Nowy numer 23/2021 Archiwum

Ja za ciebie nie pójdę

O tym, jak korzystać z kierownictwa duchowego, mówi o. Fabian Kaltbach OFM – proboszcz franciszkańskiej parafii pw. św. Antoniego we Wrocławiu, wykładowca w Instytucie Teologii Życia Konsekrowanego.

Agata Combik: Szukamy u księży porady, wsparcia na drodze wiary. Wiele im zawdzięczamy, ale zdarzają się i takie sytuacje jak przed laty w duszpasterstwie dominikanów we Wrocławiu, gdzie sporo osób padło ofiarą nadużyć ze strony o. Pawła M. Jak uniknąć takich pułapek?

O. Fabian Kaltbach: Po pierwsze, obie strony – i kapłan, i osoba korzystająca z jego posługi – muszą być wierzące. Muszą wierzyć w działanie Ducha Świętego. Po drugie, trzeba pamiętać, że nikt niczego za mnie nie zrobi, ani nikt nie będzie za mnie myślał. Kierownik duchowy może coś pokazać, podprowadzić, ale nie dyktować gotowe rozwiązania. Człowiek sam musi podjąć wysiłek rozeznawania. Nic nie zastąpi naszego krytycznego myślenia. Nie może być tak, że ślepo wykonujemy czyjeś nakazy. Wiara nie może się obejść bez rozumu. Ponadto osoba, która towarzyszy nam w rozwoju duchowym, jeśli coś nam proponuje, powinna wyjaśnić, dlaczego tak daną rzecz widzi. To musi być wiarygodne – a nie tylko na zasadzie „bo mnie się wydaje”, „bo tak”.

Czasem ktoś myśli: mam jakiś problem, to zapytam księdza, on mi odpowie i sprawa z głowy.

Gdy człowiek przychodzi z pytaniem dotyczącym jakiejś sytuacji swego życia, ksiądz powinien zapytać: „A jak ty to widzisz?”. Nie powinien nam podawać gotowego rozwiązania – zwłaszcza jeśli chodzi o dorosłe osoby. Jeśli po pytaniu: „A jak ty to widzisz?”, ktoś zaczyna przedstawiać swój punkt widzenia, kapłan może zwrócić uwagę na to, co w jego sposobie myślenia jest błędne, wątpliwe – jeśli jest. Z doświadczenia wiem, że najczęściej ludzie znają rozwiązania swoich problemów, tylko boją się podjąć konkretne działanie.

Czasem potrzebują wyjaśnienia, jaka jest nauka Kościoła na dany temat.

Tak, ksiądz, katecheta czy inna osoba, z której rady korzystamy, powinna podać konkret. Wskazać na przykład, że to i to można wyczytać w katechizmie, w Biblii, w jakichś dokumentach Kościoła. Może też powiedzieć: przygotuję się i powiem ci później. Należy tego kogoś uczciwie potraktować. Jeżeli umiem pomóc, to pomagam, jeżeli nie umiem, to odsyłam do kogoś, kto umie.

We wspomnianej sytuacji część ludzi uległa manipulacjom zakonnika o zapewne psychopatycznej osobowości. Doświadczyli przemocy, terroru. Trudno zrozumieć, jak mogło dojść do aż takich nadużyć.

To jest rzeczywiście chyba temat dla psychologów, psychiatrów. Trudno mi dokładnie wyjaśnić mechanizm tej manipulacji. U duszpasterza zabrakło wiary, jakiegoś podstawowego poziomu moralnego. Musiała to być przy tym osobowość „charyzmatyczna” w sensie zdolności do oddziaływania na innych – choć z charyzmatami pochodzącymi od Ducha Świętego nie miało to nic wspólnego. Co prawda znalazły się osoby, które potrafiły oprzeć się jego wpływowi. Ci, którzy zaczynali krytycznie patrzeć na duszpasterza, nie byli łatwowierni, odchodzili czy byli odsuwani z duszpasterstwa. Nie chciałbym jednak oceniać tych, którzy ulegli tym manipulacjom – były to chyba często osoby w kryzysie, z różnymi trudnościami, poddane jakiejś presji.

Pytanie, jak się przed takimi manipulacjami uchronić…

Zawsze mówię, że z kierownictwa duchowego można wycofać się – jeśli nas coś niepokoi, jeśli czujemy, że to idzie w złym kierunku, rezygnujemy. Nie musimy nawet się tłumaczyć. To nie jest żadne faux pas. Poza tym gdy ktoś mnie prosi o kierownictwo, to proponuję, by ze mną spotykał się raz na jakiś czas, ale między tymi spotkaniami przystępował do spowiedzi też gdzie indziej. Spojrzenie kogoś z zewnątrz jest dobre – i dla tej osoby, i dla kapłana otaczającego ją duchową opieką. Kierownictwo duchowe nie powinno być nigdy proponowane komuś przez… samego kierownika, a już na pewno nie w sposób nachalny. Od takiego kapłana lepiej trzymać się jak najdalej. To my prosimy kogoś o kierownictwo, a nie na odwrót. Nie może ksiądz (czy inna osoba) nikomu narzucać: „Będę cię prowadzić”. Tylko Pan Jezus mógł sobie pozwolić na to, by powiedzieć: Ty, ty i ty będziesz moim apostołem. Inna sprawa, patrząc na to wszystko od strony organizacji życia w domu zakonnym, dobrze, jeśli grupie, wspólnocie towarzyszy dwóch, trzech zakonników, jeśli nie wszystko jest pozostawione trosce jednego człowieka. Czasem ktoś się z kimś zamieni, jeden drugiego prosi o pomoc. Jeśli tego nie ma, istnieje zagrożenie, że ktoś sobie zawłaszczył jakieś poletko. To niepokojące.

Czy nie jest wpadnięciem w drugą skrajność stwierdzenie: nie potrzebuję do rozwoju duchowego innych osób, sam sobie na pewno poradzę?

Nie ma obowiązku korzystania z czyjegoś kierownictwa duchowego, ale jest to coś pożytecznego – szczególnie gdy przeżywamy jakieś chwile zamętu czy też czujemy, że kręcimy się w kółko. Praktyka korzystania z kierownictwa duchowego jest zakorzeniona w tradycji Kościoła. Wielu świętych widzi w tym nieopisaną pomoc. Ułatwia wyjście z różnych pułapek, z „prywatnych baniek”, w jakie czasem wpadamy. Bardzo często na przykład kierownik duchowy jest potrzebny, by wydobyć człowieka z mielenia w kółko tego samego. Bywa, że ludzie „zafiksowują się” na jakimś kawałku swojego życia, oskarżając się o coś miliony razy, i nic dobrego z tego nie wynika. Pamiętam mema tłumaczącego, czym jest miłosierdzie. Ukazywał człowieka, który podchodzi do osoby leżącej w kałuży, mówiąc: „Daj rękę, pomogę ci wstać”. Myślę, że w kierownictwie duchowym i o to też chodzi: ja za ciebie nic nie zrobię, ale pomogę ci wstać, kawałek drogi możemy przejść razem.

Jak wybrać kierownika duchowego? Może to być także osoba świecka?

Tak, ale na podstawie mojego doświadczenia chciałbym podkreślić, że uważać trzeba na kryterium wyboru. Argumenty bywają takie: „Tego nie cierpię”; „Ten jest zwolennikiem tego i tego, więc mi nie odpowiada”; „Tamten mi pasuje”. Czasem ludzie zafascynują się osobą, która jest świetnym liderem, mówcą, ale niekoniecznie głębokim znawcą ducha ludzkiego. Niedobrze, jeśli szukam klakiera, który będzie przyklaskiwał moim pomysłom. Prawdziwy kierownik duchowy to ktoś, kto mi pomoże wejść na drogę autentycznego rozwoju duchowego, lekko popchnie we właściwym kierunku – ale to ja mam iść nią, on za mnie nie pójdzie.

Jak rozpoznać, że warto korzystać z kierownictwa danej osoby? Nie chodzi o to, żeby miło się z kimś rozmawiało, prawda?

Po owocach to rozpoznamy. Jeśli dzięki czyjejś pomocy zaczynamy rzeczywiście żyć w zgodzie z przykazaniami, z Ewangelią, prowadzić głębsze życie wiary, zaczynamy prostować poplątane ścieżki, takie kierownictwo ma sens. Nie jest właściwe, jeśli ktoś oczekuje od nas rzeczy niezgodnych z naszym podstawowym powołaniem – na przykład od matki małego dziecka żąda poświęcania długich godzin na modlitwę. Jeszcze jedna ważna rzecz: owocem dobrego kierownictwa jest pokój serca i głęboka radość, doświadczenie wewnętrznej wolności. Zaczynamy faktycznie postrzegać Ewangelię jak Dobrą Nowinę, i tak ją przyjmować. Przeraźliwa powaga, napięcie, to nie jest dobry znak. Każdy „normalny” ksiądz bardzo się cieszy z postępów duchowych swoich podopiecznych. Aż się chce spowiadać, rozgrzeszać. Na kierownictwie obie strony korzystają – to nie przesada. Kiedyś pewna osoba zostawiła na naszej furcie torebkę, a w niej smaczne ciasteczka. Była też kartka: „Dla o. Fabiana, przyjaciela grzeszników”. Chyba do końca życia tego nie zapomnę. Bardzo mi to było wówczas potrzebne…

agata.combik@gosc.pl

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama