Nowy numer 18/2021 Archiwum

Powojenne polowanie

Zobaczmy na przykładzie por. Antoniego Wodyńskiego i jego pobytu we Wrocławiu, z jaką rzeczywistością mierzyli się członkowie antykomunsitycznego podziemia niepodległościowego.

Znajdujemy się we Wrocławiu. W pierwszych dniach lipca 1948 roku. W mieście pojawia się por. Antoni Wodyński ps. Odyniec, łącznik i zaufany oficer legendarnego dowódcy Władysława Łukasiuka „Młota”. Przyjechał do stolicy Dolnego Śląska z meldunkami dla dowódcy okręgu – płk. Antoniego Olechnowicza oraz listami do Lucjana Minkiewicza.

Miał również listy swojego dowódcy do żony Jadwigi Łukasiuk. „Odyniec” nie wiedział, że płk. Olechnowicz został aresztowany przez bezpiekę kilka dni wcześniej, a w mieszkaniu Jadwigi Łukasiuk bezpieka zorganizowała tzw. kocioł, czyli pułapkę. 5 lipca Wodyński stanął pod drzwiami mieszkania przy ulicy Dąbrowskiego 57A/14 (teraz ul. Komuny Paryskiej).

Wieloletnie doświadczenie konspiratora i jego szósty zmysł spowodowały, że Antoni Wodyński nie zapukał do drzwi. Stał chwilę przed nimi, nasłuchiwał, usłyszał męskie głosy, więc wycofał się i zaczął zbiegać po schodach. Nagle drzwi na górze gwałtownie się otwarły, a mężczyźni, którzy wybiegli z mieszkania, wykrzykiwali coś w jego stronę. Zorientował się, że w mieszkaniu Jadwigi Łukasiuk była zastawiona pułapka.

Do dzisiaj nie wiemy, co kierowało Antonim Wodyńskim, kiedy pojawił się ponownie na ulicy Dąbrowskiego kilka dni później. Może myślał, że kocioł został już zdjęty. A może nie mogąc skontaktować się z żadnym z oficerów wileńskiej AK, chciał koniecznie odnaleźć chociaż żonę swojego komendanta, by przekazać po powrocie na Podlasie sprawdzone informacje o jej losie. Co wtedy myślał Antoni i dlaczego znalazł się tam 10 lipca 1948 roku.

Tym razem nie miał już tyle szczęścia, co kilka dni wcześniej. Kiedy zapukał do drzwi i otworzyli mu funkcjonariusze UB, żołnierz zaczął zbiegać po schodach. Był w bardzo widocznym z góry miejscu i natychmiast został ciężko postrzelony w brzuch. Funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa przenieśli go do mieszkania Jadwigi Łukasiuk. Dopiero po jakimś czasie znieśli zawiniętego w koc do oczekującego przed domem samochodu.

Antoni Wodyński „Odyniec” był jeszcze przesłuchiwany przez wiele godzin. Nie podał jednak żadnych informacji na temat daty i miejsca swojego umówionego spotkania z oddziałami VI Wileńskiej Brygady AK na Podlasiu. Zmarł z powodu odniesionych ran dzień później. Jego ciało zostało przekazane do Zakładu Anatomii w Klinice Uniwersyteckiej we Wrocławiu do ćwiczeń studentów medycyny. Nigdy nie odnaleziono jego szczątków i wydaje się, że nie będzie to już możliwe.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama