Nowy numer 3/2021 Archiwum

Trzeba Mu zaufać

Podopieczni Schroniska Brata Alberta w Szczodrem pod Wrocławiem usłyszeli przesłanie nadziei. Bóg daje siłę do życia na nowo.

Gościem w schronisku był Paweł Zaremba, przez 27 lat zawodowy żołnierz, uczestnik misji wojskowych w Jugosławi, Libanie, Izraelu, Iraku, Somalii i Afganistanie. – Byłem snajperem. Zabiłem 200 osób. Wyłączałem z życia mężczyzn, kobiety, dzieci. W imię polityki różnych krajów. Zabójcom, którzy chodzą w mundurach, mówią: „jesteś żołnierzem, walczysz w imieniu swojego państwa”. Nie mówią, że zwariujecie, że stracicie rodzinę, że nikt was nie będzie rozumiał, a wojna będzie cały czas w waszej głowie i nigdy już nie będziecie spokojnie spać. Tak się stało ze mną – mówił na wstępie. – Naszym największym problemem jest to, że odchodzimy od Boga. Dziś nie jest On w tle mojego życia, ale na jego pierwszym planie.

Z twarzą w błocie

Podkreślił, że był dwukrotnie ciężko ranny, ale jego życie zostało uratowane. Wierzy, że to szansa od Boga. – Miałem wrócić, by naprawić coś, co spieprzyłem do zera. Początkiem „naprawiania” miał być biznes w postaci klubu sportowego. – Wtedy przyszedł grzech – rozpusta, alkohol, kłamstwo. To była konsekwencja wojny. Zgrzeszyłem raz, to łamałem wszystkie przykazania, które Bóg nam zostawił. W 2014 r. okazało się, że ktoś, kto prowadził ze mną klub, oszukał mnie na olbrzymie pieniądze i wyjechał. Następnego dnia byłem na ulicy. Okazało się, że nie mam nic – opowiadał. Przyznał, że pierwszy dzień bezdomności był bardzo trudny. – Dla człowieka, któremu nigdy niczego nie brakowało, spanie na ławce w okolicy rynku krakowskiego, gdzie co rusz pojawiali się różni ludzie i pytali: „a ty to kto?”, „co tu robisz?”, „napijesz się z nami?”… Trudny dzień – pilnowanie dokumentów i ostatnich pieniędzy, które miałem przy sobie – wspomina. Paweł Zaremba dzieli się, że zaraz potem zaczął szukać pomocy, ale jej nie znalazł. – Jeśli zawiedziecie Boga, to musicie ponieść tego konsekwencje i spędzić trochę czasu na kolanach, upaść twarzą w błoto – nawiązywał do biblijnego Hioba.

Robota do wykonania

W klubie sportowym Pawła Zaremby trenował kiedyś kapłan – o. Jan Konior, jezuita, który obecnie posługuje we Wrocławiu. – Dziś jest moim przewodnikiem duchowym i przyjacielem. Spotkaliśmy się pewnego razu i on powiedział do mnie: „wpadnij do mnie do klasztoru, to pogadamy”. Okazało się, że gdy przyszedłem tam, licząc na coś do jedzenia i gorącą herbatę, był to czas spowiedzi z całego życia. Gdy wszystko z siebie wyrzuciłem, poczułem, jakby ktoś włożył we mnie silnik odrzutowy – dodał. Następnie pojawił się kolejny przyjaciel – Aleksandra, która również ćwiczyła wcześniej w jego akademii sportowej. – Podarowała mi rekolekcje „Strumienie życia”. Na sali wielki krzyż, a nauki ojców redemptorystów dotyczą grzechów wynikających z łamania przykazań Bożych. Mówią o tym, ze z biegiem lat stajemy się kainowymi dziećmi – Kain zabił Abla, a my przez całe życie, próbując udowodnić Bogu, że jesteśmy lepsi od niego, najpierw zabijamy siebie, a potem wszystkich, którzy nas otaczają – tłumaczy. Jednym z elementów tych rekolekcji było wypisanie swoich grzechów na kartce i przybicie ich do krzyża. – Przybiłem ich 207, za całe życie. Nagle zobaczyłem, jaka nędza jest we mnie i jak wiele razy ukrzyżowałem Chrystusa. Dzisiaj też nie jestem bez grzechu, ale tych najcięższych, po których człowiek czuje się, jakby mu obcięto stopy, już nie popełniam – dodaje. Opowiada, że po tym wydarzeniu, gdy wracał przez miasto z uśmiechem i lekkością, nagle upadł na ziemię. – Wtedy zobaczyłem płonący krzyż i usłyszałem Boży głos w sercu: „masz wstać i iść moją drogą, i mówić im o mojej miłości do nich”. Pomyślałem, że zwariowałem – mówi. Wszystko jednak zaczęło się układać w taki sposób, że życie Pawła Zaremby diametralnie się zmieniło. – Moje nagłe wychodzenie z bezdomności, z tego wewnętrznego i zewnętrznego brudu, sprawiło, że dopiero wówczas tak naprawdę uwierzyłem Bogu. Pojawili się ludzie, którzy zaoferowali mi pracę – opowiada. Zaczął również naprawiać relacje rodzinne. – Wtedy uwierzyłem, że Pan Jezus stanął za mną, gdy upadałem, złapał mnie pod ramiona i powiedział: „Nie teraz. Jeszcze masz dla mnie do wykonania robotę. Kocham cię”. Od tamtego czasu trwam i idę – dodaje.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama