Nowy numer 42/2021 Archiwum

Ks. Aleksander Radecki wspomina śp. ks. Stanisława Orzechowskiego

Obu kapłanów połączyła pielgrzymka i nie tylko. Ks. Radecki wspomina chwile podniosłe i te, przy których ludzie pokładali się ze śmiechu; wspólne wędrowanie, kursy dla narzeczonych, pielgrzymkę do Ziemi Świętej czy słynnego konia podarowanego duszpasterzowi.

Oto garść wspomnień przywołanych i spisanych „na gorąco”:


Orzech jest starszy ode mnie o 11–12 lat. Połączyła nas pielgrzymka wrocławska, znaliśmy się więc dobrze, można powiedzieć, przez ostatnich 40 lat, od pierwszej wrocławskiej pielgrzymki na Jasną Górę. Miałem okazję przeżywać z nim rekolekcje w drodze – i do Częstochowy, i do Trzebnicy.

Inna płaszczyzna, na której współpracowaliśmy: był przez całe lata spowiednikiem kleryków. Dopiero chyba cztery lata temu ze względu na stan zdrowia przestał przychodzić do seminarium. Miał rekolekcje dla kleryków; był też zapraszany jako „ekspert” od spowiedzi świętej dla nowo wyświęconych kapłanów, którzy w ciągu pierwszego roku po święceniach mieli swoje spotkania. Dzielił się swoim doświadczeniem jako spowiednik.

Zaprosił mnie kiedyś do prowadzenia rekolekcji dla studentów, ja z kolei zaprosiłem go na rekolekcje, kiedy byłem proboszczem w Mokrzeszowie. Raz przynajmniej przyjmowałem go ze studentami na wieczorze zaduszkowym w Zamku Cisy. Namówił mnie i paru moich kolegów do udziału w Odnowie w Duchu Świętym. Działała w seminarium, chodziliśmy też na spotkania przy ul. Bujwida. Zaprosiłem go na swój jubileusz kapłański do Barda. Mieliśmy wiele serdecznych spotkań.

Kiedy się zorientowałem w oryginalności, niepowtarzalności kazań Orzecha, to namówiłem studentów, by przepisali kazania, które były nagrywane. To pozwoliło wydać dwa tomy książki „Orzech na ambonie”. Jego kazania nie miały samych tylko entuzjastów, ale każdy musiał przyznać: to był autentyk.

Legendy chodzą o kazaniach ks. Stanisława dla dzieci. Kiedyś maluchy zostały zapytane, po co są zbierane pieniądze na tace. Inspirowane przez rodziców, dziadków, odpowiadały że na świeczki, kwiatki, dla organisty… W końcu jeden chłopiec wyrwał się: „Żebyś kalesony sobie kupił.” Orzech na to: „Tak, a żebyś wiedział, jak ciężko dla mnie znaleźć”.

Kiedyś w pięciu księży zostaliśmy zaproszeni do lokalnej telewizji. Orzech wtedy miał odpowiadać na pytanie o popularność prowadzonego przez niego kursu przygotowującego do małżeństwa. Pamiętam, jak odpowiadając na pytanie o ów kurs, zaczął: „Moja wartość na giełdzie seksualnej jest już niewielka…”. W tym momencie wszyscy leżeli… On nie musiał na tych kursach sprawdzać obecności, to ludziom zależało, żeby w nich uczestniczyć. Brało w nich udział na przykład 200 par.

Pamiętam, jak pojechaliśmy do telewizji TRWAM, by opowiadać o pielgrzymce. Orzech po drodze kazał narwać kwiatów polnych, mieliśmy ciekawą dekorację.

Raz jechaliśmy razem do Gdańska. Miał odebrać nagrodę, chyba od Solidarności – nagrodę, którą mu zresztą ukradli w drodze powrotnej. Miał być moim przewodnikiem, jako osoby słabo widzącej, ale spóźnił się na pociąg (na szczęście pociąg też nie odjechał punktualnie). Potem tłukł się po sypialnych wagonach i krzyczał: „Radecki, gdzie jesteś?”. Pociąg jeszcze nie ruszył, a już byliśmy sławni.

Co do pielgrzymki – ważny był nie tylko czas sierpniowy czy październikowy. W ciągu roku odbywały się spotkania przygotowujące pielgrzymkę, miałem więc wiele okazji do przyglądania się jego pracy. Chodziłem tylko na pierwsze 15 pielgrzymek jasnogórskich, ale kiedyś mnie poprosili, żebym wręczył „Orzechowi” prezent od pielgrzymów z okazji 20-lecia pielgrzymki.

Okazało się, że podarkiem był żywy koń. To było pod Przeprośną Górką. „Orzech” podziękował twórcom pielgrzymki, pomijając oczywiście siebie. Ja wtedy wkroczyłem do akcji, wygłosiłem laudację i mówię: „Orzechu, teraz spełnią się wszystkie twoje marzenia. Popatrz na prawo”. I wtedy podjechał konik z takim małym wózkiem. „Orzech” rozpłakał się ze wzruszenia i mówi: „konia pragnąłem bardziej niż biskupstwa…”. Księża komentowali na gorąco: „I tak oto Radecki Orzecha w konia zrobił”.

Mówił zawsze, że największym zwierzęciem w jego domu była koza; o koniu mógł tylko pomarzyć. Dokładniej rzecz ujmując: pod Przeprośną Górką nie „wystąpił” ten sam koń, którego Orzechowi kupiono (tamten pozostał w Morzęcinie), ale pożyczony na miejscu. Orzech sobie zamarzył, że na swoim koniu pojedzie na pielgrzymkę. Na 21. pielgrzymkę rzeczywiście go wziął. Podjechałem tam na chwilę i pamiętam taką sytuację: jest kolacja, przed namiotem siedzi Orzech i je z miski, a konia karmi z kartonu. Podejrzewam, że jedli to samo… Potem się okazało, że koń nie może pielgrzymować, bo trudno mu wytrzymać przy tubach.

Co do środków transportu: pamiętam, jak w dawnych czasach, gdy trzeba było mieć kartki na paliwo, nie udało się kiedyś na pielgrzymkę tego paliwa zdobyć. Orzech wtedy beczki postawił przed duszpasterstwem i ludzie mogli wlewać tam ofiarowane paliwo. Jakaś pani przyniosła, pamiętam, paliwo we flaszce po mleku (podebrane zięciowi).

Potem dwa razy jeszcze wręczałem Orzechowi prezenty w czasie różnych jubileuszy. Kiedyś przy tej okazji, pod Częstochową, Orzech stwierdził: „A teraz chcę wszystkich przeprosić za mój niewyparzony pysk…”. Potrafił być wobec siebie krytyczny.

Inna scena: To mogło być trzy lata temu. Ks. Stanisław jeszcze dzień przed pielgrzymką był w szpitalu. Potem wyruszył w drogę i miał kazanie na Mszy św. w Malinie, na trasie do Trzebnicy. W czasie kazania, pamiętam, rozpędził się i rzucił parę brzydkich słów. Zatrzymał się i mówi: „Ojej, miałem nie przeklinać… Ale to znaczy, że wracam do zdrowia”.

Taki był Orzech. Umiał wzruszyć, a potem jednym słowem sprawić, że ludzie leżeli ze śmiechu. Potrafił grzmieć, być szorstkim, ale miał wielkie serce. I ogromną cierpliwość przy spowiadaniu. W środy spowiadał kleryków, a potem w nocy ze środy na czwartek spowiadał w DA „Wawrzyny”. Miałem kiedyś okazję zobaczyć, jak ludzie siedzą godzinami na ławce, oczekując na swoją kolej...

Byliśmy razem kiedyś na pielgrzymce w Ziemi Świętej. Nikt nie chciał spać z Orzechem w pokoju, bo strasznie chrapie. Ja na jedno ucho nie słyszę, więc mnie z nim ulokowali. Poszliśmy kiedyś wieczorem na spacer. Gadamy sobie wesoło, a w pewnym momencie on mówi: „Ja się w ciemności nie orientuję”; ja na to: „Mam pierwszą grupę inwalidzką na wzrok…” Nie mieliśmy dokumentów, nie znaliśmy adresu… „Gdzieś ty mnie wyciągnął. Czy Oławka i Odra to gorsze rzeki, że ja tu muszę kipnąć…”. Jakimś cudem jednak wróciliśmy na miejsce, ale już więcej się na spacer nie wybieraliśmy.

Na lotnisko dotarliśmy z kaktusem i siedmioma kamieniami z jeziora Genezaret. W samolocie jeszcze była sensacja, gdy stewardessa niosła przedłużkę do pasa – bo Orzechowi ciężko się było zapiąć.

Dziękuję Panu Bogu, że tak barwną postać, takiego niezwykłego kapłana postawił na mojej drodze.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama