Nowy numer 29/2021 Archiwum

Zaszczepione do opieki i miłości

We Wrocławiu przy łóżkach chorych pełnią służbę nieprzerwanie od 1946 roku. Miasto pędzi przed siebie, a siostry realizują misję miłości opartą na tajemnicy życia Świętej Rodziny.

Przy ul. Świętego Marcina przez kilka tygodni dochodziło do niezwykle kontrastowej sytuacji. Mimo zaawansowanej pandemii do pobliskiej pizzerii ustawiały się długie kolejki, po kilkadziesiąt osób. Lokal był przez kilka godzin dziennie wypełniony do ostatniego miejsca. Na stolik czekało się nawet dwie godziny. Natomiast dosłownie 50 metrów dalej, za murem, w Domu Pomocy Społecznej im. Świętej Rodziny ludzie przemieszczali się w kombinezonach, maskach oraz osłonach na buty. Musieli podpisywać się na plecach, żeby móc się rozpoznać. Wydaje się, że pandemia powoli mija, ale nie za tym murem, gdzie trzeba chronić szczególnie ciężko chorych. Misja i praca sióstr Najświętszej Rodziny z Nazaretu to codzienna walka o normalność.

Na straży miłości

Nazaretanki mieszkają we Wrocławiu od 1946 roku. Przybyły tutaj na prośbę ks. inf. Karola Milika, pierwszego polskiego administratora apostolskiego archidiecezji wrocławskiej. Budynek, który objęły przy ul. św. Marcina, był zniszczony przez wojnę. Siostry zaczęły przyjmować chorych i niepełnosprawnych wysiedleńców z Kresów Wschodnich, głównie ze Lwowa. Wycieńczeni, trafiali na Ostrów Tumski prosto z wagonów. Zakonnice zdążyły niektórych tylko umyć i przygotować do godnej śmierci po długiej podróży. Stąd od początku misji nazaretanek ich dom został nazwany domem opieki. Służba ta trwa nieprzerwanie już 75 lat. – W 1993 roku przekształcono nas w Zakład Opieki Leczniczej. Potem w 2009 r. był to częściowo ZOL, częściowo DPS i od 2015 r. prowadzimy już tylko Dom Pomocy Społecznej dla kobiet przewlekle chorych somatycznie – mówi s. Emilia Zakrzewska CSFN, przełożona wrocławskiej wspólnoty. Obecnie przy ul. św. Marcina żyje 25 zakonnic. Znaczna część pracuje w DPS-ie, w którym troszczą się o 45 chorych. Oprócz tego placówka zatrudnia jeszcze 31 osób świeckich. Wszyscy pracują na trzy zmiany, bo opieka przy łóżku chorego trwa 24 godziny na dobę 7 dni w tygodniu. – Duchowość naszego zgromadzenia opiera się na tajemnicy życia Świętej Rodziny, a podstawą jest szerzenie królestwa Bożej miłości wśród siebie i innych, zwłaszcza w rodzinach. Nasza założycielka Franciszka Siedliska mówiła, że zgromadzenie powinno się rozwijać w zależności od potrzeb Kościoła i znaków czasu. Wtedy, w drugiej połowie XIX wieku, odczytała zagrożenie wartości życia rodzinnego. I właściwie do dzisiaj pozostaje ono aktualne – opowiada s. Emilia. Dlatego nazaretanki angażują się w różne formy działalności w Kościele, zwłaszcza wobec rodziny. Chodzi o służbę życiu od poczęcia do naturalnej śmierci. – Prowadzimy okna życia, dom samotnej matki z dzieckiem, opiekujemy się niepełnosprawnymi, chorymi, starszymi. Dużo mamy placówek dydaktyczno-wychowawczych. Przy zgromadzeniu funkcjonuje stowarzyszenie Najświętszej Rodziny. To bezpośrednia praca z rodzinami – wymienia przełożona wrocławskiego klasztoru.

Pandemiczna siostra dyrektor

DPS im. Świętej Rodziny już dwukrotnie walczył z koronawirusem. Pierwsze zakażenie wkradło się w listopadzie. 26 osób z oddziału na drugim piętrze przeszło COVID-19. Później wirus wrócił na przełomie marca i kwietnia. Zachorował z kolei dolny oddział – 11 osób. Pracownicy od razu zauważyli, że objawy w obu rzutach różniły się od siebie. Wcześniej pojawiały się kaszel, niewydolność oddechowa i wysoka gorączka. Później objawiało się to niedużym podwyższeniem temperatury. – Dla nas niebezpieczeństwo nie minęło, choć na zewnątrz czuje się pewne rozluźnienie. Ciepło, piękna pogoda… Ale w DPS-ie musimy się wciąż chronić. Słyszmy o kolejnych mutacjach. Jeśli do placówki wchodzi zakażenie, automatycznie zaostrza się rygor sanitarny, który i tak na co dzień jest dość duży. Jesteśmy wtedy traktowani jako ognisko – mówi s. Vianeja Bielaszka CSFN, dyrektor DPS-u. W czasie, kiedy na pobliskim bulwarze im. ks. Zienkiewicza tłumy turystów i wrocławian jedzą lody, przy wejściu do DPS-u sprawdzana jest wciąż temperatura i przechodzi się pełną dezynfekcję. – Dzisiaj hasło „kolejna mutacja” zapala u nas żółte światło ostrzegawcze. Na pewno nie jest to moment, w którym rezygnujemy z rygorów sanitarnych, ściągamy maseczki i rękawiczki czy odkładamy płyny do dezynfekcji. Myślę, że musimy się z tym oswoić. To, że całe dwa piętra domu przechorowały, nie oznacza, że możemy pod tym względem stracić czujność – tłumaczy s. Vianeja. W Domu Pomocy Społecznej sióstr nazaretanek są aktualnie wolne trzy miejsca. Przed pandemią kolejka się nie zmniejszała i zawsze był komplet. Każdy chętny może zgłosić się więc do MOPS-u i wskazać celowo wybraną placówkę. Zanim mieszkaniec trafi do ośrodka, powinien wykonać test na koronawirusa, który musi być negatywny. Od wykonania testu w ciągu 6 dni zostaje przyjęty do domu. Przebywa w izolatce przez 10 dni. – Obserwujemy go, czy nie występują objawy koronawirusa. Wcześniej, kiedy nie robiono testów, pracownicy do izolatki z nową osobą wchodzili w pełnym umundurowaniu – od stóp do głów w kombinezonie i goglach. Na szczęście nie mieliśmy sytuacji, że nowy mieszkaniec przyniósł covida – oświadcza s. Vianeja. Z humorem nazywa siebie pandemicznym dyrektorem, ponieważ objęła to stanowisko 1 marca 2020 roku, a 4 marca odnotowano w Polsce pierwszy przypadek koronawirusa.

Ostrożniej niż na zewnątrz

Siostry wspominają początki walki z covidem, kiedy nie było opracowanych procedur, brakowało środków dezynfekcyjnych. DPS korzystał z pomocy przychylnych mu instytucji i osób prywatnych. – Nikt do końca nie umiał funkcjonować i nikt nie był na to przygotowany. W listopadzie mieliśmy trudną sytuację, ale drugi rzut zakażeń przeszliśmy łagodnie. Wiedziałyśmy, jak się zachować – mówi s. Kinga Ptaszek CSFN. DPS uwzględnia rekomendacje ministerstwa np. co do sposobu odwiedzin. Obecnie zaleca się, by zarówno podopieczny, jak i gość, który przychodzi do ośrodka, byli zaszczepieni. – Teraz spotykają się w reżimie. Otwieramy się, ale bardzo ostrożnie. Na pewno kiedy odwiedziny z powodu ładnej pogody przeniosą się na zewnątrz, będzie dużo łatwiej – dodaje s. Kinga. Dlaczego brakuje chętnych do DPS-ów, skoro wcześniej przeżywały oblężenie? – Niedawno przecież odnotowaliśmy w Polsce wzrost zachorowań, dlatego odwiedzin nie było przez długi czas. Trzeba było więc zdecydować się, by np. przez kilka miesięcy nie widzieć swojego bliskiego. Świadomość, że nie wiem, kiedy go zobaczę, okazywała się bardzo silna. Niby ten okres minął, ale z tyłu głowy każdy z nas ma myśl, że pandemiczna sytuacja może się szybko zmieniać. Jak będzie po wakacjach? Co z mutacjami? Tego nie wiemy – analizuje s. Vianeja. Pracownicy DPS-u nie czekają na jakąś bliżej nieokreśloną normalność. Robią swoje. – Bo co to znaczy teraz „normalnie”? Nie wiemy, kiedy zrezygnujemy z maseczek, kiedy pozwolimy znowu na kontakt fizyczny, że ktoś będzie mógł podejść do swojego bliskiego, przytulić, pocałować, dotknąć. Wszystko dzieje się na bieżąco. Myślę, że środki dezynfekcyjne długo pozostaną z nami – wyjaśnia siostra dyrektor. DPS ze względu na wiek ludzi i schorzenia jest miejscem przedłużonych restrykcji. Ośrodek, czy nam się to podoba, czy nie, pod względem zakażenia podlega odpowiedzialności zbiorowej. – Jeśli bliski odwiedza swoją mamę, musi mieć świadomość, że mama za chwilę wróci na oddział do pokoju, w którym leży jej niezaszczepiona sąsiadka, która nie przechorowała covidu… My ponosimy odpowiedzialność za wszystkich, stąd reżim. Z drugiej strony są jeszcze pracownicy, którzy mają rodziny, a mogą też zakażenie przynieść do swoich domów – stwierdza s. Kinga.

Nowa rzeczywistość

Nazaretanki wierzą, że najgorszy czas pandemii już za nimi. Codziennie w dobrych nastrojach stają do swojej misji. Przede wszystkim dla nich ważne jest to, że środki ochrony są dostępne. – I to w normalnej cenie. Wprawdzie rękawiczki kosztują dwa razy więcej niż przed pandemią, ale przynajmniej nie kosztują 5 razy więcej, jak w pewnym momencie. Dodatkowo pojawiał się problem z dostępnością. Teraz jesteśmy zabezpieczeni – wspomina s. Vianeja. DPS im. Świętej Rodziny ma podpisaną umowę z miastem Wrocław, ale dostaje dotacje jedynie na działalność bieżącą. Nie otrzymuje pieniędzy na inwestycje czy remonty. Umowa nie przewiduje takich zakupów jak np. pralka (która w pandemii okazuje się kluczowym sprzętem) czy środki ochrony indywidualnej. – Na to musimy mieć własne fundusze, więc jeśli ktoś zechciałby wesprzeć nasze działania, to prosimy o drobne cegiełki. Jednocześnie bardzo dziękujemy za dotychczasowe wsparcie i odwdzięczamy się modlitwą. Z pewnością żyjemy w jakiejś nowej rzeczywistości, ale czy to oznacza, że nie będzie dobrze? Pan Bóg czuwa nad nami w tych trudnościach. Warto Mu zaufać – uśmiecha się siostra dyrektor.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama