawie 30 lat oprowadzała ich wśród zabytkowych murów. Dzisiaj także na dużych i pięknych korytarzach domu zakonnego sióstr boromeuszek można spotkać wiekową, ale niezwykle energiczną i dziarską zakonnicę z donośnym głosem i zapałem do opowieści. – Kiedyś brat ciągnął mnie jako nastolatkę za uszy na zabawę. Namawiał i nie odpuszczał. Uległam, ale kiedy weszłam na salę, natychmiast sobie pomyślałam: „I ty się chcesz bawić, gdy tyle ludzi cierpi?”. Dzisiaj wiem, że wtedy Bóg mnie wołał do sióstr z charyzmatem miłosierdzia. Nie umiałam w ten wir zabaw wejść, bo pragnęłam czegoś innego – wspomina po latach s. Justyna.

Najpierw łopata i piła

Honorowa obywatelka gminy Trzebnica pochodzi z Opolszczyzny, z Zawadzkiego. Boromeuszki pojawiły się w jej życiu już w III klasie szkoły podstawowej. Tam jedna z sióstr uczyła prac ręcznych. – Chodziło przede wszystkim o szycie, nie o wycinanki czy prace z plasteliny. W październiku siostra nauczycielka dużo nam opowiadała o klasztorze w Trzebnicy i o św. Jadwidze. Pomyślałam wtedy, jako kilkuletnia dziewczynka, że chciałabym zobaczyć kiedyś tę Trzebnicę, ale gdzie ja – biedne dziecko z Zawadzkiego, córka wdowy z piątką dzieci – mogę jechać aż tak daleko, za Wrocław – opowiada dziś s. Justyna. Burzliwa historia wojenna i powojenna sprawiła, że wdowa z piątką dzieci musiała wyjechać z Opolszczyzny z powodu zbliżającego się frontu. Trafili w okolice Lipska na terenie Niemiec. Tam s. Justyna skończyła ósmą klasę szkoły podstawowej. W 1946 roku w maju wróciła do Zawadzkiego. Pracy nie było, a rodzina utrzymywała się z marnej wdowiej renty. – Nie dało się wyżyć. Bracia się uczyli, więc postanowiłam, że ja podejmę pracę. Poszłam do lasu kopać doły, ścinać i sadzić drzewa. Zwalałyśmy z koleżanką wielkie konary. Ciężka robota, ale parę groszy wpadło, na sukienkę czy na płaszcz. Nieraz się zrywałam w nocy ze złego snu, że się drzewo na mnie wali, bo to niebezpieczna praca była – przyznaje po latach. Później jeszcze harowała z łopatą i kilofem przy szosie.

Klucz to wychowanie

W końcu dowiedziała się, że boromeuszki szukają kobiet do pracy w Trzebnicy, żeby pomagać w Domu Małych Dzieci zagrożonych gruźlicą. – Miałam wtedy 20 lat. To był rok 1951. Boromeuszki postrzegałam jako takie ważne siostry, a siebie jako biedną, skromną dziewczynę. Po roku prac, skończywszy w kwietniu 21 lat, 5 maja 1952 roku wstąpiłam już do klasztoru – mówi s. Justyna. Kiedy powiedziała mamie, że chce zostać boromeuszką, ta, popłakując, odpowiedziała: „Dziecko, ja cię nie po to posłałam tam do pracy, żebyś została”. Córka, która odkryła swoje powołanie, odpowiedziała krótko: „Mamo, Pan Bóg ci dał pięcioro, to chociaż jedno Mu oddaj”. – No i co mama miała na to powiedzieć? Zgodziła się, a w przypływie szczerości odpowiedziała, że za młodu też myślała poważnie o wstąpieniu do klasztoru, ale nie miała możliwości – oświadcza dzisiaj 89-latka. Pierwsze śluby złożyła w 1955 roku i tak po kilku mrugnięciach oczu siedzi w pięknym refektarzu trzebnickiego klasztoru, z satysfakcją i uśmiechem wspominając swoje życie. Czuje się spełniona i stwierdza, że nie widziałaby się nigdzie indziej. Co wpłynęło na powołanie zakonne? – Pobożne wychowanie w domu. My codziennie wieczorem modliliśmy się wspólnie na różańcu. Które rodziny dzisiaj tak robią? – pyta s. Justyna, zastanawiając się nad kryzysem powołań zakonnych. – Teraz trudno młodym dziewczętom mówić o zakonie, jeśli wychowują je ci, którzy sami nie mieli dobrego wychowania. To już mijają dwa pokolenia rodziców zapracowanych, którzy nie mają czasu dla dzieci, by ich zachwycić Bogiem – diagnozuje doświadczona zakonnica.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama