Nowy numer 15/2021 Archiwum

W drodze do źródła, z Cherubinowym Wędrowcem

O tajemnicy Żywej Wody zapisanej w szkle i kamieniu, o świetle i nowej chrzcielnicy w kościele św. Macieja we Wrocławiu opowiada ks. Mirosław Maliński, duszpasterz CODA "Maciejówka".

Tekst archiwalny GN nr 47, listopad 2020 r.

Agata Combik: Moja pierwsza myśl na widok rozświetlonej misy, która w październiku stanęła w świątyni przy ul. Szewskiej: „rzeka wody życia lśniąca jak kryształ, wypływająca z tronu Boga i Baranka” (Ap 22,1).

Ks. Mirosław Maliński: – Chodzi o wodę i skałę. Misa chrzcielnicy jest przezroczysta, widać w niej wodę (dokładniej: będzie widać po ustaniu epidemii). Kamienna podstawa misy przypomina o skale, z której została wyprowadzona woda na pustyni. Ona niosła życie, ocalenie – tak jak woda chrztu, która wypływa w Kościele ze skały, jaką jest Chrystus.

Chrzcielnica jest ogólnodostępna. Kiedy tylko znikną obecne ograniczenia, każdy będzie mógł podejść do niej i przeżegnać się wodą święconą, wspominając swój własny chrzest. Zwyczajowo robimy to, wchodząc do świątyni. Odwołujemy się do własnego chrztu i nieustannie go odnawiamy, nieustannie szukamy na nowo wszystkich źródeł życia.

W drodze do źródła, z Cherubinowym Wędrowcem   Ks. Mirosław Maliński. Maciej Rajfur /Foto Gość

„Baranek (…) poprowadzi ich do źródeł wód życia” (Apk 7,17), do światła.

Tak, i nasza chrzcielnica jest nieustannie rozświetlona. Chrzest rzuca nowe światło na całe nasze życie. Rozjaśnia mrok. Jakiś czas temu poprosiłem studentów, żeby poszli spotkać się sami ze sobą w górach, by weszli do swojego wnętrza, swojego serca. Kiedy wrócili, stwierdzili: „we mnie jest ciemność”. W nas jest bardzo dużo ciemności i to jest dobre, piękne odkrycie, gdyż uświadamia nam, że w nas nie ma źródła światła, to źródło jest gdzie indziej.

Doświadczenie ciemności jest nam bardzo potrzebne – bo światło przecież w ciemności świeci. Inaczej wygląda burza, która w ciągu dnia przetacza się nad miastem, a inaczej nocą, gdy błyskawice rozświetlają mrok. Nasza wewnętrzna ciemność odsłania nam moc światła Chrystusa. Gdy ono w nas zajaśnieje, to widzimy, ile w nas jest dobra, piękna, jakie ogromne pokłady bezinteresowności tam się znajdują, jakie pokłady wiary, zaufania. Światło Chrystusa wypala w nas grzech. Nieustanne odwoływanie się do chrztu, sięganie do początku, do pierwszego blasku – blasku wiary, oczyszczenia, obecności Chrystusa w naszym życiu – to bardzo potrzebne doświadczenie.

W drodze do źródła, z Cherubinowym Wędrowcem   Droga Krzyżowa - także rozświetlona. Agata Combik /Foto Gość

W kościele św. Macieja światło „dochodzi do głosu” na różne sposoby – choćby przez witraże czy świetliste stacje Drogi Krzyżowej.

– Te ostatnie wykonane są z tafli podświetlonego kryształu (wykorzystano go w sumie blisko pół tony). Ukazują, że łącząc nasze cierpienie z Męką Jezusa, możemy i w nim odnaleźć światło. W bryty poszczególnych stacji zostały zatopione teksty Angelusa Silesiusa wydobyte z Krzeszowskiej Drogi Krzyżowej, stosunkowo niedawno przetłumaczonej na język polski. To wyrażony mistycznym, poetyckim językiem opis Męki Chrystusa.

Na kartach tej księgi toczy się dialog między różnymi postaciami. Wyjęliśmy z niego słowa, które wypowiada „Dusza”. Jej wypowiedzi umieszczone w płytach szklanych mogą być punktem wyjścia do kontemplacji, do własnego rozmyślania nad Męką Chrystusa. Idąc za tymi słowami można w niej zatopić swoje życie, swoją małą Drogę Krzyżową.

Angelus Silesius (1624-1677) to wielki poeta, mistyk, perła baroku śląskiego. Niektórzy stawiają go obok Mistrza Eckharta. Na grunt języka polskiego przeniósł jego teksty Adam Mickiewicz. Niektóre wersy przypisywane polskiemu wieszczowi pochodzą tak naprawdę właśnie od Angelusa Silesiusa – chociażby strofa: „Wierzysz, że się Bóg zrodził w betlejemskim żłobie, lecz biada ci jeśli nie zrodził się w tobie”. Te słowa pochodzą z dzieła poety zatytułowanego „Cherubinowy wędrowiec” (Cherubinischer Wandersmann).

W drodze do źródła, z Cherubinowym Wędrowcem   Szklane dzieło po zmroku. Maksymilian Czudziak

Losy Angelusa Silesiusa, Anioła Ślązaka, splotły się mocno z kościołem św. Macieja. Tu zamieszkał, przeszedł na katolicyzm, został kapłanem.

Przedtem był lekarzem na zamku księcia Sylwiusza Nimroda Wirtemberskiego w Oleśnicy. Potem przyjechał do Wrocławia i osiadł przy naszym kościele, w Klasztorze Krzyżowców z Czerwoną Gwiazdą. Przyjął niższe święcenia kapłańskie i tu działał jako kaznodzieja, lekarz. Ogromne znaczenie miało dla nas odnowienie ambony, której szczątki znajdowały się w kryptach naszego kościoła – prawdopodobnie z niej głosił swoje kazania Angelus Silesius. Została złożona na nowo z 400 kawałków.

Postać Anioła Ślązaka [upamiętniona także w ogrodzie między „Maciejówką” a Ossolineum] jest bardzo ważna dla Niemców. Żywią dla niego taki szacunek, jak my dla Mickiewicza czy Słowackiego. Zależało nam, by przypomnieć wrocławianom tę wybitną postać. Od tytułu jego dzieła „Cherubinowy Wędrowiec” wzięła nazwę znajdująca się w budynku duszpasterstwa kawiarnia, gdzie serwowana jest jedna z najlepszych kaw we Wrocławiu.

W drodze do źródła, z Cherubinowym Wędrowcem   Kamienna podstawa misy przypomina o skale, z której została wyprowadzona woda na pustyni. Agata Combik /Foto Gość

Wielu ceni sobie w kościołach obecność wypróbowanych, „klasycznych” form plastycznych, odwołujących się do czytelnych kodów; z drugiej strony w sposób naturalny szukamy nowych form wyrazu – choć jest ryzyko, że nie zawsze zostaną odczytane. W „Maciejówce” jest i jedno i drugie?

Sztuka powinna być oczywiście komunikatywna, ale obcowanie z nią wymaga pewnej kultury i obycia. Żeby czytać książkę, trzeba znać litery i umieć składać je w zdania i wyrazy; by zrozumieć pewne dzieła, trzeba najpierw przeczytać inne. Uczymy się jeździć na rowerze jeżdżąc na nim, uczymy się grać w tenisa, grając w tenisa. Podobnie uczymy się obcować ze sztuką, obcując ze sztuką – najlepiej taką na dobrym poziomie. Żyjemy współcześnie, tu i teraz. Uważam, że każda epoka ma prawo zostawić swój ślad na budynku kościoła, jednocześnie z szacunkiem odnosząc się do historii.

Spotkanie „starego i nowego” widać dobrze u św. Macieja choćby w witrażach – gdzie toczy się dialog między średniowieczem, kiedy nasz kościół powstawał, a współczesnością. Posłużyliśmy się fusingiem reliefowym (szkło wypalane z farbą szklarską w temperaturze 830 stopni) – techniką, charakterystyczną dla końca XX wieku, ale w ten fusing wprowadziliśmy ornamentykę średniowieczną, pochodzącą z dawnych witraży. Z kolei w tradycyjną formę szkła łączonego ołowiem zatopiliśmy współczesny przekaz.

Postanowiliśmy w tych witrażach opowiedzieć najważniejsze wydarzenia historii zbawienia. W osi wschód-zachód znajdują się symboliczne przedstawienia – zesłanie Ducha Świętego i Wniebowstąpienie, a w osi południe-północ – witraże figuratywne. Przedstawiają zstąpienie Jezusa do Otchłani, Mistyczną Wieczerzę i Zwiastowanie, a także witraż św. Macieja.

W drodze do źródła, z Cherubinowym Wędrowcem   Witraż ukazujący zstąpienie Jezusa do otchłani. Agata Combik /Foto Gość

Nowa chrzcielnica nawiązuje do całego wystroju świątyni.

Tak, autorką projektu i wykonawcą części szklanej chrzcielnicy jest Beata Stankiewicz-Szczerbik – która jest zarazem autorką witraży oraz Drogi Krzyżowej. To absolwentka Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu, artystka uznana w Polsce i na świecie. Jej rzeźba „Łódź funeralna” – eksponowana na wystawie  Szkła w Wenecji The Venice Glass Week, prezentowana także w ubiegłym roku w naszym kościele – została zaliczona w 2020 r. przez The Corning Muzeum of Glass w Nowym Jorku do najważniejszych dzieł szklarskich na świecie.

Misa chrzcielnicy jest utworzona z 30 kg szkła. Jest to odlew szklarski wykonany na Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu. Jej kamienna część nawiązuje zarówno do ambony, jak i ołtarza; materiał kamienny jest takim elementem jednoczącym. Chrzcielnicę – cały czas podświetloną – można zobaczyć w godzinach otwarcia kościoła (od 9.00 do 20.00-20.30). Warto dodać, że odbył się już pierwszy chrzest z wykorzystaniem naszej chrzcielnicy. Sakrament przyjęło dziecko jednej z absolwentek ASP.

A zanim wejdziemy do środka, powita nas wielka lampa z abażurem… To znak, że mamy się poczuć jak w domu?

Pewnego dnia zepsuło się oświetlenie w kruchcie i ludzie potykali się o własne nogi. Wstawiliśmy pierwszą lepszą lampę, jaka była pod ręką, by się nikt nie zabił, a okazało się to wspaniałym zabiegiem. Wielu ludzi wchodząc do kościoła czuje domowe ciepło, czuje się bezpiecznie. Chyba już ją tam zostawimy na stałe.

W drodze do źródła, z Cherubinowym Wędrowcem   Lampa przy drzwiach. Agata Combik /Foto Gość
« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama